25/12/2013

piosenki, które chciałabym usłyszeć na żywo,

(generalnie jestem absolutnym mistrzem i wymiataczem wszechczasów - postanowiłam wypić sobie kawę o 23 - self five! szykuje się noc bez snu, ale za to wpadłam na całkiem zacny w mojej opinii pomysł na post - coś innego niż zazwyczaj a więc jestem, zasiadłam i tworzę! jest 3:25, ciocia dinka pozdrawia!)

Pierwszą rzeczą, którą powinnam powiedzieć od razu na wstępie jest to, że kocham muzykę. Co więcej, kocham muzykę na żywo. Uwielbiam koncerty. Dziwić się mogą ludzie, którzy widzą mnie na koncercie. Zazwyczaj wbijam się na koncerty z rockowym graniem. Mam na sobie glany i moją śmieszną skaję nabijaną ćwiekami. Ubrana na czarno z góry na dół - ktoś mógłby pomyśleć, że jestem pierwszym prowodyrem ściany śmierci i zabójczego pogo. 
Nic bardziej mylnego. Szczerze, przez to że liczę sobie AŻ 159 cm wzrost nie przepadam za skakaniem w tłumie. Głównie dlatego, że najczęściej zostaję potężnie zglanowana i przez kilka dni czuję się, jakby przejechał po mnie walec. (wiem to tylko dlatego, że kilka razy wwaliłam się w takie pogo, które omal mnie nie zabiło) Zazwyczaj stoję więc sobie na uboczu i wyglądam na kogoś, kto nie bawi się zbyt dobrze.
Po raz kolejny - nic bardziej mylnego. Na takim uboczu bawię się najlepiej. Gapię się na scenę, delikatnie się kołysząc bądź lekko tupiąc nogą . Pochłaniam muzykę.
Jest jednak kilka kawałków, przy których melanż mnie ponosi i staję się muzyczną bestią.

23/12/2013

pre-holiday blablabla,

Kuchnia wrze, rozumiecie? Wrze a nie ma w niej nic do jedzenia. To znaczy jasne - żarcia po sufit.
Żarcia na jutro. Awesome.
(odzywa się we mnie wiecznie głody potwór, kiedy wchodzę do kuchni w wigilię Wigilii i nie mogę nic zjeść - rozumiecie? :( )
Okej, nie będę narzekać. Rozumiecie, w moim pokoju stoi owsiankowo-miodowe ciasto z polewą z gorzkiej czekolady i ommmm... tak pachnie!
Akcja umyj okna dla Jezusa w tym roku... obyła się bez mycia okien! Błogosławieństwo dla moich kości - nie musiałam sterczeć w przeciągu = gnaty nie bolą na święta, ♥ 
Bilans: (tylko lub aż) popękane dłonie (kocham specyfiki czyszczące...) i właśnie dlatego mam chwilę przerwy, którą niecnie zaplanowałam, co by napisać coś jeszcze przed końcem roku. Siedzę i pachnę kokosową maską do dłoni, dając im chwilę wytchnienia. Cuchnę też CIFem, którego nienawidzę bardziej niż zwykle. Nieważne. 
Jutro ten dzień, który jest powodem tego całego zamieszania. (co trochę mnie zawsze dziwiło, bo przecież to tylko (?) wigilia tego święta, czyż nie?) Nie będę się zagłębiać w szczegóły, ale jestem już głodna i nie mogę się doczekać. No i wszyscy w domu przypadkiem natknęli się na swoje prezenty... oprócz mnie oczywiście. Rośnie we mnie frustracja... i ciekawość. Zło.
Nastaja mnie jakoś tak odświętniej nikt inny jak Coexist (the xx) - mój zeszłoroczny prezent od mister J. To jest jednak miłość. Muszę się wam pochwalić, bo pękam z dumy. Mój Człowiek, który (delikatnie mówiąc) mojej fascynacji moimi ulubionymi zespołami nie podziela - sprezentował mi  w zeszłym roku The xx, a w tym... MUSE! Koncert na Blu-Ray'u i wersja na CD! (on doskonale wiedział, że będę mogła to tylko u niego obejrzeć bo sama nie posiadam odpowiedniego odtwarzacza a on znów będzie przysypiał z nudów i cierpiał falset Matta - ale dał radę i razem znów to przeżywaliśmy ♥). Jestem dumna z niego, serio. I z mojej nowej cudownej płytusi, z którą najchętniej bym się nie rozstawała - kocham ją nad życie! 
Chciałabym wam powiedzieć, że chciałabym dla nas tu zgromadzonych, żeby jutrzejsza wyżerka poszła w cycki/albo poszła się kochać. Dla siebie i dla was proszę o grube portfele i szczupłe sylwetki. O święty spokój choć przez kilka dni - przyda się po tym całym zamieszaniu trochę odpoczynku. Po sylwku życzę wam, żebyście nie mieli kaca i życzę wam miło spędzonego Nowego Roku - pamiętajcie o Topie na Trójeczce! Nie jestem najlepsza w życzenia, ale generalnie - bądźcie szczęśliwi!


PS: Wyjeżdżam do kochanej rodzinki w pierwsze święto, więc wszem i wobec ogłaszam, że do stycznia - bez odbioru! Have fun, my lovely people and be happy.






20/12/2013

ooooops, i did it again



Mobilizuję głowę do działania, bo czas działa na moją niekorzyść. Cholerne dni uciekają między palcami. Minuta za minutą coraz mocniej czuję presję. Na karku czuję oddech kata zwanego panią promotor. Tak, próbuję pisać licencjat. A przynajmniej o tym myśleć.



moja reakcja, kiedy zobaczyłam
kiedy wychodzi nowy odcinek GA

Tak bardzo myślę o moim licencjacie i "nadsat influence on reading comprehention", że normalnie nagle - w cudownie magiczny sposób (rodem z Potteroświata) - znalazł się czas na czytanie książek i nadrabianie serialowych zaległości. Wczoraj na przykład obejrzałam odcinki "do-tyłu" Grey's Anatomy i zalewam się łzami, uświadamiając sobie, że na nowe muszę czekać aż do końca lutego (co oznacza, że będzie czas na pisanie licencjatu, ooops). Generalnie, to trzęsie mną mały wk*rw, bo tak urwanego ciągu zdarzeń nie oczekiwałam i generalnie to już nie mogę się doczekać, co się wydarzy! 



Między myślami o mojej nędznej przyszłości, jeśli nie obronię się na wiosnę (którą nota bene już teraz czuję w powietrzu, co jest odrobinę przerażające - po raz pierwszy w życiu chcę aby zima trwała wiecznie. no, przynajmniej z rok) kłębią mi się takie myśli: czy jeśli dopiero co zrobiłam tatuaż, a już mi chodzi po głowie następny - czy to czyni mnie wariatką i masochistką. Hmmmm. Pewnie zajmie mi to myślenie kolejne 3-4 lata, ale tak... jestem wariatką. Materializuje się idea. Później kształt. I planowanie. To piękny proces, którego tatuaż jest idealnym wykończeniem. Jak wisienka na torcie.
Pewna osoba zapytała mnie kiedyś: dlaczego to sobie robisz? Pierwsze, co mi przychodzi na myśl, kiedy przypominam sobie to pytanie, to taka refleksja dlaczego to brzmi jakby tatuaż był czymś złym?  Jakby to była krzywda. Ale to tylko myśl. Malutka i szybko umykająca. Nie pasująca do moich kosmatych myśli. Chwilę zajęło mi ustalenie odpowiedzi. Powiedziałabym nawet, że dłuższą chwilę, bo właściwie to ponad trzy lata. Któregoś dnia stanęłam sama przed sobą i powiedziałam, jakby mając nadzieję, że ta osoba (przy sytuacji nieobecna) to usłyszy: Robię to sobie, bo czuję się niekompletna. A to sprawia, że czuję, że jakaś cząstka mnie wraca na swoje miejsce.

Czy zrobiłabym to znów? oooops, i did it again. i tak, zrobiłabym jeszcze raz. i jeszcze. i jeszcze.


  

17/12/2013

marzy mi się twórczy zwierz,

Tak nieproduktywnego dnia już dawno nie miałam. Taki perfidny leżing mi się włączył. Leniuchus capichus i w ogóle. No ale, mogłam sobie pozwolić, to dlaczego nie skorzystać. Pograłam w AngryBirdsy, poczytałam Trafny wybór (cholera, rok obsuwy z nią - w zeszłym roku od J. pod choinkę dostałam, normalnie wstyd). Poszłam w ramach rekreacji po Sikorkę do szkoły, bo dziecina moja - która dziś osiem lat kończy (fanfary dla tej pani!) - przestraszyła się muzyczki z "Wiem, co jem", które wczoraj na kolację oglądała i bała się po ciemku wracać ze szkoły. Swoją drogą, paranoja jakaś. Godzina 16:00 i ciemno jak w dupie. Pociesza mnie fakt, że dziś... normalnie poczułam wiosnę! Było    c-i-e-p-ł-o    i słonecznie. Śnieg, który zasypał Kaszuby już prawie zniknął, więc generalnie na święta szykuje się krajobraz wiosenny. Jak to pan pogodynek powiedział: "na święta pogoda raczej na rower niż na sanki".
Jutro dopinamy prezenty na ostatni guzik, czyli wypad do Galerii, podejście drugie. (nie zapomnieć spakować planu!) Mam nadzieję, że okaże się równie bezbolesne jak pierwsze i szybko i sprawnie znajdziemy to, czego jeszcze nie wiemy, że szukamy. Ja za to dziś, bardzo celnie i cudownie, wybrałam muzyczkę do słuchania właściwie na cały dzień (tak odchodząc od tematu :D). Doszłam do wniosku, że tak katuję to The xx a tak naprawdę jeszcze nie znam Coexist na pamięć... wstyd! A więc, na dziś - album Coexist. (w jakości FLAC - a co!) 
Czytałam dziś na blogu u mojej czytelniczki Marty jej wiersze. I jej historię z poezją. I przypomniało mi się coś. Jakiś głosik w głowie się odezwał ej dina ty stara ruro, też kiedyś pisałaś wiersze; wiersze i różne inne rzeczy.. pamiętasz, do czego służy wyobraźnia? gdzieś wpakowała wenę? ogarnij się a nie tylko seriale i pierdoły. legendarna powieść sama się nie napisze.
a więc, moje wewnętrzne głosy mnie opieprzyły z góry na dół. marzy mi się twórczy zwierz. wierzgający i nieokiełznany. waleczny i bardzo kreatywny. poważnie. ale on musi poczekać. najpierw aż minie mi leń. a później aż praca licencjacka się napisze. może... skoro powieść zapewniająca mi nagrodę Nike się sama nie napisze, to może chociaż licencjat sprawi mi taką uprzejmość...



