31/03/2013

"Ludzie rosną. I nie mieszczą się już w sercu" - Lec

ładny obrazek z soup.io, który zmusił mój mózg do działania
Zawsze powtarzam, że człowiek, który potrzebuje inspiracji powinien odnieść się do dwóch (w mojej opinii) absolutnie niezawodnych źródeł - kierunek: soup.io oraz pan Lec. W tym momencie nadeszła pora na niepoważne wyznanie i na stwierdzenie oczywistego, w sumie nieistotnego faktu. Pierwsze z nich, które wymaga ode mnie wielkiej szczerości: od kilku tygodni ja i mój blog ewidentnie jesteśmy pewnymi dowodami, że z moją weną dzieją się cholernie złe rzeczy i że jeśli się nie ogarnę, skończę na internetowym wysypisku a wraz ze mną sowatrywialna. Fakt, że w ramach bezsenności zmieniłam image i adres bloga w ogóle o niczym nie świadczą. Fakt na dziś: zupka cały czas działa a więc wszem i wobec z niekrytą radością ogłaszam - będzie post!


26/03/2013

kiedy entuzjazm i dobre chęci nie wystarczą,

To już nie jest kwestia lenistwa. Ta okropna i absolutnie przereklamowana zima trwa tak obrzydliwie długo, że nawet głęboko zakorzenione w moim układzie nerwowym Lenistwo i jego siostra Prokrastynacja spakowały walizki i wyleciały do ciepłych krajów (czego oczywiście im niesamowicie zazdroszczę...). Znalazł się i ten dawno zapomniany entuzjazm i nawet chęci...
I wtedy wyjrzałam za okno -  i znów ten śnieg.

19/03/2013

toy dolls,

W ubiegłą sobotę bawiłam się naprawdę przewybornie na koncercie The Toy Dolls. Tak naprawdę znałam tylko jeden ich kawałek i ten jeden kawałek sprawił, że tak bardzo chciałam pojechać na ich koncert, że... pojechałam! Przed nimi na scenie gościły Seksbomba i ich ekscentryczny wokalista Robert i kapela Po Prostu ze Szczepanem w złotej marynarce (swoją drogą, swojaki z Trójmiasta!). Dałam się nawet porwać emocjom i weszłam w tłum, którego zazwyczaj unikam ze względu na mój wzrost - nie lubię kiedy depcze mi się po głowie. Rozumiecie.
Chciałam coś więcej napisać na temat tego koncertu, ale właściwie nie najlepiej wychodzi mi opisywanie wydarzeń (nawet na pierwszym roku miałam z tym problem na języku pisanym, kiedy miałam oddać pracę kontrolną pod tytułem opis wydarzenia...). Stwierdziłam jednak, że muszę zaakcentować jakoś tutaj to wydarzenie, bo niewątpliwie należało ono to bardzo udanych. Upamiętniać będą go przypinka przy plecaku, plakat i koszulka, którą dzielę z moim J. Zakochałam się w tych owłosionych nóżkach od pierwszego spojrzenia i cudownym trafem J. zgubił koszulkę w pogo, i musiał kupić tą (w wersji białej). Swoją drogą, kupił ją od bardzo miłego pana Anglika Conrada, z którym ucięłam sobie pogawędkę, testując przy okazji mój cudowny angielski. Zrozumiał mnie i ja jego też rozumiałam (wow!), więc śmiem twierdzić, że moje studia na coś się przydają - rozmowa zaiste była na poziomie. 
Poza tym? Właściwie niewiele. Albo inaczej... wiele, ale szkoda w ogóle o tym mówić. No cóż, porobiło się i to konkretnie. Trach i nagle dina musi się porządnie ogarnąć, wydorośleć i wziąć się w garść. To niby właściwie normalne... ale tylko niby. Nie miejsce tu na żale i łzy. Trzeba się zdeklarować, podjąć pewne decyzję, aby wszystkim nam było lżej w tej niezbyt przyjemnej sytuacji. Najważniejsze, abyśmy trzymali się razem i razem przez to przeszli. Oczywiście, będzie to od każdego z nas wymagać wielkiego zaangażowania i zrozumienia sytuacji, ale kiedy wszyscy zrozumiemy na czym stoimy, damy radę. Musimy, razem.
Przeżyłam elektroniczną rejestrację w Urzędzie Pracy, uważam to za wielkie osiągnięcie. Jutro w południe (właściwie to dzisiaj, już po północy!) mam spotkanie i stanę się oficjalnie bezrobotnym, zasilę nasze 14-procentowe bezrobocie (14, dobrze mówię?). Już przygotowałam dokumenty i powinnam spać, ale nerwy mnie zżerają od środka. Później będę z nadzieją czekać na telefon i na to, że znalazł się jakiś staż dla mnie. I będę pracować. Zdobywać doświadczenia. Będę się nadal uczyć i zdobywać kolejne piątki. Ta ostatnia z hiszpańskiego naprawdę mnie ucieszyła. Może to mała rzecz, ale w tym momencie naprawdę się z niej cieszę. 
Po ostatnim poście i masie frustracji spowodowanej moimi włosami powróciłam do kompleksowej pielęgnacji, którą trochę zaniedbałam. Znów jakieś paćki na głowę, pierdoły rowery. Tak naprawdę pewnie nikogo nie interesuje fakt, że nacieram sobie czuprynę żółtkami z miodem, więc w tym momencie zakończę moje dziwne wywody pisane o pierwszej w nocy z nerwów. Musiałam czymś łapy zająć.

