28/02/2013

born to be dictionary,*

Cóż, po raz kolejny błysnę nieprzeciętnie przeciętną zwałą twórczą, wzburzoną niczym zasztormiony Bałtyk. Moja inwencja najprawdopodobniej zaszyła się gdzieś pomiędzy pierwszym a drugim piętrem Wydziału Filologicznego, co niesie za sobą dwa podstawowe skutki: a) będę pieprzyć o pierdołach nie z tego świata b) chwilę mi zajmie odnalezienie mojej weny i znakomitego poczucia humoru, bo właściwie to nie chce mi się jej szukać. Tak, oprócz braku weny dopadł mnie leń-morderca. Moi drodzy, czyż można wyobrazić sobie bardziej niekorzystne połączenie?
Odwiedziłam wczoraj moją dobrą koleżankę z Olsztyna. W Gdańsku. Na Piwnej. Boże, co za ulica! I ta nazwa! Co jak co, ale dina była pod wrażeniem. Podobało mi się mroźne powietrze na dachu świata. Ok, ze światem przesadziłam. Ale dach kamienicy było to na pewno. Tak, z całą pewnością. Jedna rzecz średnio mi się podobała. Właściwie dwa, drobiazgi. Wspinaczka na pierwsze piętro tak, jakby to było czwarte (wspinanie na czwarte pozostawię bez komentarza...). I Pan Cherubinek na murach pozbawiony nie dość że majtek, to jeszcze przyrodzenia. Powiedziałabym, że ch♥jowe przywitanie, ale w tym przypadku to byłoby kłamstewko. Więc,  na Piwnej wypiłyśmy piwo. O piwie powiem słów może pięć. Piwo: Perła Winter - dobre piwo. Wow, pięć słów, impossible. :D Okej, zgrywam małego wariata. A tak naprawdę to Perła Winter to takie smaczniutkie i naprawdę sympatyczne piwko o smaku dzikiej róży i czarnego bzu. Nawet przywiozłam dla mojego J. jedną butelkę. Nie wiem jednak, czy dotrwa do jego przyjazdu *haha* Bardzo znacząco na mnie zerka (rozumiecie, taki look w stylu "wypij mnie" :D). Generalnie bardzo polecam. :D
Olewam piwko, bo jak widać po tytule nie o tym chciałam pisać. Ale zanim przejdę do tego, o czym chciałam pisać, to muszę powiedzieć, że gdańska starówka nocą jest tak piękna, że po raz kolejny oszalałam na jej punkcie (proszę mnie nie pytać, który raz, bo nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie). Gdyby nie to, że zimno, to mogłabym całą noc spędzić łażąc pomiędzy uliczkami. Marzy mi się taki długaaaaśny spacer nocą. (żaluzja do pana J.)
Pora zaparzyć sobie herbatę, odebrać Sikorkę ze szkoły (swoją drogą dziś, po siedmiu latach jej słodkiego życia, zdjęcie Sikorki wylądowało w moim portfelu - taki mam refleks szachisty), pouczyć się gramatysi i gruntownie przygotować na wejścióweczkę z historii literatury amerykańskiej. W końcu w tym tygodniu nie było, cóż za strata czasu! A to wszystko jest dla nas! UCH! Powinnam jeszcze w najbliższym czasie przekopać się przez tryliony kilogramów makulatury językowej - chcę się za korepetycje zabrać i muszę zobaczyć, jaką mam bazę. Solidnie czy niesolidnie - oto jest pytanie. Ale to bliżej wiosny. Póki co, perspektywa wertowania czterech spasionych segregatorów i wywalenia stosu podręczników z szafy mnie nie rajcuje. Wolę pospać. ♥
dina przeżywa załamanie nerwowe spowodowane sesją. Nie, nie. Zimową już dawno skończyłam. Ja, małe psycho, już się zimową przejmuję. Wiem, wiem. Taka jestem ambitna i przerażona. W każdym razie, moja trwoga przekłada się na nadprogramowe teksty o dupie Maryni, co by wzmocnić słownictwo. Bardzo staram się nie zawieźć pani Bat, która powtarzała, że "gramatyka to szkielet, a piękny język buduje słownictwo". Pozdrawiam panią Bat znad Cambridge Advanced Learner's Distionary.  Och, jakże mogłam zapomnieć o milusińskich godzinach spędzonych z gramatysią, którą z tego miejsca pozdrawiam i kopię w dupsko. Tak, narodziliśmy się, aby być słownikami.*
(mój absolutny numer jeden,
 jeśli chodzi o ostatni tydzień)
* tytuł inspirowany piosenką Lany Del Rey