urodzinowe sikorki!
(ta mniejsza ucięta, bo za bardzo wierzga)

13/12/2013

live event: get tattoo

moje nowe dziecko
12.12.13 19:25
by Marek - Pandemonium Gdańsk
Nadal pracuję. Z bibliografią uwinęłam się 3 dni po terminie. W wersji dość ubogiej, żeby nie powiedzieć "żebrającej o uwagę". ALE! Oddana i niezakwestionowana, póki co. :D

Dziś muszę być wyjątkowo czujna, bo dziś piątej trzynastego, jakby jeszcze ktoś nie wiedział. Ostatnie czego mi potrzeba to pomylić się z kasą w ostatni dzień pracy. To byłoby wysoce niewskazane. Dlaczego? A dlatego, że jak dina dostała wypłatę w łapki, musiała wydać. No MUSIAŁA no. No i w ten sposób dina jest spłukana. Smutaśne.
Plusem jest to, że większość prezentów już zakupiona. Mam tylko problem z Ojcem Rodzicielem. Kto mi podpowie, co można fajnego kupić Tacie? Osobiście, dostałam całkowitej głupawki i nie mam pomysłu... Matulka ukradła mi moją najlepszą opcję jeszcze zanim na to wpadłam... 





PS: Jeśli zdjęcie się nie wyświetla - KLIK.
PS2: Tacie kupiłam nową książkę Clarksona - szału nie ma... -.- jakieś jeszcze propozycje może? :D




02/12/2013

kalendarz, praca, bibliografia, shit


Kalendarz by Revv, CS & Ślimok - dina approved. Jestem szczęśliwa, że będę mogła go nosić zawsze przy sobie i w ogóle jest fajny i dina lubi chatolandię i, tak, jestem nerdem - nawet kalendarz mam mocno internetowy!
(heheheh, mam w środku autograf Ślimoka *.*)




Poza tym, dina sra tęczą, bo... FANFARY! Dostałam stypendium! Yeah! Stypendium za WYNIKI W NAUCE. Na STUDIACH. Czaicie! Będę miała PINIĄSZKI! 
Mało nie wywaliło korków jak wrzasnęłam, kiedy się dowiedziałam (koleżanka z pracy: approved). Ojciec śmieje się, że rozwalę ściany, jak kasa na konto wpłynie :D Tak właściwie, to nie wiem, na co przeznaczę ten hajs, ciężko zdobyty mózgową robotą.
Może zainwestuję w siebie: coś z prawkiem ruszę, może jakieś książki do nauki hiszpana i franca (ahahahhaha!). Może coś z tego na moją dziarkę przeznaczę. No, zobaczy się. Najważniejsze, że je dostałam!
Przez najbliższy tydzień będę pilnym pracownikiem, jestem z siebie dumna! Jestem na tyle ogarnięta, że zostałam wybrana spośród tłumu. Nie no, żartuję. Ale i tak fajnie, że jakaś fuszka się znalazła. Choć na chwilę. Zarobię na mikołaja. :D
Mniej ekscytuje mnie fakt, że muszę napisać bibliografię na sobotę. Nie mając źródeł. Jakieś pomysły, jak z tego wybrnąć? 


pogrążam poziom, ale jestem zmęczona liczeniem hajsu.
nie że namiętnie liczę stypendium...
bo tego jeszcze fizycznie nie mam
...ani nawet wirtualnie

liczę hajs w pracy... robota marzeń *.*

28/11/2013

polish remover,

Ten stan sprawia, że jestem wyjątkowo rozstrojona.
Znów mam szczękościsk
Dokucza mi bezsenność. 
Powiedziałabym nawet, że bardzo dokucza.
 Irytuje. Rośnie frustracja. I lęk






Ludzie reagują na strach w różny sposób. Na strach, stres, bezsilność. Jedni płaczą, inni się pocą, innym serce trzepocze jak oszalałe, niektórzy mdleją. Niektórzy nie okazują tego w ogóle. Może się nie boją.
Ja jestem skubaczem. Skubię nitki przy ubraniach. Szarpię kolczyk. Albo skórki. Jednak moją ulubioną rzeczą do skubania jest lakier do paznokci. W nerwach bawię się palcami i wtedy drapię. Łatwo zobaczyć, kiedy mnie dopadło. Zaczerwione od drapania dłonie i obskubany lakier...


Myślałam, mój drogi, że tę przykrą część mamy już za sobą. Jednak wróciłeś. Jesteś jak bumerang. Cholerny, pieprzony bumerang. Mam cię dość, przeklęta cholero. Pieprz się!



25/11/2013

jak poradzić sobie ze śmierdzącym kiblem?

Kibel. Śmierdzący poimprezowym gównem kibel. Ohydnie capiący kibel, do którego strach wleźć. Jak sobie z nim poradzić?
A) usiąść na nim i za pomocą swojej szanownych czterech liter uniemożliwić przepływ nieprzyjemnego zapachu? wątpliwe
B) spuścić klapę - nie czarujmy się, niewiele to da. gówno to gówno, zawsze da radę
C) obwiesić kibel pachnącym papierem w słodkie pieski, owieczki albo truskaweczki, co będzie służyć za upiększenie brzydkiego zapachu. udekorować jak choinkę. wykazać się kreatywnością. że niby ma to być jakiegoś tam rodzaju udogodnienie w kwestii smrodu. jak jedzie szambem to niech przynajmniej będzie ładnie
D) nawrzucać pełno papieru. tak dużo, że aż zapchamy kibel. zasłonimy źródło smrodu. jak nie widać to nie śmierdzi. że tak powiem, gówno prawda. będzie śmierdzieć, a gówno to gówno - zawsze wypłynie
E) wyjść z kibla. nie będzie śmierdzieć. fakt. ale jak tam wrócisz, będzie śmierdzieć starym, poimprezowym gównem. będzie capić, aż się zrzygasz. albo może tam wejść ktoś inny. i zerzyga się na widok twojego poimprezowego gówna.
F) wcisnąć magiczny wcisk Brise Mini Spray - będzie pachniało kwiatuszkami, lasem, morską falą. warto jednak pamiętać, że chwilowo. bo to środek tymczasowy - gówno i tak się przebije

A gdyby tak spuścić wodę? Zgasić światło, wyjść, uruchomić wentylację, a dodatkowo, żeby było miło - wcisnąć Brise'a. Najprostsze rozwiązania najczęściej są najlepsze, a czasami tak ciężko na nie wpaść.

Już tak mam, że trudne sytuacje życiowe lubię porównywać do śmierdzącego lub/i zapchanego klopa. To wydaje mi się takie... dobrze ilustrujące zaistniałą sytuację. Gównianą sytuację. Tak często próbujemy wymyślać niekonwencjonalne metody, zamiast wybrać najprostszą, najbardziej oczywistą i najskuteczniejszą. Można to porównać też do zamiatania brudów pod dywanik. Nie łatwiej, zamiast nagromadzać stertę śmieci pod naszymi stopami, zebrać je na zmiotkę i wyrzucić do kosza na śmieci. W końcu i tak zamiatamy, więc o co chodzi?


21/11/2013

kiedy oczekiwania spotykają się z rzeczywistością,



Jak placek powinien wyglądać każdy wie. Taki normalny, ludzki placek
Powinien być w miarę zwarty, kształtny, zarumieniony.
Powinien.


