25/12/2013

piosenki, które chciałabym usłyszeć na żywo,

(generalnie jestem absolutnym mistrzem i wymiataczem wszechczasów - postanowiłam wypić sobie kawę o 23 - self five! szykuje się noc bez snu, ale za to wpadłam na całkiem zacny w mojej opinii pomysł na post - coś innego niż zazwyczaj a więc jestem, zasiadłam i tworzę! jest 3:25, ciocia dinka pozdrawia!)

Pierwszą rzeczą, którą powinnam powiedzieć od razu na wstępie jest to, że kocham muzykę. Co więcej, kocham muzykę na żywo. Uwielbiam koncerty. Dziwić się mogą ludzie, którzy widzą mnie na koncercie. Zazwyczaj wbijam się na koncerty z rockowym graniem. Mam na sobie glany i moją śmieszną skaję nabijaną ćwiekami. Ubrana na czarno z góry na dół - ktoś mógłby pomyśleć, że jestem pierwszym prowodyrem ściany śmierci i zabójczego pogo. 
Nic bardziej mylnego. Szczerze, przez to że liczę sobie AŻ 159 cm wzrost nie przepadam za skakaniem w tłumie. Głównie dlatego, że najczęściej zostaję potężnie zglanowana i przez kilka dni czuję się, jakby przejechał po mnie walec. (wiem to tylko dlatego, że kilka razy wwaliłam się w takie pogo, które omal mnie nie zabiło) Zazwyczaj stoję więc sobie na uboczu i wyglądam na kogoś, kto nie bawi się zbyt dobrze.
Po raz kolejny - nic bardziej mylnego. Na takim uboczu bawię się najlepiej. Gapię się na scenę, delikatnie się kołysząc bądź lekko tupiąc nogą . Pochłaniam muzykę.
Jest jednak kilka kawałków, przy których melanż mnie ponosi i staję się muzyczną bestią.

23/12/2013

pre-holiday blablabla,

Kuchnia wrze, rozumiecie? Wrze a nie ma w niej nic do jedzenia. To znaczy jasne - żarcia po sufit.
Żarcia na jutro. Awesome.
(odzywa się we mnie wiecznie głody potwór, kiedy wchodzę do kuchni w wigilię Wigilii i nie mogę nic zjeść - rozumiecie? :( )
Okej, nie będę narzekać. Rozumiecie, w moim pokoju stoi owsiankowo-miodowe ciasto z polewą z gorzkiej czekolady i ommmm... tak pachnie!
Akcja umyj okna dla Jezusa w tym roku... obyła się bez mycia okien! Błogosławieństwo dla moich kości - nie musiałam sterczeć w przeciągu = gnaty nie bolą na święta, ♥ 
Bilans: (tylko lub aż) popękane dłonie (kocham specyfiki czyszczące...) i właśnie dlatego mam chwilę przerwy, którą niecnie zaplanowałam, co by napisać coś jeszcze przed końcem roku. Siedzę i pachnę kokosową maską do dłoni, dając im chwilę wytchnienia. Cuchnę też CIFem, którego nienawidzę bardziej niż zwykle. Nieważne. 
Jutro ten dzień, który jest powodem tego całego zamieszania. (co trochę mnie zawsze dziwiło, bo przecież to tylko (?) wigilia tego święta, czyż nie?) Nie będę się zagłębiać w szczegóły, ale jestem już głodna i nie mogę się doczekać. No i wszyscy w domu przypadkiem natknęli się na swoje prezenty... oprócz mnie oczywiście. Rośnie we mnie frustracja... i ciekawość. Zło.
Nastaja mnie jakoś tak odświętniej nikt inny jak Coexist (the xx) - mój zeszłoroczny prezent od mister J. To jest jednak miłość. Muszę się wam pochwalić, bo pękam z dumy. Mój Człowiek, który (delikatnie mówiąc) mojej fascynacji moimi ulubionymi zespołami nie podziela - sprezentował mi  w zeszłym roku The xx, a w tym... MUSE! Koncert na Blu-Ray'u i wersja na CD! (on doskonale wiedział, że będę mogła to tylko u niego obejrzeć bo sama nie posiadam odpowiedniego odtwarzacza a on znów będzie przysypiał z nudów i cierpiał falset Matta - ale dał radę i razem znów to przeżywaliśmy ♥). Jestem dumna z niego, serio. I z mojej nowej cudownej płytusi, z którą najchętniej bym się nie rozstawała - kocham ją nad życie! 
Chciałabym wam powiedzieć, że chciałabym dla nas tu zgromadzonych, żeby jutrzejsza wyżerka poszła w cycki/albo poszła się kochać. Dla siebie i dla was proszę o grube portfele i szczupłe sylwetki. O święty spokój choć przez kilka dni - przyda się po tym całym zamieszaniu trochę odpoczynku. Po sylwku życzę wam, żebyście nie mieli kaca i życzę wam miło spędzonego Nowego Roku - pamiętajcie o Topie na Trójeczce! Nie jestem najlepsza w życzenia, ale generalnie - bądźcie szczęśliwi!