26/02/2013

you found me,

Skończyła się wolność i swoboda, znów zaczęła się szkolna harówka. Jako, że poniekąd zostałam odcięta od cywilizacji (o frustracji z tego wynikającej już za momencik), więc trochę cierpię. Ze zgrozą mrożącą krew w żyłach zdałam sobie sprawę, że nie było mnie tu od jedenastu dni, a dla bloga to wieczność przeplatana żałobą. Dawno nie miałam takiego odwyku muszę przyznać. Muszę też ze smutkiem przyznać, że znów będę biadolić o dupie biskupa. Moja wena spada nieubłaganie i po raz kolejny, pomimo przerwy, nie mam jakiegoś konkretnego zamysłu na post. W każdym razie, tych wytrwałych zapraszam na moje pięć minut na temat glanów, tatuaży, oszczędności i trochę o powrocie do szarej i nadzwyczajnie frustrującej rzeczywistości.

15/02/2013

w stylu bla-bla,


Well, wstyd się przyznać, ale jak na ostatnie czasy chwilę mnie tu nie było. Uhuhu, taki leń mnie ogarnął, że nawet na bloga nie zaglądam. Okej, to nie leń. To zapalenie oskrzeli i zapalenie ucha w jednym - pozdrowionka dla mojej popieprzonej odporności, którą mam ochotę zniszczyć i rozwalić na drobne kawałeczki, ale o tym dlaczego, już za chwilę!

To będzie durny post w stylu bla bla z nutką powalentynkowej słodkiej refleksji niewynikającej ze słodyczy tego komercyjnego święta. Ale może tak w miarę zacznę chronologicznie.
A więc, pierwszy w kolejności chronologicznej miał być koncert Slasha w Katowicach w Spodku. Absolutnie zajebisty, cudowny, ochy i achy sypią się w tym miejscu. MIAŁ być, ponieważ NIE POJECHAŁAM, ponieważ mój z lekka popieprzony układ odpornościowy akurat PRZED koncertem postanowił nie ochronić mnie przed ZABÓJCZYM kaszlem i gorączką. KILL HIM. Albo nie. W sumie to układ odpornościowy, może się jeszcze czasem do czegoś przydać. -.- W każdym razie, jestem wściekła jak pies, pół wtorku przeryczałam jak dziecko, bo nie mogłam pojechać na koncert. Debilne? Może i tak. Ale byłam tak zła na moje oskrzela, że miałam w dupie czy moje zachowanie jest bardzo infantylne czy tylko średnio. Siedziałam i płakałam, zapijając żal syropkiem. Buuu.
Kolejne w kolejności są ukochane przez społeczeństwo walędrinki. Nie będę rozwodzić się nad komerchą tego święta-nie-święta. Powiem dwie rzeczy. Numer uno, dostałam bardzo fajny gadżet dla herbatoholika, który nie przepada za fusami pływającymi w napoju bogów. Liście sypie się do tego cudeńka z dziurkami i nie ma farfocli w kubku, um. Numer dwa, walentynki wcale nie są słodkie. Te śmieszne serduszka, pierdoły, rowery. Najfajniejsze jest, kiedy śpiący obok ciebie facet przez sen szuka twojej ręki. Najpiękniejsza rzecz pod słońcem. Albo raczej księżycem. A, dodam jeszcze, że walentynki spędziłam przesłuchując stare płyty i testując nową pluszową poduchę pana J. I bardzo spodobał mi się kawałek, który zamieszczam w linku pod notką.
Nius numer trzy + cztery i pięć: dotarły moje gadżety z siemashopu! Miały lekką obsuwę ze względu na finał, ale już są! Jestem dumną właścicielką kubka termicznego i kubka woodstockowego, mrrrr. Segundo, znów jestem czerwonowłosa! Weeeeee! Tyle radości! Już zapomniałam, jakie to fajne uczucie mieć włosy ładnego koloru. Znudziło mi się już bycie cholernym kameleonem z tęczą w tonacji gówno-miedź na głowie. No i jadę na podbój Olsztyna, znikam do środy. Jadę się docywilizować i odstresować na maksa przed powrotem na uczelnię.



Smęcę i ględzę, tracę mój polot twórczy. To dlatego, że przez ostatni tydzień egzystowałam grając w simsy (ogarnęłam trójkę, no powiedzmy) i byłam głodzona przez mojego tatuśka, który kupował steki. A ja byłam tak leniwa  i chora obłożnie, że nie chciało mi się iść do sklepu. Więc jestem wygłodzona i idę dalej grać w simsy przed wyjazdem, żeby przypadkiem moje simsy nie były głodne, bo to straszne uczucie jest. Siema!