20/11/2013

c'est la vie,

Niektórzy mówią, że prawda zależy od punktu widzenia. Albo że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Niektórzy uważają, że prawda jest tylko jedna. Znam ludzi, którzy uważają, że prawdy nie ma wcale. Ja na ten temat konkretnego zdania nie posiadam. Wiem tylko, że prawda bywa szokująca, niezrozumiała i oszałamiająca aż do szpiku kości.
Życie jest jak fizyka. Rządzą nim niezmienne prawa, które nie zawsze są wygodne. Nie jesteśmy w stanie zrozumieć go choćby w części. Jego efekty bywają piękne, niebezpieczne, rażące, urzekające. Nie mamy wpływu na mijanie nieubłaganego czasu, nie mamy możliwości zmiany decyzji. To jak reality show, które sprawdza nas wszystkich po kolei jak żyjemy. Czy potrafimy żyć. Czy potrafimy radzić sobie z emocjami, decyzjami, z samymi sobą. Jesteśmy tylko pionkami, które ktoś przesuwa, zbija, matuje. Toczy się jedna wielka gra, w której nawet przegrany może być wygranym. Wszystko zależy od tego, na jakim polu stoisz, jakie pionki stoją wokół ciebie, jaki będzie twój ruch i ruch współgraczy. Możliwości jest wiele. Tysiące kombinacji życia, które nigdy nie będzie takie samo. Nigdy nie stoimy na stratnej pozycji, zawsze jest jakaś możliwość. Wszystko zależy tylko i wyłącznie od sytuacji. Wszystko zależy od punktu widzenia i od tego, jakie jest nasze podejście. Rachunek, kalkulacja. Nie zawsze na chłodno. Człowiek - zazwyczaj istota kochająca. W grę wchodzą uczucia - namiętności i nieznane wcześniej żądze, które obezwładniają serce, które wali jak oszalałe. Czasem wolałoby się usunąć czucie. Wymazać myśli, wspomnienia. Oszukać siebie samego. Życie pod woalem kłamstw, który osaczy, poddusi i zniszczy do cna. Żyjemy na delikatnej pajęczynie niepewności, obwinięci kokonem szaleństwa i zupełnego obłędu, wijemy się w spazmach i szlochach wiedząc, że gdzieś tam grasuje krwiożercza bestia - nasze rozkołysane uczucia. Wiemy, że bestia nas zniszczy. Wiemy to, że nastąpi bolesna autodestrukcja. Niszczymy sami siebie, siebie nawzajem, jak zawodowi mordercy skręcamy kark, pozbawieni uczuć, złudzeń, wszelkiej nadziei i zdrowego rozsądku. Karmimy się łgarstwem, trucizną. Toczymy najgorszą z możliwych wojen. Chciałoby się powiedzieć "c'est la vie". Tak w istocie jest. My, życiowi idioci, krążymy jak bombowce nad najpiękniejszymi miejscami i zrzucamy, bezlitośnie, toksyczne bomby. Nie potrzebujemy supermocy, aby dokonywać potwornych zniszczeń w nieprzebytych przestrzeniach naszego rozsądku lub jego braku.
Nawet najpiękniejsza maska kiedyś odpada. Nawet najdoskonalszy morderca w końcu zostawi odcisk palca na klamce. Nawet kłamstwo doskonałe leżące gdzieś na dnie serca, zostanie kiedyś wyciągnięte. Jak Titanic, z dna oceanu. Jak Titanic, na którym nadal trwa bal.
Bal nadal trwa. Włóżmy więc maski i bawmy się do rana. Rano muzyka ucichnie. Ucichnie tylko po to, żeby nocą zagrać od początku.



 free us from this world

18/11/2013

jestem w nastroju,

Dzieją się ze mną ostatnio dziwne rzeczy. Serio, nie robiłabym nic innego tylko spała. Jako, że dziś mogłam sobie na to pozwolić, bo nikt nie zganiał mnie z łóżka - wyobraźcie sobie, że wstałam o 14:30. Alarm! Alarm! Szczyt bezproduktywności z mojej strony. Tak szczerze, od rana (hahahahha!) tej pory nic nie zrobiłam, czym mogłabym się pochwalić światu. Kupiłam zeszyt dla Sikorki ("męski", więc dostałam opieprz), posiliłam się, wzięłam relaksującą kąpiel, poczytałam, rozczesałam włosy (ostatnio mocno się plączą i wymagają ode mnie wyjątkowej łagodności i troski, czym nadszarpują moje zszargane nerwy). Teraz mam zamiar położyć się do łóżka, wziąć mojego podręcznego Hemingway'a, kontynuować czytanie i pachnieć czekoladą. Nie to, że będę się objadać tym kakaowym bóstwem. Ostatnio się od tego powstrzymuję, ale ciężko mi było wytrzymać bez tego zapachu. Bo wiecie, ja jestem uzależniona od zapachu czekolady. Bez jedzenia jakoś bym się obyła, ale bez tego zapachu odchodzę od zmysłów. Zwłaszcza, kiedy przygotowuję się do spotkania z szatanem.* Wzięłam więc siebie i swoje zacne dupsko w troki i poszłam do Natury pędzikiem i zakupiłam moje nowe kosmetyczne bożyszcze. Tak właściwie nie po to tam szłam, bo miałam kupić tylko szampon (ale jak zwykle weszłam i zostawiłam tam cholerne 50 zł!?), ale jestem szczęśliwa, że postanowiłam się w to zaopatrzyć. Kocham to cudeńko prawie tak bardzo jak wszelkiego rodzaju mazidła i psikadła, które pomagają mi rozczesać się ostatnimi czasy. Cóż to takiego? Otóż taki tam peeling cukrowy o zapachu czekolady i kokosa. Wyobraźcie sobie to niebo dla mojego nosa. Potrzeć jeszcze palce o skórkę grejfruta, zaparzyć herbatę, zapalić świeczkę zapachową (mam zamiar sobie czekoladową kupić - w Ikei mają takie co smakowicie pachną <3).
No i później pójdę spać. No, może jak mi się będzie chciało, to machnę jakąś zgrabną prezkę o subkulturach, bo mnie deadline goni i generalnie niewiele rzeczy odtikowałam ostatnio. No, snu wyrabiam normę za cały blok. Mogę być z siebie dumna.
Generalnie jakoś tak zapierdziela czas... albo tak dużo śpię. Ale mam zadziwiająco mało czasu na rzeczy, na które miałam jeszcze tak dużo dni do zrobienia. Jeszcze kawał czasu, mówiłam. TAAAAK, ładnie ładnie. A tu się okazuje, że bibliografię trzeba zdać za chwilkę właściwie a ja mam jeden artykuł znaleziony. No, jeszcze jedną książkę w drodze mam. Mam też szczerą nadzieję, że ta książka się nada do czegoś.
A, i jeżeli czytają to jacyś mądrzy ludzie, którzy:

  • znają się na statystyce i mają szczerą wolę pomocy w opracowaniu danych z ankiety
  • uczyli się teorii komunikacji i znają jakieś dobre podręczniki na ten temat
to prosiłabym o kontakt mailowy choćby - tu można znaleźć adres.

teraz jestem na etapie fuck off, do oddania zadania 1 - 6 dni
o oddaniu licencjatu jeszcze nie myślę...



Jestem w nastroju: będę leżeć, czytać i pachnieć.


p.s: moja metoda na zyskanie większej ilości czasu

* przygotowuję się na spotkanie z szatanem - 
dosłowne tłumaczenie Prepare to Meet Satan, w skrócie PMS ;)




EDIT (19.11): Jestem w nastroju "burrito of sexiness pain". 
kill me, i wanna die. or wait, maybe my uterus will kill me first. she's bitch today.

12/11/2013

the addict,


Czuję w kościach, że zimno coraz bliżej i pora wyciągnąć dużą ilość koców i wełnianych skarpet
Cieszę się, że wczoraj zrobiłam dużą część roboty zaplanowanej na najbliższych kilka dni i teraz mogę trochę zwolnić tempo. 
Doceniam w ludziach bezinteresowność, lojalność i zdrowy dystans do siebie i świata. 
Chciałabym żeby praca licencjacka sama się napisała i obroniła :(
Myślę, że przydałaby mi się nowa torba, ale nie mam na nic kasy.
Słucham różnej muzyki, a gdybym miała zacząć wymieniać ulubione zespoły to siedziałabym tu do końca roku. Ale chyba największą miłością jest zespół The xx. A poza tym, to lubię mocne, rockowe rąbnięcie. ;) 
Oglądam Chirurgów i Jak poznałem waszą matkę. I filmy pana Tarantino. 
Czytam Komu bije dzwon Hemingway'a. Później na liście: Szklany klosz Plath, Mechaniczna pomarańcza Burgerssa, Mord w katedrze T. S. Elliota. 
Szukam książek i artykułów, które będą się nadawały do bibliografii.
Nie mogę doczekać się, kiedy ten rok akademicki się skończy, praca zostanie napisana i obroniona a ja będę mogła w spokoju usiąść z jakąś książką, którą chcę sama z siebie przeczytać i nie znajduje się na żadnej obowiązkowej liście.

07/11/2013

an imprisoned slave,




Tylko raz; każdy kiedyś próbował; 
przecież nic się nie stanie; nikt nie widzi. 
To już ostatni raz... 

05/11/2013

muselive, and so on

koncert MUSE 2007 Wembley // source
Niemałą gratkę dla fanów brytyjskiego zespołu szykuje Multikino. W wybranych miastach (Warszawa, Poznań, Kraków, Wrocław, Bydgoszcz, Gdańsk, Gdynia, Rzeszów, Łódź, Zabrze, Szczecin, Lublin) już za dwa tygodnie - 19.11.2013 tuż po 20 - zostanie wyemitowany koncert zespołu MUSE, który odbył się w lipcu tego roku w Rzymie. Za półtora godzinne show będziemy musieli zapłacić od 25-27 złotych. (tutaj więcej informacji)

03/11/2013

happiness,

Podczas jednej z tych długich, bezsennych nocy zaczęłam zastanawiać się nad tym "co mnie uszczęśliwia". Zaczęłam się na tym zastanawiać, bo coś do mnie dotarło. Coś oczywistego, jasne. Jednak i to trzeba sobie uświadomić. Poznajemy siebie, poznajemy własne potrzeby. Zauważamy, że coś nas cieszy, coś innego z kolei irytuje. I tak naprawdę nie będziemy potrafili sami siebie uszczęśliwić, dopóki nie nauczymy się patrzeć wgłąb siebie. Olśniona i rozbudzona zupełnie moim nowym sposobem na uszczęśliwienie samej siebie, zaczęłam intensywnie myśleć.

Co mnie uszczęśliwia?