Trzymajcie się,
lepiej niż ja.



13/03/2013

this hair issue,

Ten zabawnie różowy obrazek wykopany dziś podczas śniadania na Zupie tak pięknie oddaje moje uczucia. Wyraża moją frustrację, zażenowanie i smutek spowodowany przez moje włosy, które ZACHOWUJĄ SIĘ JAK GÓWNIARZ. Są tak... krnąbrne i uparte. Każdy swoją rzepkę skrobie - każdy w inną stronę, każdy traci kolor w zupełnie innym tempie, czego skutkiem jest trylion różnych odcieni rudego na mojej stroskanej głowie. Stroskanej nieogarnięciem moich włosów. Bo gdzie one zajdą, jeśli będą takimi gówniarzami?!

Zasada jest taka - wychodzę gdzieś i tuż przed wyjściem SZU! i nagle moje włosy upodabniają mnie do zmokłej kury, która przeżyła bliski kontakt z błyskawicą. Rzecz jasna, z nadejściem tego momentu absolutnie NIC nie da się z nimi zrobić. No bo po co?! Przecież to nic takiego, że za chwilę jadę na randkę/idę na nudny wykład, na którym nie ma nic innego do roboty tylko dobrze wyglądać/obierać ziemniaki/kupić kisiel w sklepie na rogu. Będziesz wyglądać jak Kupagówna i koniec. Nie ma opcji, że włosy usłuchają moich lamentów. Szlochy i rozpaczliwe zawodzenie również nie przynosi pożądanych skutków. Klamka zapadła - moje włosy czerpią inspirację od przeciętnego popiorunowca. Co do moich ukochanych włosów mam jedno małe wymaganie za te godziny troski im poświęcone: mają wyglądać dobrze. Okej, przyzwoicie... Znośnie - w zupełności wystarczy. Wszystko lepsze niż ten rozpierdzielnik, który serwują mi, kiedy postaram się i nawet zaczynam wyglądać jak człowiek. Czasami nie pozostaje nic innego jak tylko założyć torbę na głowę i udawać, że nic się nie stało. Że mam na głowie piękną, wiśniową burzę loków. Och.
Jeśli już można zamawiać życzenia na Boże Narodzenie 2013, to ja zamawiam włosy do pasa, zdrowe, ładnie się układające i nie tracące koloru trwałego po pięciu myciach... -.-
Okej, dość o moich włosach, bo jeszcze usłyszą, że je obgaduję i dopiero będzie fajnie. Postanowiłam stać się urodzonym lingwistą - mam wielkie plany długoterminowe i ambicje do spełnienia. Zaczęłam od drobnostki - BBC Radio every day. Zastanawiam się też, jak wdrożyć w życie plan "Chcę postawić na swoim i znaleźć pracę". Mam biznes-plan i trzeba się go mocno trzymać. W sobotę koncert Toy Dolls (WEEEE!). No i przez kilka tygodni będę pomocą dentystyczną, tak by the way. o_O Wesoło, zmianowo. - 10 stopni za oknem, wielki sopel i tony śniegu. Piękna zima tej wiosny. Nadal oczekuję na paczkę z gramatyką francuską prosto do głowy - pozdrawiam Pocztę Polską, buziaczki! 