09/02/2013

zabij mnie romantycznością,


Człowiek romantyczny? Taki, który przynosi kwiaty, zabiera co tydzień do kina, na kolacje, kupuje pierścionek i oświadcza się na Wieży Eiffla? Albo w zaciszu domowym masuje stópki i karczek i przynosi lody i chipsy do łóżka i w 20 stopniowym mrozie biegnie do sklepu po maoam, bo kobieta ma ochotę. I pyta "kochanie, czego ci potrzeba?", i patrzy na ciebie tak, że nie wiesz już, gdzie masz przód a gdzie tył i gdzie oczy podziać.
I taki, który kiedy za dużo gadasz zamyka ci usta słodkim pocałunkiem. 
Czyżby?

Sobota, 9 lutego 2013 roku, godzina 11:02:45. dina przebudza się ze słodkiego snu, piątkowe wojaże i wcinanie kabanosów na mieście późną nocą trzeba było odespać. dina budzi się, przeciera oczy i przez mgłę widzi Pana swojego serca, J., którzy z dziką zapalczywością skroluje wykop lub innego kwejka. J. nie widzi, że dina się obudziła i patrzy na jego plecy wyczekująco z nadzieją, że w końcu na nią spojrzy. Po dłuższej chwili dina odpuszcza gapiostwo i zaczyna paplać. Papla dużo, nieskładnie i trochę za głośno.
Na co, pan J. romantyk odwraca się, patrzy z miłością na jej rozkuzdraną buźkę, daje folię bąbelkową i mówi: : "cicho kobieto, ja tu...". 
dina nie pamięta, co dalej J. powiedział, bo folia bąbelkowa tak ją porwała, że świat na chwilę przestał mieć znaczenie.
Nikt mi nie wciśnie, że tylko definicyjnie romantyczny facet jest romantyczny. Dla mnie romantyczny jest wtedy, kiedy swoim zachowaniem powoduje, że jestem szczęśliwa i zapominam o bożym świecie. 

le pyk i dużo miłości na ten weekend!

05/02/2013

me vs. the world,

Muszę z bólem przyznać, że dziś choćby udawanie, że jestem istotą twórczą i aktywną przychodzi mi z trudem urastającym do rangi przygniatającego mamuta. Wielki mamut siadł mi swoim dupskiem na ambicji i zapasach energii. Jedną jedyną rzeczą, do jakiej jestem dziś zdolna to rytmiczne wciskanie klawisza F5 w oczekiwaniu na najnowszy odcinek HIMYM (um, doczekałam się *.*). Moja motywacja uciekła. Moja moc odeszła. Wszelkie najłatwiejsze poziomy aktywności fizycznej zostały oflagowane. Well, czuję się jak flak. 
Zamulanie nie sprzyja. Przydałby się jakiś kat o cuchnącym oddechu, który zagoniłby mnie do roboty. Wielkim osiągnięciem jest to, że wstaję dzień w dzień o 7:20 i urządzam sobie gimnastykę, co by rozgrzać trochę moje skamieniałe mięśnie. Nawet nie chce mi się walczyć z moją gębą. Kudły wiążę w supełek, no make-up monster, drech i jazda. No cóż, lenistwo osiągnęło poziom sięgający absurdu. Nawet nie chce mi się jakoś specjalnie pisać - prokrastynacja i lenistwo poziom zaawansowany. Nawet moje brwi zaczynają się buntować. I lakier do paznokci w ramach strajku odpryskuje na dużym palcu (i na wszystkich innych też). Przykre, bo mam to w nosie i mi się nie chce. Mój dywan na mnie warczy. Trochę poczytałam dzisiaj Leca, który dobił mnie swoją przemądrzałą mądrością.
Ja kontra Reszta Świata 0:1
Jedyną dobrą wiadomością dzisiejszego dnia, że być może doczekam się lżejszego i mobilnego komputera. No i że ukazał się nowy odcinek HIMYMa. Z tego powodu muszę Państwa pożegnać! Miłego wieczoru!

P.S: W ramach solidarności z Młodszą dina również podcięła włosy, alleluja!