31/10/2013

my twin,

Czasem wystarczy tylko wejść na zupkę i człowiek od razu dostaje kopniaka w zada, od razu mu się zaczyna chcieć. A jak powszechnie wiadomo chcieć to już połowa sukcesu. Taka tam sobie zupka, niewiele znaczący tak właściwie obrazek, który jednak uświadamia coś. Tak, jestem posiadaczką odpowiedniego narzędzia.
Posiadam internety i laptop ze sprawną klawiaturą - mogę napisać post. Zdecydowanie mam ku temu odpowiednie predyspozycje. Mam chęć (już poprzednio wspomnianą), niezamulony internet (co jest ostatnio naprawdę wyjątkową okolicznością), nie śpię (również ostatnio dość niespotykana sprawa). Tak jest, dziś ciocia dina napisze post.


28/10/2013

dobre rady,

Wiecie, wiszą u mnie na szafie takie dobre rady. Bardzo życiowe. Mówią o tym, że moja egzystencja będzie bardziej znośna, jeśli będę zdrowsza (muszę pić dużo wody, spać 7 godzin w ciągu doby, jeść dużo warzywek i owoców i spędzać 10 minut w ciszy), kiedy będę spędzać więcej czasu z dziećmi i osobami starszymi, kiedy oczyszczę się z nienawiści do świata, kiedy nie będę wobec siebie samej zbyt krytyczna i będę często rozmawiać z rodziną. Radzą też (te rady), aby pozbyć się z przestrzeni osobistej tego, co nie jest piękne, ucieszne czy użyteczne; aby starać się uszczęśliwić przynajmniej jedną osobę w ciągu dnia. Wypełnić swoje serce empatią, radością i dobrocią. Spacerować uśmiechając się i czytać książki na potęgę. 
Wiecie, te rady są naprawdę piękne. Takie motywujące, budujące jakieś takie... cudowne uczucie, że TAK, DZIŚ MOGĘ BYĆ ZAJEBIŚCIE SZCZĘŚLIWA. Widzę je codziennie, kiedy rano wstaję. Czytam je po kolei. I co?

23/10/2013

bed stuff,


- A jak tam między wami?

Moje ulubione pytanie, zwłaszcza gdy jest zadane z miną "if you know what i mean" przyklejoną do pyszczka ciekawskiego. Zwłaszcza, gdy ciekawski jest osobą najmniej na świecie upoważnioną do wtykania nosa między mnie i mojego człowieka. W każdym sensie: co mieliśmy wczoraj na obiad, czy wytarliśmy kurz i czy mamy porządek w szafie a w TYM temacie to już zupełnie powinien trzymać się na odległość "weź idź i nie wracaj do sprawy". Nie wiem, czy moje przekonania są tak archaiczne w dobie wszechobecnego seksu i negliżu, że właściwie nie mają już racji bytu i powinnam wszem i wobec ogłaszać, że jestem usatysfakcjonowana. Najlepiej przyklejać sobie to na czoło i obnosić się z tym z dumą godną pawia z wyczesanym ogonem. Jednak cały czas wychodzę z założenia, że i-n-t-y-m-n-o-ś-ć oznacza granicę, której się nie przekracza i wręcz niegrzecznym jest wtryniać się poza wyznaczoną linię granicy nieprzekraczalnej. Takie to dość przykre: ładować się do czyjegoś łóżka z buciorami. 
Ale skoro już o seksie mowa... scrollując internety wpadły w łapki dwa zabawne obrazki, którymi muszę się podzielić, bo doprowadziły mnie do śmiechu tak panicznego i histerycznego, że skończył się atakiem czkawki i niepohamowanego, 20-sekundowego łzotoku:










21/10/2013

pass this on,




Szare dni mijają, coraz więcej pada, coraz groźniej. Liśćmi, deszczem, złym humorem. Dziś zły humor dokucza podwójnie, bo dwa razy w nocy obudziła mnie Ulewa Rodem Z Puszczy Amazońskiej. Jeszcze chwila, jeszcze moment i znów zasypie nas góra śniegu (która podobno ma być zaskakująco wielka, jak na zimę stulecia przystało, i pewnie po raz kolejny zaskoczy drogowców i całą resztę społeczeństwa). Już nie dziwi mnie moje odbicie w lustrze. Co więcej, stwierdziłam, że pozostanę przy tym wiewiórkowym kolorze, który wyjątkowo przypadł mi do gustu. Obawiam się, że będę musiała ciachnąć kilka centymetrów, bo moje kochane kudły okropnie się na mnie obraziły i teraz wyglądają jak pęk porządnie wyeksploatowanej miedzi... Nie tej nowej, pięknie ułożonej na szpuli... niestety. Kochane Brunetki i Szatynki, rozważnie uważnie plusy i minusy zanim zdecydujecie się na rozjaśniacz. Tyle ze strony Cioci Dobrej Rady, Która Mówi To Z Własnego Doświadczenia.




Nie no, generalnie nie ma biedy. Nie, źle się wyraziłam. W portfelu mam tylko przeciągi. I to takie przeciągi, że aż smutno. Nawet kłaczka jak na westernach już nie ma. Mam kryzys ekonomiczno-seksualny. Patrzę do portfela a tam ch*j. Mam wrażenie, że ostatnio zbyt często to powtarzam. To jest dopiero smutne. Ale tej biedy niedosłownej to naprawdę nie ma. Narzekam jak stara prukwa, ale tak naprawdę to chyba tylko dla zasady, bo "dina to stara zrzęda". Tak naprawdę to jest mi całkiem nieźle, z dupy świeci mi słoneczko, do pyszczka mam przyklejony wyraz twarzy Zjaranego Marka.*
Tylko fakt, że za pięć dni mam wiedzieć, pod jakim kątem przeprowadzę analizę językoznawczą "Mechanicznej pomarańczy" trochę mnie przeraża. No, nawet trochę bardziej niż trochę. Mam w głowie kompletną pustkę i czuję, że to nie zmieni się do najbliższej soboty, ponieważ załączył mi się alarm i moja filozofia życiowa nadal wygląda o tak:


Przynajmniej przez remont przeszliśmy cało... udowadniając, że marni z nas spece od wykończeniówki i generalnie to do niczego się nie nadajemy i zawsze trzeba po nas poprawić, bo jesteśmy sierotami niebożymi. To nic, generalnie mogło przecież być gorzej. Mogło nam się przecież niebo zawalić na głowę. Albo sufit. Cokolwiek.  

 klik

* zbieżność imion przypadkowa

03/10/2013

Od dziś możecie mi mówić rude-blond. Stwierdziłam, że mam absolutnie dość ciemnych włosów no i tak wyszło, że jestem teraz jasna niż ciemna.
Przyda mi się to w tych mrocznych czasach. W sobotę pierwszy zjazd - jestem przerażona jak koń na biegunach postawiony na krawędzi gigantycznej przepaści zwanej językoznawstwem
Muszę z przykrością stwierdzić, że nie mam nic sensownego do powiedzenia. Uwierzcie mi, stwierdzam to z wielką przykrością i żalem. Czytając niektóre blogi zaczynam tęsknić za moją pasją i tym poczuciem humoru w każdym słowie, którym zjednałam sobie kilka dusz. Nakopcie mi porządnie, kiedy zacznę się wykręcać pisaniem pracy :D 
Lecę ganiać w polu szukając jakiegoś zajebistego pomysłu na post - trzymajcie kciuki!

Polecam: A Perfect Circle dyskografia
Daft Punk - Random Access Memories (cały album)




winter is comming...
see u soon





02/09/2013

Dociera do mnie, jak bardzo chcę Go obok siebie w takich małych momentach. Kiedy po pokoju lata wielki, obrzydliwy owad niewiadomego pochodzenia, który chowa się gdzieś skrzętnie i czyha, aby zaatakować mnie wtedy, kiedy On mnie nie obroni, bo akurat jest Gdzieś-Nie-Na-Wyciągniecie-Ręki
Kiedy chcę zapytać o jakąś błahostkę. Kiedy nie wiem, gdzie położyłam okulary. Kiedy nie wiem, co chciałabym zjeść. Kiedy chcę coś obejrzeć nie-sama. Kiedy jakiś obcy człowiek dotyka mojej dłoni a ja chcę, żeby to były Jego palce. Kiedy ktoś coś do mnie mówi a ja tęsknię za Jego głosem. I tylko Jego chcę słyszeć. Kiedy mam położyć się do zimnego, nie-naszego łóżka i zasnąć w pościeli, która nie pachnie Jego skórą. Kiedy nie czuję spojrzeń w powietrzu, które są tylko-dla-mnie
Kiedy nigdy nie mam Go dość. 







26/08/2013

muse dream,


Śniła mi się najdziwniejsza rzecz na świecie ever. Zwykle nie lubię zasypywać bloga moimi snami, bo to się zwykle kupy nie trzyma. Ten też się kupy nie trzyma, ale to trzeba przemilczeć, bo moja wyobraźnia przeszła samą siebie.
source

20/08/2013

jak to w świecie bywa, i dina bywa leniwa

Ok, bywa to dość poważne niedopowiedzenie. Ogarnął mnie wszechpotężny leń, który zaowocował tym, że w wakacje do tej pory zrobiłam idealnie perfekcyjne NIC. Wypożyczone książki leżą odłogiem - Lolita zwiedzała ze mną Polskę, jednakże nie zrobiłam z niej pożytku. Przeczytałam 60 stron i jak na razie nasz romansik ma ciche dni. Leży na kanapie i patrzy na mnie spode łba. No, może dziś w końcu się za coś wezmę.