05/03/2013

pon la luz, no veo nada,*


Zmiany, zmiany, zmiany... Jakaś wielka masa rozpada się. Puszcza soki lub oślepia pyłem. Coś topnieje, coś się wypala, aby inny cykl życia wreszcie znalazł swój początek. Coś się kończy (w tym przypadku zima, którą wyjątkowo mocno w tym roku już rzygam), coś się zaczyna - wielce wyczekiwana przeze mnie wiosna oraz wszystko, co za nią idzie - ciepło, słoneczko, zieleń (a nie ta wszechobecna i wpędzająca mnie w stany lękowo-depresyjne biel). Kończy się luz, bo przede mną pierwsze koło w tym semestrze - ten zaszczyt wędruje do języka hiszpańskiego, hej ho! Tak, tak - w tym momencie właśnie w wielkim skupieniu kuję zdania i tryb rozkazujący. Właściwie, to zdań się już nauczyłam -  przynajmniej części z nich (czego rezultatem jest ten piękny, światowy tytuł posta). No tak, teraz to się już posypie - już czuję swąd w nosie. To gramatyka praktyczna rozprzestrzenia wokół siebie odór zła. W tym tygodniu postanowiłam poluzować w tej kwestii... na rzecz hiszpańskiego, oczywiście!

Potrzebuję takiego odświeżenia. Małego wielkiego powrotu z mojej zimowej krainy półsnu. Ten moment, w którym teraz jestem, jest dla mnie najcięższy. Nie lubię takiego rozespania. Dlaczego nie można obudzić się jak za dotknięciem magicznej różdżki?!
Mój doroczny termin zbliża się wielkimi krokami. Moje wielkie katharsis. Pora na wywalenie wszystkich śmieci (tzw. notatek z liceum i pierwszego roku studiów zupełnie zbytecznych a także kopicy paragonów i "list zakupów", które sparaliżowały mój pokój). Przez kilka dni ze mnie-bałaganiarza wychodzę ja-pedant. Oczywiście, w tak zwanym trakcie, moja przestrzeń życiowa przypomina plac boju (lub wręcz pobojowisko) - chaos everywhere. Moja Mamka, kiedy mnie znajdzie w centrum takiego chaosu, zastanawia się, jak to jest możliwe, żeby tylko jeden i w dodatku tak niewielki człowiek był w stanie narobić takiego bałaganu. Ze spokojem odpowiadam, że ja po prostu robię porządek.

Tęsknię za kwiatami i za zielenią. Za długimi, ciepłymi dniami. Za tym miłym, ciepłym wiatrem, który nie szczypie w policzki. Za herbatą na ganku i książką na hamaku. Rozmarzyłam się i oczami wyobraźni zobaczyłam nawet złociste pola polskiej wsi. I posesje. Tak, chciałabym już zrzucić z siebie zimową warstwę ochronną, odetchnąć, odżyć. Wpiąć we włosy stokrotki.

Jestem nastawiona bardzo pozytywnie - hiszpańskie zdania są wyjątkowo łatwe do zapamiętania, muzyka brzmi lepiej niż zwykle, słońce jest coraz wiosenniejsze. I spełniło się moje materialistyczne marzenie. Mogę grać w 4pics1word - super zajawkowa gra, zwłaszcza na wykładzie z HLB** :D 



* zapal światło, nic nie widzę
** historia literatury brytyjskiej

C Z Y T E L N I C Y