04/02/2013

telefony, telefony,

Żłopanie herbaty za herbatą może doprowadzić do dewastacji dróg moczowych, co może sprawić, że latanie co piętnaście minut do toalety jest czynnością najważniejszą na świecie; pęcherz musi przypomnieć o swoim istnieniu przynajmniej pięćset milionów trzynaście tysięcy osiemset dwa razy na dobę. Tyle tytułem wstępu i w celu wyrażenia narastającej frustracji i irytacji wylewającej się uszami. Wzburzenia mojego i papieru toaletowego, który chudnie w oczach. W przeciwieństwie do mnie.
Okej, przyznam, że było mi to bezapelacyjnie potrzebne. Musiałam wyżalić się - to jest takie przygnębiające. Siedzisz sobie, czytasz jakąś ekscytującą scenę nowiuteńkiej książki bądź totalnie oszałamiający wpis na blogu równocześnie osuszając dno kubeczka i nagle musisz pędzić niczym Struś Pędziwiatr (ścinając zakręty) na Tron. Zalewam się łzami.
Prawdę mówiąc, mam dziś Dzień Zrzędzenia, więc dzisiaj będzie zrzędliwie (odkrywcze...). Nie będę jednak już narzekać na pęcherz - frustracja uszła ze mnie niczym powietrze z przedziurawionego materaca i nie wróci, dopóki znów mnie nie przyciśnie. Poza tym, już wystarczy tego przygnębiającego tematu. Nawinęły mi się jeszcze dwa. Jeszcze jeden, który będzie jeszcze jedną odskocznią od mojej głównej myśli. Obiecuję jednak, że jestem już coraz bliżej sedna sprawy!
ALE! Moja Rodzicielka wysyła Młodszą pod nóż. Właściwie to pod nożyczki. Fryzjerskie. Co w tym takiego? Właściwie to dwie rzeczy. Primero: mam totalną awersję do tego rzemiosła. Każda moja wizyta w zakładzie fryzjerskim i bliskie spotkanie z nożyczkami kończy się żałobą narodową spowodowaną totalną klęską i katastrofą. Ogólnie mówiąc - rzeźnia. Segundo: odzywa się we mnie trauma z przeszłości. Niejaka pani B. - dinowa wychowawczyni sprzed kilkunastu lat - wmawiała usilnie, że księżniczki mają długie włosy i dlatego dina nie jest księżniczką, bo dina miała zawsze krótkie włosy. A dina tak bardzo chciała być księżniczką (łzotok). Dlatego też chciałam walczyć jak lew o złote pukle mojej Siostrzyczki. Niestety, przegrałam. Poszli. Siostrzyczka nie będzie księżniczką. (double łzotok)
Okej. W końcu dotarłam do punktu, od którego chciałam zacząć. Chciałam w ramach Dnia Zrzędzenia pomarudzić na telefon. Mój telefon ostatnio trafił na moją Czarną Listę. Dlaczego? A dlatego, że ostatnimi czasy z hardkorowym natężeniem przeszkadza mi w czynności, która w swoją prostotą i przyjemnością podbiła moje serce - w spaniu. Student dina się cieszy, bo ma ferie. Obleśnie długie, błogie ferie, których wyczekiwałam z niecierpliwością, bo jak każdy student w roku akademickim najbardziej lubię wolne i imprezy. Z moimi feriami wszystko byłoby w porządku, gdyby nie telefon. Zły pan telefon doprowadza mnie do obłędu. Nikt mi nie wmówi, że rzeczy martwe nie są złośliwe. Ostatnimi czasy telefon jest królem w tej dziedzinie i przegonił nawet zaginione długopisy pochłonięte przez Plecak-Bez-Dna i pralkę pożerającą skarpetki a także szampon ładujący się prosto w oczy. Czy to popołudniowa drzemka czy próba pokonania bezsenności o godzinie 23:58 - kiedy moje oczy w końcu zaczynają się kleić a Morfeusz bierze mnie w swoje objęcia - BLIP SRIP, WAL SIĘ DINA NIE BĘDZIESZ SPAĆ! 
Budziki nastawione przez chochliki (lub młodszą siostrę). Smsy wysyłane o nieprzyzwoitych porach, kiedy w końcu udaje mi się odpłynąć i prawie-zasnąć. Telefony wyrywające mnie brutalnie i głos po drugiej stronie "mam nadzieję, że cię nie obudziłem/am". Nie, kurna, nie śpię o godzinie 7:50. Toć to noc! 



01/02/2013

so busy,

Nowy miesiąc, nowe możliwości. Tak, przyszedł luty. Pierwszy z trzech miesięcy w roku zaczynających się na literę el. Najkrótszy miesiąc w roku. Mawiają "idzie luty, podkuj buty", jednak u mnie luty wjechał z buta z hardkorową odwilżą i całkiem konkretnymi wiatrami z zachodu. I zamieciami deszczowymi. Znienawidziłam kierowców jeszcze bardziej - przy okazji pozdrawiam kierowcę (lub kierownicę) na kościerskich rejestracjach, który ochlapał mnie z góry na dół - palant. Wracając do tematu wjeżdżania w coś, ja natomiast wjechałam w luty z cudownym... chciałabym powiedzieć zapasem energii, ale nie powiem. Wjechałam w luty z nieogarniętym i wszechobecnym leniem. I śpiochem.

C Z Y T E L N I C Y