Dlaczego akurat dziś? Bo dziś, po mniej więcej 3-4 tygodniach, jestem w domu na dłużej niż 30 minut. To tu, to tam, trochę mnie poniewierało po kraju. Na Podlasiu, w Wielkopolsce, to tu to tam. Na nudę nie narzekam. Chwilowo jednak mam dłuższy przystanek w domu... może na tydzień...

05/07/2013

trochę wody upłynęło,

Przyznam się szczerze, że musiałam się głębiej zastanowić, aby przypomnieć sobie, jaki jest adres mojego bloga. Nie kogoś ze znajomych, choć przyznam, że i ta część mojej pamięci niestety pokryła się kurzem, który zaczął żyć i tworzyć zorganizowaną przestępczość (nie myślcie, że kiedy przepadłam na kilka chwilek, zapomniałam o tych, których czytam regularnie - czytałam zawsze i czytać będę). Przeraziłam się nie na żarty i postanowiłam machnąć jakieś sympatyczne zdanko... ewentualnie siedem albo dwadzieścia.

Problem jest to, że przez chwilę załączyła mi się jakaś taka bierność. Jakby klawiatura działała na mnie odpychająco, nic nowego nie chciało wypłynąć spod moich palców. Nawet najbardziej banalny i tani bełkot. Aż do czasu, kiedy kilka dni temu, pod moją karmazynowo-bakłażanową czupryną zaczęła materializować się historia.


15/04/2013

harry,

Harry siedział w odległym kącie sali zakurzonego pubu dla wyklętych indywidualistów. Wokół jego głowy unosiły się obłoki gęstego, gryzącego w oczy dymu. Na ciężkim, drewnianym stole stało pachnące goździkami grzane piwo. Harry raz po raz zaciągał się gorzkim papierosem, nieustannie wpatrując się w nieruchome drzwi. Bardzo chciał, aby ktoś przekroczył próg. Z głębi sali dobiegł go perlisty, lekki śmiech przenikający jego ciemną duszę. Kiedy zamilkł, coś się skończyło. Znów wszystko w nim zgasło. Jego uszu dobiegły tylko dźwięki jakiejś niemożliwie smutnej piosenki, sączące się z rozpadającego się radioodbiornika. 

11/04/2013

nasza anatomia,

Jestem dina i jestem zupełnie zwyczajna. Mam prawie 21 lat, dwoje młodszego rodzeństwa, mieszkam z rodzicami na pierwszym piętrze. Lubię oglądać Chirurgów i jeść kanapki z serem. Czasem zakładam skarpetki nie do pary, notorycznie z dziurą na placu. W kieszeni zawsze mam zapalniczkę i balsam do ust. Chciałabym zapuścić włosy do pasa, bo takie włosy to bardzo fajna osobliwość. Chciałabym mieć grubą, czarną kotkę, którą nazwałabym Jinx. Marzę o przytulnym mieszkaniu z paprotką na parapecie. O dwóch szczoteczkach do zębów w łazience i dwóch parach butów na korytarzu. O Jego obok moich. Mam zupełnie zwyczajne marzenia. 
On jest zupełnie zwyczajnym facetem. Ma zwyczajnie piękne oczy i źrenicę w kształcie fasolki. Wkurzającego szefa, cudownego siostrzeńca i oddanych kumpli. Czasami nosi obleśne, długie skarpetki, których nie cierpię. I przez cały rok chodzi w letnich butach. Nie lubi ciepłych pomidorów i brokułów. Brokułów w ogóle, bo "na jego talerzu jest miejsce tylko na mięso". Stroi do mnie śmieszne miny, kiedy się ze mną droczy i przytula, kiedy śpi. Nosi czerwoną czapkę i zawadiacki uśmiech na twarzy. Pod biurkiem trzyma dwie konsole i piekli się, kiedy wolę żeby leżał ze mną niż żeby grał. Kiedy gra, to gada do siebie. Kiedy pije z kufla, odchyla mały palec. I wiem, że chce tego, co ja.
Kiedy jesteśmy razem, każda sekunda urasta do rangi absolutnej zajebistości. Bo, jak to mówi Meredith Grey "Razem możemy być wyjątkowi, a bez siebie zwyczajni". Zdecydowanie, jesteśmy stworzenia do bycia wyjątkowymi. Razem.

08/04/2013

pozamiatane + TAG,

dina & sikorka pozdrawiają kwietniowo-ślimakowo
Wyżywam się ostatnio na Sikorce. Nie, że uskuteczniam jakąś przemoc domową. Zdecydowanie nie. Po prostu mała jest... dość sceptycznie nastawiona do mojego hobby nowego a mianowicie postanowiłam sobie za cel spełnić się jako jej osobista fryzjerka, której ona tak naprawdę wcale nie chce. Z tej racji nasz dom  przypomina tor wyścigowy a ja i Sikorka jesteśmy bolidami. Ona przodem a ja za nią z grzebieniem i spinkami. Propozycja na dziś: francuskie ślimaki *klik*. Dziś udało mi się ją ujarzmić jakimś cudem - jako pamiątka posłuży ten zaiste niesamowicie profesjonalny miksior zdjątek kamerkowych. Jesteśmy tak słodkie, że zima wymięknie i stopnieje jej lodowe serce. Uch!

31/03/2013

"Ludzie rosną. I nie mieszczą się już w sercu" - Lec

ładny obrazek z soup.io, który zmusił mój mózg do działania
Zawsze powtarzam, że człowiek, który potrzebuje inspiracji powinien odnieść się do dwóch (w mojej opinii) absolutnie niezawodnych źródeł - kierunek: soup.io oraz pan Lec. W tym momencie nadeszła pora na niepoważne wyznanie i na stwierdzenie oczywistego, w sumie nieistotnego faktu. Pierwsze z nich, które wymaga ode mnie wielkiej szczerości: od kilku tygodni ja i mój blog ewidentnie jesteśmy pewnymi dowodami, że z moją weną dzieją się cholernie złe rzeczy i że jeśli się nie ogarnę, skończę na internetowym wysypisku a wraz ze mną sowatrywialna. Fakt, że w ramach bezsenności zmieniłam image i adres bloga w ogóle o niczym nie świadczą. Fakt na dziś: zupka cały czas działa a więc wszem i wobec z niekrytą radością ogłaszam - będzie post!


26/03/2013

kiedy entuzjazm i dobre chęci nie wystarczą,

To już nie jest kwestia lenistwa. Ta okropna i absolutnie przereklamowana zima trwa tak obrzydliwie długo, że nawet głęboko zakorzenione w moim układzie nerwowym Lenistwo i jego siostra Prokrastynacja spakowały walizki i wyleciały do ciepłych krajów (czego oczywiście im niesamowicie zazdroszczę...). Znalazł się i ten dawno zapomniany entuzjazm i nawet chęci...
I wtedy wyjrzałam za okno -  i znów ten śnieg.

19/03/2013

toy dolls,

W ubiegłą sobotę bawiłam się naprawdę przewybornie na koncercie The Toy Dolls. Tak naprawdę znałam tylko jeden ich kawałek i ten jeden kawałek sprawił, że tak bardzo chciałam pojechać na ich koncert, że... pojechałam! Przed nimi na scenie gościły Seksbomba i ich ekscentryczny wokalista Robert i kapela Po Prostu ze Szczepanem w złotej marynarce (swoją drogą, swojaki z Trójmiasta!). Dałam się nawet porwać emocjom i weszłam w tłum, którego zazwyczaj unikam ze względu na mój wzrost - nie lubię kiedy depcze mi się po głowie. Rozumiecie.
Chciałam coś więcej napisać na temat tego koncertu, ale właściwie nie najlepiej wychodzi mi opisywanie wydarzeń (nawet na pierwszym roku miałam z tym problem na języku pisanym, kiedy miałam oddać pracę kontrolną pod tytułem opis wydarzenia...). Stwierdziłam jednak, że muszę zaakcentować jakoś tutaj to wydarzenie, bo niewątpliwie należało ono to bardzo udanych. Upamiętniać będą go przypinka przy plecaku, plakat i koszulka, którą dzielę z moim J. Zakochałam się w tych owłosionych nóżkach od pierwszego spojrzenia i cudownym trafem J. zgubił koszulkę w pogo, i musiał kupić tą (w wersji białej). Swoją drogą, kupił ją od bardzo miłego pana Anglika Conrada, z którym ucięłam sobie pogawędkę, testując przy okazji mój cudowny angielski. Zrozumiał mnie i ja jego też rozumiałam (wow!), więc śmiem twierdzić, że moje studia na coś się przydają - rozmowa zaiste była na poziomie. 
Poza tym? Właściwie niewiele. Albo inaczej... wiele, ale szkoda w ogóle o tym mówić. No cóż, porobiło się i to konkretnie. Trach i nagle dina musi się porządnie ogarnąć, wydorośleć i wziąć się w garść. To niby właściwie normalne... ale tylko niby. Nie miejsce tu na żale i łzy. Trzeba się zdeklarować, podjąć pewne decyzję, aby wszystkim nam było lżej w tej niezbyt przyjemnej sytuacji. Najważniejsze, abyśmy trzymali się razem i razem przez to przeszli. Oczywiście, będzie to od każdego z nas wymagać wielkiego zaangażowania i zrozumienia sytuacji, ale kiedy wszyscy zrozumiemy na czym stoimy, damy radę. Musimy, razem.
Przeżyłam elektroniczną rejestrację w Urzędzie Pracy, uważam to za wielkie osiągnięcie. Jutro w południe (właściwie to dzisiaj, już po północy!) mam spotkanie i stanę się oficjalnie bezrobotnym, zasilę nasze 14-procentowe bezrobocie (14, dobrze mówię?). Już przygotowałam dokumenty i powinnam spać, ale nerwy mnie zżerają od środka. Później będę z nadzieją czekać na telefon i na to, że znalazł się jakiś staż dla mnie. I będę pracować. Zdobywać doświadczenia. Będę się nadal uczyć i zdobywać kolejne piątki. Ta ostatnia z hiszpańskiego naprawdę mnie ucieszyła. Może to mała rzecz, ale w tym momencie naprawdę się z niej cieszę. 
Po ostatnim poście i masie frustracji spowodowanej moimi włosami powróciłam do kompleksowej pielęgnacji, którą trochę zaniedbałam. Znów jakieś paćki na głowę, pierdoły rowery. Tak naprawdę pewnie nikogo nie interesuje fakt, że nacieram sobie czuprynę żółtkami z miodem, więc w tym momencie zakończę moje dziwne wywody pisane o pierwszej w nocy z nerwów. Musiałam czymś łapy zająć.

Trzymajcie się,
lepiej niż ja.



13/03/2013

this hair issue,

Ten zabawnie różowy obrazek wykopany dziś podczas śniadania na Zupie tak pięknie oddaje moje uczucia. Wyraża moją frustrację, zażenowanie i smutek spowodowany przez moje włosy, które ZACHOWUJĄ SIĘ JAK GÓWNIARZ. Są tak... krnąbrne i uparte. Każdy swoją rzepkę skrobie - każdy w inną stronę, każdy traci kolor w zupełnie innym tempie, czego skutkiem jest trylion różnych odcieni rudego na mojej stroskanej głowie. Stroskanej nieogarnięciem moich włosów. Bo gdzie one zajdą, jeśli będą takimi gówniarzami?!

Zasada jest taka - wychodzę gdzieś i tuż przed wyjściem SZU! i nagle moje włosy upodabniają mnie do zmokłej kury, która przeżyła bliski kontakt z błyskawicą. Rzecz jasna, z nadejściem tego momentu absolutnie NIC nie da się z nimi zrobić. No bo po co?! Przecież to nic takiego, że za chwilę jadę na randkę/idę na nudny wykład, na którym nie ma nic innego do roboty tylko dobrze wyglądać/obierać ziemniaki/kupić kisiel w sklepie na rogu. Będziesz wyglądać jak Kupagówna i koniec. Nie ma opcji, że włosy usłuchają moich lamentów. Szlochy i rozpaczliwe zawodzenie również nie przynosi pożądanych skutków. Klamka zapadła - moje włosy czerpią inspirację od przeciętnego popiorunowca. Co do moich ukochanych włosów mam jedno małe wymaganie za te godziny troski im poświęcone: mają wyglądać dobrze. Okej, przyzwoicie... Znośnie - w zupełności wystarczy. Wszystko lepsze niż ten rozpierdzielnik, który serwują mi, kiedy postaram się i nawet zaczynam wyglądać jak człowiek. Czasami nie pozostaje nic innego jak tylko założyć torbę na głowę i udawać, że nic się nie stało. Że mam na głowie piękną, wiśniową burzę loków. Och.
Jeśli już można zamawiać życzenia na Boże Narodzenie 2013, to ja zamawiam włosy do pasa, zdrowe, ładnie się układające i nie tracące koloru trwałego po pięciu myciach... -.-
Okej, dość o moich włosach, bo jeszcze usłyszą, że je obgaduję i dopiero będzie fajnie. Postanowiłam stać się urodzonym lingwistą - mam wielkie plany długoterminowe i ambicje do spełnienia. Zaczęłam od drobnostki - BBC Radio every day. Zastanawiam się też, jak wdrożyć w życie plan "Chcę postawić na swoim i znaleźć pracę". Mam biznes-plan i trzeba się go mocno trzymać. W sobotę koncert Toy Dolls (WEEEE!). No i przez kilka tygodni będę pomocą dentystyczną, tak by the way. o_O Wesoło, zmianowo. - 10 stopni za oknem, wielki sopel i tony śniegu. Piękna zima tej wiosny. Nadal oczekuję na paczkę z gramatyką francuską prosto do głowy - pozdrawiam Pocztę Polską, buziaczki! 





05/03/2013

pon la luz, no veo nada,*


Zmiany, zmiany, zmiany... Jakaś wielka masa rozpada się. Puszcza soki lub oślepia pyłem. Coś topnieje, coś się wypala, aby inny cykl życia wreszcie znalazł swój początek. Coś się kończy (w tym przypadku zima, którą wyjątkowo mocno w tym roku już rzygam), coś się zaczyna - wielce wyczekiwana przeze mnie wiosna oraz wszystko, co za nią idzie - ciepło, słoneczko, zieleń (a nie ta wszechobecna i wpędzająca mnie w stany lękowo-depresyjne biel). Kończy się luz, bo przede mną pierwsze koło w tym semestrze - ten zaszczyt wędruje do języka hiszpańskiego, hej ho! Tak, tak - w tym momencie właśnie w wielkim skupieniu kuję zdania i tryb rozkazujący. Właściwie, to zdań się już nauczyłam -  przynajmniej części z nich (czego rezultatem jest ten piękny, światowy tytuł posta). No tak, teraz to się już posypie - już czuję swąd w nosie. To gramatyka praktyczna rozprzestrzenia wokół siebie odór zła. W tym tygodniu postanowiłam poluzować w tej kwestii... na rzecz hiszpańskiego, oczywiście!

Potrzebuję takiego odświeżenia. Małego wielkiego powrotu z mojej zimowej krainy półsnu. Ten moment, w którym teraz jestem, jest dla mnie najcięższy. Nie lubię takiego rozespania. Dlaczego nie można obudzić się jak za dotknięciem magicznej różdżki?!
Mój doroczny termin zbliża się wielkimi krokami. Moje wielkie katharsis. Pora na wywalenie wszystkich śmieci (tzw. notatek z liceum i pierwszego roku studiów zupełnie zbytecznych a także kopicy paragonów i "list zakupów", które sparaliżowały mój pokój). Przez kilka dni ze mnie-bałaganiarza wychodzę ja-pedant. Oczywiście, w tak zwanym trakcie, moja przestrzeń życiowa przypomina plac boju (lub wręcz pobojowisko) - chaos everywhere. Moja Mamka, kiedy mnie znajdzie w centrum takiego chaosu, zastanawia się, jak to jest możliwe, żeby tylko jeden i w dodatku tak niewielki człowiek był w stanie narobić takiego bałaganu. Ze spokojem odpowiadam, że ja po prostu robię porządek.

Tęsknię za kwiatami i za zielenią. Za długimi, ciepłymi dniami. Za tym miłym, ciepłym wiatrem, który nie szczypie w policzki. Za herbatą na ganku i książką na hamaku. Rozmarzyłam się i oczami wyobraźni zobaczyłam nawet złociste pola polskiej wsi. I posesje. Tak, chciałabym już zrzucić z siebie zimową warstwę ochronną, odetchnąć, odżyć. Wpiąć we włosy stokrotki.

Jestem nastawiona bardzo pozytywnie - hiszpańskie zdania są wyjątkowo łatwe do zapamiętania, muzyka brzmi lepiej niż zwykle, słońce jest coraz wiosenniejsze. I spełniło się moje materialistyczne marzenie. Mogę grać w 4pics1word - super zajawkowa gra, zwłaszcza na wykładzie z HLB** :D 



* zapal światło, nic nie widzę
** historia literatury brytyjskiej

28/02/2013

born to be dictionary,*

Cóż, po raz kolejny błysnę nieprzeciętnie przeciętną zwałą twórczą, wzburzoną niczym zasztormiony Bałtyk. Moja inwencja najprawdopodobniej zaszyła się gdzieś pomiędzy pierwszym a drugim piętrem Wydziału Filologicznego, co niesie za sobą dwa podstawowe skutki: a) będę pieprzyć o pierdołach nie z tego świata b) chwilę mi zajmie odnalezienie mojej weny i znakomitego poczucia humoru, bo właściwie to nie chce mi się jej szukać. Tak, oprócz braku weny dopadł mnie leń-morderca. Moi drodzy, czyż można wyobrazić sobie bardziej niekorzystne połączenie?
Odwiedziłam wczoraj moją dobrą koleżankę z Olsztyna. W Gdańsku. Na Piwnej. Boże, co za ulica! I ta nazwa! Co jak co, ale dina była pod wrażeniem. Podobało mi się mroźne powietrze na dachu świata. Ok, ze światem przesadziłam. Ale dach kamienicy było to na pewno. Tak, z całą pewnością. Jedna rzecz średnio mi się podobała. Właściwie dwa, drobiazgi. Wspinaczka na pierwsze piętro tak, jakby to było czwarte (wspinanie na czwarte pozostawię bez komentarza...). I Pan Cherubinek na murach pozbawiony nie dość że majtek, to jeszcze przyrodzenia. Powiedziałabym, że ch♥jowe przywitanie, ale w tym przypadku to byłoby kłamstewko. Więc,  na Piwnej wypiłyśmy piwo. O piwie powiem słów może pięć. Piwo: Perła Winter - dobre piwo. Wow, pięć słów, impossible. :D Okej, zgrywam małego wariata. A tak naprawdę to Perła Winter to takie smaczniutkie i naprawdę sympatyczne piwko o smaku dzikiej róży i czarnego bzu. Nawet przywiozłam dla mojego J. jedną butelkę. Nie wiem jednak, czy dotrwa do jego przyjazdu *haha* Bardzo znacząco na mnie zerka (rozumiecie, taki look w stylu "wypij mnie" :D). Generalnie bardzo polecam. :D
Olewam piwko, bo jak widać po tytule nie o tym chciałam pisać. Ale zanim przejdę do tego, o czym chciałam pisać, to muszę powiedzieć, że gdańska starówka nocą jest tak piękna, że po raz kolejny oszalałam na jej punkcie (proszę mnie nie pytać, który raz, bo nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie). Gdyby nie to, że zimno, to mogłabym całą noc spędzić łażąc pomiędzy uliczkami. Marzy mi się taki długaaaaśny spacer nocą. (żaluzja do pana J.)
Pora zaparzyć sobie herbatę, odebrać Sikorkę ze szkoły (swoją drogą dziś, po siedmiu latach jej słodkiego życia, zdjęcie Sikorki wylądowało w moim portfelu - taki mam refleks szachisty), pouczyć się gramatysi i gruntownie przygotować na wejścióweczkę z historii literatury amerykańskiej. W końcu w tym tygodniu nie było, cóż za strata czasu! A to wszystko jest dla nas! UCH! Powinnam jeszcze w najbliższym czasie przekopać się przez tryliony kilogramów makulatury językowej - chcę się za korepetycje zabrać i muszę zobaczyć, jaką mam bazę. Solidnie czy niesolidnie - oto jest pytanie. Ale to bliżej wiosny. Póki co, perspektywa wertowania czterech spasionych segregatorów i wywalenia stosu podręczników z szafy mnie nie rajcuje. Wolę pospać. ♥
dina przeżywa załamanie nerwowe spowodowane sesją. Nie, nie. Zimową już dawno skończyłam. Ja, małe psycho, już się zimową przejmuję. Wiem, wiem. Taka jestem ambitna i przerażona. W każdym razie, moja trwoga przekłada się na nadprogramowe teksty o dupie Maryni, co by wzmocnić słownictwo. Bardzo staram się nie zawieźć pani Bat, która powtarzała, że "gramatyka to szkielet, a piękny język buduje słownictwo". Pozdrawiam panią Bat znad Cambridge Advanced Learner's Distionary.  Och, jakże mogłam zapomnieć o milusińskich godzinach spędzonych z gramatysią, którą z tego miejsca pozdrawiam i kopię w dupsko. Tak, narodziliśmy się, aby być słownikami.*
(mój absolutny numer jeden,
 jeśli chodzi o ostatni tydzień)
* tytuł inspirowany piosenką Lany Del Rey

26/02/2013

you found me,

Skończyła się wolność i swoboda, znów zaczęła się szkolna harówka. Jako, że poniekąd zostałam odcięta od cywilizacji (o frustracji z tego wynikającej już za momencik), więc trochę cierpię. Ze zgrozą mrożącą krew w żyłach zdałam sobie sprawę, że nie było mnie tu od jedenastu dni, a dla bloga to wieczność przeplatana żałobą. Dawno nie miałam takiego odwyku muszę przyznać. Muszę też ze smutkiem przyznać, że znów będę biadolić o dupie biskupa. Moja wena spada nieubłaganie i po raz kolejny, pomimo przerwy, nie mam jakiegoś konkretnego zamysłu na post. W każdym razie, tych wytrwałych zapraszam na moje pięć minut na temat glanów, tatuaży, oszczędności i trochę o powrocie do szarej i nadzwyczajnie frustrującej rzeczywistości.

15/02/2013

w stylu bla-bla,


Well, wstyd się przyznać, ale jak na ostatnie czasy chwilę mnie tu nie było. Uhuhu, taki leń mnie ogarnął, że nawet na bloga nie zaglądam. Okej, to nie leń. To zapalenie oskrzeli i zapalenie ucha w jednym - pozdrowionka dla mojej popieprzonej odporności, którą mam ochotę zniszczyć i rozwalić na drobne kawałeczki, ale o tym dlaczego, już za chwilę!

To będzie durny post w stylu bla bla z nutką powalentynkowej słodkiej refleksji niewynikającej ze słodyczy tego komercyjnego święta. Ale może tak w miarę zacznę chronologicznie.
A więc, pierwszy w kolejności chronologicznej miał być koncert Slasha w Katowicach w Spodku. Absolutnie zajebisty, cudowny, ochy i achy sypią się w tym miejscu. MIAŁ być, ponieważ NIE POJECHAŁAM, ponieważ mój z lekka popieprzony układ odpornościowy akurat PRZED koncertem postanowił nie ochronić mnie przed ZABÓJCZYM kaszlem i gorączką. KILL HIM. Albo nie. W sumie to układ odpornościowy, może się jeszcze czasem do czegoś przydać. -.- W każdym razie, jestem wściekła jak pies, pół wtorku przeryczałam jak dziecko, bo nie mogłam pojechać na koncert. Debilne? Może i tak. Ale byłam tak zła na moje oskrzela, że miałam w dupie czy moje zachowanie jest bardzo infantylne czy tylko średnio. Siedziałam i płakałam, zapijając żal syropkiem. Buuu.
Kolejne w kolejności są ukochane przez społeczeństwo walędrinki. Nie będę rozwodzić się nad komerchą tego święta-nie-święta. Powiem dwie rzeczy. Numer uno, dostałam bardzo fajny gadżet dla herbatoholika, który nie przepada za fusami pływającymi w napoju bogów. Liście sypie się do tego cudeńka z dziurkami i nie ma farfocli w kubku, um. Numer dwa, walentynki wcale nie są słodkie. Te śmieszne serduszka, pierdoły, rowery. Najfajniejsze jest, kiedy śpiący obok ciebie facet przez sen szuka twojej ręki. Najpiękniejsza rzecz pod słońcem. Albo raczej księżycem. A, dodam jeszcze, że walentynki spędziłam przesłuchując stare płyty i testując nową pluszową poduchę pana J. I bardzo spodobał mi się kawałek, który zamieszczam w linku pod notką.
Nius numer trzy + cztery i pięć: dotarły moje gadżety z siemashopu! Miały lekką obsuwę ze względu na finał, ale już są! Jestem dumną właścicielką kubka termicznego i kubka woodstockowego, mrrrr. Segundo, znów jestem czerwonowłosa! Weeeeee! Tyle radości! Już zapomniałam, jakie to fajne uczucie mieć włosy ładnego koloru. Znudziło mi się już bycie cholernym kameleonem z tęczą w tonacji gówno-miedź na głowie. No i jadę na podbój Olsztyna, znikam do środy. Jadę się docywilizować i odstresować na maksa przed powrotem na uczelnię.



Smęcę i ględzę, tracę mój polot twórczy. To dlatego, że przez ostatni tydzień egzystowałam grając w simsy (ogarnęłam trójkę, no powiedzmy) i byłam głodzona przez mojego tatuśka, który kupował steki. A ja byłam tak leniwa  i chora obłożnie, że nie chciało mi się iść do sklepu. Więc jestem wygłodzona i idę dalej grać w simsy przed wyjazdem, żeby przypadkiem moje simsy nie były głodne, bo to straszne uczucie jest. Siema!


09/02/2013

zabij mnie romantycznością,


Człowiek romantyczny? Taki, który przynosi kwiaty, zabiera co tydzień do kina, na kolacje, kupuje pierścionek i oświadcza się na Wieży Eiffla? Albo w zaciszu domowym masuje stópki i karczek i przynosi lody i chipsy do łóżka i w 20 stopniowym mrozie biegnie do sklepu po maoam, bo kobieta ma ochotę. I pyta "kochanie, czego ci potrzeba?", i patrzy na ciebie tak, że nie wiesz już, gdzie masz przód a gdzie tył i gdzie oczy podziać.
I taki, który kiedy za dużo gadasz zamyka ci usta słodkim pocałunkiem. 
Czyżby?

Sobota, 9 lutego 2013 roku, godzina 11:02:45. dina przebudza się ze słodkiego snu, piątkowe wojaże i wcinanie kabanosów na mieście późną nocą trzeba było odespać. dina budzi się, przeciera oczy i przez mgłę widzi Pana swojego serca, J., którzy z dziką zapalczywością skroluje wykop lub innego kwejka. J. nie widzi, że dina się obudziła i patrzy na jego plecy wyczekująco z nadzieją, że w końcu na nią spojrzy. Po dłuższej chwili dina odpuszcza gapiostwo i zaczyna paplać. Papla dużo, nieskładnie i trochę za głośno.
Na co, pan J. romantyk odwraca się, patrzy z miłością na jej rozkuzdraną buźkę, daje folię bąbelkową i mówi: : "cicho kobieto, ja tu...". 
dina nie pamięta, co dalej J. powiedział, bo folia bąbelkowa tak ją porwała, że świat na chwilę przestał mieć znaczenie.
Nikt mi nie wciśnie, że tylko definicyjnie romantyczny facet jest romantyczny. Dla mnie romantyczny jest wtedy, kiedy swoim zachowaniem powoduje, że jestem szczęśliwa i zapominam o bożym świecie. 

le pyk i dużo miłości na ten weekend!

05/02/2013

me vs. the world,

Muszę z bólem przyznać, że dziś choćby udawanie, że jestem istotą twórczą i aktywną przychodzi mi z trudem urastającym do rangi przygniatającego mamuta. Wielki mamut siadł mi swoim dupskiem na ambicji i zapasach energii. Jedną jedyną rzeczą, do jakiej jestem dziś zdolna to rytmiczne wciskanie klawisza F5 w oczekiwaniu na najnowszy odcinek HIMYM (um, doczekałam się *.*). Moja motywacja uciekła. Moja moc odeszła. Wszelkie najłatwiejsze poziomy aktywności fizycznej zostały oflagowane. Well, czuję się jak flak. 
Zamulanie nie sprzyja. Przydałby się jakiś kat o cuchnącym oddechu, który zagoniłby mnie do roboty. Wielkim osiągnięciem jest to, że wstaję dzień w dzień o 7:20 i urządzam sobie gimnastykę, co by rozgrzać trochę moje skamieniałe mięśnie. Nawet nie chce mi się walczyć z moją gębą. Kudły wiążę w supełek, no make-up monster, drech i jazda. No cóż, lenistwo osiągnęło poziom sięgający absurdu. Nawet nie chce mi się jakoś specjalnie pisać - prokrastynacja i lenistwo poziom zaawansowany. Nawet moje brwi zaczynają się buntować. I lakier do paznokci w ramach strajku odpryskuje na dużym palcu (i na wszystkich innych też). Przykre, bo mam to w nosie i mi się nie chce. Mój dywan na mnie warczy. Trochę poczytałam dzisiaj Leca, który dobił mnie swoją przemądrzałą mądrością.
Ja kontra Reszta Świata 0:1
Jedyną dobrą wiadomością dzisiejszego dnia, że być może doczekam się lżejszego i mobilnego komputera. No i że ukazał się nowy odcinek HIMYMa. Z tego powodu muszę Państwa pożegnać! Miłego wieczoru!

P.S: W ramach solidarności z Młodszą dina również podcięła włosy, alleluja!

04/02/2013

telefony, telefony,

Żłopanie herbaty za herbatą może doprowadzić do dewastacji dróg moczowych, co może sprawić, że latanie co piętnaście minut do toalety jest czynnością najważniejszą na świecie; pęcherz musi przypomnieć o swoim istnieniu przynajmniej pięćset milionów trzynaście tysięcy osiemset dwa razy na dobę. Tyle tytułem wstępu i w celu wyrażenia narastającej frustracji i irytacji wylewającej się uszami. Wzburzenia mojego i papieru toaletowego, który chudnie w oczach. W przeciwieństwie do mnie.
Okej, przyznam, że było mi to bezapelacyjnie potrzebne. Musiałam wyżalić się - to jest takie przygnębiające. Siedzisz sobie, czytasz jakąś ekscytującą scenę nowiuteńkiej książki bądź totalnie oszałamiający wpis na blogu równocześnie osuszając dno kubeczka i nagle musisz pędzić niczym Struś Pędziwiatr (ścinając zakręty) na Tron. Zalewam się łzami.
Prawdę mówiąc, mam dziś Dzień Zrzędzenia, więc dzisiaj będzie zrzędliwie (odkrywcze...). Nie będę jednak już narzekać na pęcherz - frustracja uszła ze mnie niczym powietrze z przedziurawionego materaca i nie wróci, dopóki znów mnie nie przyciśnie. Poza tym, już wystarczy tego przygnębiającego tematu. Nawinęły mi się jeszcze dwa. Jeszcze jeden, który będzie jeszcze jedną odskocznią od mojej głównej myśli. Obiecuję jednak, że jestem już coraz bliżej sedna sprawy!
ALE! Moja Rodzicielka wysyła Młodszą pod nóż. Właściwie to pod nożyczki. Fryzjerskie. Co w tym takiego? Właściwie to dwie rzeczy. Primero: mam totalną awersję do tego rzemiosła. Każda moja wizyta w zakładzie fryzjerskim i bliskie spotkanie z nożyczkami kończy się żałobą narodową spowodowaną totalną klęską i katastrofą. Ogólnie mówiąc - rzeźnia. Segundo: odzywa się we mnie trauma z przeszłości. Niejaka pani B. - dinowa wychowawczyni sprzed kilkunastu lat - wmawiała usilnie, że księżniczki mają długie włosy i dlatego dina nie jest księżniczką, bo dina miała zawsze krótkie włosy. A dina tak bardzo chciała być księżniczką (łzotok). Dlatego też chciałam walczyć jak lew o złote pukle mojej Siostrzyczki. Niestety, przegrałam. Poszli. Siostrzyczka nie będzie księżniczką. (double łzotok)
Okej. W końcu dotarłam do punktu, od którego chciałam zacząć. Chciałam w ramach Dnia Zrzędzenia pomarudzić na telefon. Mój telefon ostatnio trafił na moją Czarną Listę. Dlaczego? A dlatego, że ostatnimi czasy z hardkorowym natężeniem przeszkadza mi w czynności, która w swoją prostotą i przyjemnością podbiła moje serce - w spaniu. Student dina się cieszy, bo ma ferie. Obleśnie długie, błogie ferie, których wyczekiwałam z niecierpliwością, bo jak każdy student w roku akademickim najbardziej lubię wolne i imprezy. Z moimi feriami wszystko byłoby w porządku, gdyby nie telefon. Zły pan telefon doprowadza mnie do obłędu. Nikt mi nie wmówi, że rzeczy martwe nie są złośliwe. Ostatnimi czasy telefon jest królem w tej dziedzinie i przegonił nawet zaginione długopisy pochłonięte przez Plecak-Bez-Dna i pralkę pożerającą skarpetki a także szampon ładujący się prosto w oczy. Czy to popołudniowa drzemka czy próba pokonania bezsenności o godzinie 23:58 - kiedy moje oczy w końcu zaczynają się kleić a Morfeusz bierze mnie w swoje objęcia - BLIP SRIP, WAL SIĘ DINA NIE BĘDZIESZ SPAĆ! 
Budziki nastawione przez chochliki (lub młodszą siostrę). Smsy wysyłane o nieprzyzwoitych porach, kiedy w końcu udaje mi się odpłynąć i prawie-zasnąć. Telefony wyrywające mnie brutalnie i głos po drugiej stronie "mam nadzieję, że cię nie obudziłem/am". Nie, kurna, nie śpię o godzinie 7:50. Toć to noc! 



01/02/2013

so busy,

Nowy miesiąc, nowe możliwości. Tak, przyszedł luty. Pierwszy z trzech miesięcy w roku zaczynających się na literę el. Najkrótszy miesiąc w roku. Mawiają "idzie luty, podkuj buty", jednak u mnie luty wjechał z buta z hardkorową odwilżą i całkiem konkretnymi wiatrami z zachodu. I zamieciami deszczowymi. Znienawidziłam kierowców jeszcze bardziej - przy okazji pozdrawiam kierowcę (lub kierownicę) na kościerskich rejestracjach, który ochlapał mnie z góry na dół - palant. Wracając do tematu wjeżdżania w coś, ja natomiast wjechałam w luty z cudownym... chciałabym powiedzieć zapasem energii, ale nie powiem. Wjechałam w luty z nieogarniętym i wszechobecnym leniem. I śpiochem.

26/01/2013

pokaż mi swoje emocje: strach,

Twarz Jasona zarosła niechlujnym zarostem. Włosy zbyt długie, obgryzione paznokcie. Jason wygląda jak ruina. Zupełnie jak jego mieszkanie, niesprzątane od tygodni. Po tym, jak pamiętnego dnia wrócił z pracy, jedynie zasunął zasłony. Na stoliku zalegał stos listów i reklam z sieci marketów. Na podłodze walały się puste paczki po papierosach, puszki po piwie i butelki po droższych alkoholach. Śmieci wysypywały się ze śmietnika. Odór nie miał się gdzie podziać. W każdym kącie śmierdziało stęchlizną i zgniłymi resztkami jedzenia. Sam Jason cuchnął jakby wytarzał się na wysypisku śmieci w najbardziej aromatycznej stercie odpadków. Jego życie ograniczało się do tego, że ukradkiem wychodził do sklepu po zakupy raz w tygodniu. Ludzie go omijali. Jak zawsze. Wyglądał jakby oszalał.

25/01/2013

przewodniczka istnienia [3]


(polecam czytać przy: klik)          

Rozdział III: Hubert 

Hubert siedział na gorącym murku przed szpitalem wojewódzkim. Palił papierosa za papierosem. Nigdy nie widział Gabriela w takim stanie. Dniami i nocami siedział przy łóżku Natalii, która spała spokojnym snem już od trzech tygodni. Blady, z podkrążonymi oczami, które były zupełnie martwe i bez wyrazu, siedział nieustannie i czytał jej na zmianę Makbeta, Romea i Julię oraz Poskromienie złośnicy. Nie było w nim odrobiny życia. Smutek przemawiał przez niego na każdym kroku.

23/01/2013

na bezrybiu i rak ryba,

Skończył się papier toaletowy w bałwanki, reniferki i Mikołajki. Skończyło się wyjmowanie pyszności zmyszkowanych w czeluściach zamrażarki, nad czym okrutnie ubolewam. Trzeba przyznać, że pierożki w tym roku były w dechę. Skrzętnie ukryte przed młodszą siostrą słodycze od babci też się już skończyły. U części rodzin już nawet choinki nie ma, o czym świadczą zasypane igliwiem chodniki (u mnie stoi - sztuczny śmierdziel - i robi za nocne oświetlenie korytarza). Nawet WOŚP i  Blue Monday już za nami. I studniówki.  I styczeń za pasem (a może raczej w pasie?)... I sesja na horyzoncie. Trzeba w końcu przejrzeć na oczy - 2013 wparował na pełnych obrotach. Leci z górki na pazurki. Nie zdążę powiedzieć "Hottentottenstottertrottelmutterbeutelrattenlattengitterkofferattentäter" a już trzeba będzie zastanawiać się, gdzie spędzę kolejnego sylwestra. I w czym?! Właściwie, zanim dobrze przyswoiłam sobie ten fakt, prawie 1/12 roku minęła jak z bicza strzelił. Ta myśl wywołuje we mnie myśli autodestrukcyjne a depresja zapędza mnie w kozi róg.

21/01/2013

Libster Blog Award

Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, 
tiulowa_spódnica wyznaczyła mnie do zabawy. 
W sumie, dlaczego nie? :)




C Z Y T E L N I C Y