PS: Wyjeżdżam do kochanej rodzinki w pierwsze święto, więc wszem i wobec ogłaszam, że do stycznia - bez odbioru! Have fun, my lovely people and be happy.






20/12/2013

ooooops, i did it again



Mobilizuję głowę do działania, bo czas działa na moją niekorzyść. Cholerne dni uciekają między palcami. Minuta za minutą coraz mocniej czuję presję. Na karku czuję oddech kata zwanego panią promotor. Tak, próbuję pisać licencjat. A przynajmniej o tym myśleć.



moja reakcja, kiedy zobaczyłam
kiedy wychodzi nowy odcinek GA

Tak bardzo myślę o moim licencjacie i "nadsat influence on reading comprehention", że normalnie nagle - w cudownie magiczny sposób (rodem z Potteroświata) - znalazł się czas na czytanie książek i nadrabianie serialowych zaległości. Wczoraj na przykład obejrzałam odcinki "do-tyłu" Grey's Anatomy i zalewam się łzami, uświadamiając sobie, że na nowe muszę czekać aż do końca lutego (co oznacza, że będzie czas na pisanie licencjatu, ooops). Generalnie, to trzęsie mną mały wk*rw, bo tak urwanego ciągu zdarzeń nie oczekiwałam i generalnie to już nie mogę się doczekać, co się wydarzy! 



Między myślami o mojej nędznej przyszłości, jeśli nie obronię się na wiosnę (którą nota bene już teraz czuję w powietrzu, co jest odrobinę przerażające - po raz pierwszy w życiu chcę aby zima trwała wiecznie. no, przynajmniej z rok) kłębią mi się takie myśli: czy jeśli dopiero co zrobiłam tatuaż, a już mi chodzi po głowie następny - czy to czyni mnie wariatką i masochistką. Hmmmm. Pewnie zajmie mi to myślenie kolejne 3-4 lata, ale tak... jestem wariatką. Materializuje się idea. Później kształt. I planowanie. To piękny proces, którego tatuaż jest idealnym wykończeniem. Jak wisienka na torcie.
Pewna osoba zapytała mnie kiedyś: dlaczego to sobie robisz? Pierwsze, co mi przychodzi na myśl, kiedy przypominam sobie to pytanie, to taka refleksja dlaczego to brzmi jakby tatuaż był czymś złym?  Jakby to była krzywda. Ale to tylko myśl. Malutka i szybko umykająca. Nie pasująca do moich kosmatych myśli. Chwilę zajęło mi ustalenie odpowiedzi. Powiedziałabym nawet, że dłuższą chwilę, bo właściwie to ponad trzy lata. Któregoś dnia stanęłam sama przed sobą i powiedziałam, jakby mając nadzieję, że ta osoba (przy sytuacji nieobecna) to usłyszy: Robię to sobie, bo czuję się niekompletna. A to sprawia, że czuję, że jakaś cząstka mnie wraca na swoje miejsce.

Czy zrobiłabym to znów? oooops, i did it again. i tak, zrobiłabym jeszcze raz. i jeszcze. i jeszcze.


  

17/12/2013

marzy mi się twórczy zwierz,

Tak nieproduktywnego dnia już dawno nie miałam. Taki perfidny leżing mi się włączył. Leniuchus capichus i w ogóle. No ale, mogłam sobie pozwolić, to dlaczego nie skorzystać. Pograłam w AngryBirdsy, poczytałam Trafny wybór (cholera, rok obsuwy z nią - w zeszłym roku od J. pod choinkę dostałam, normalnie wstyd). Poszłam w ramach rekreacji po Sikorkę do szkoły, bo dziecina moja - która dziś osiem lat kończy (fanfary dla tej pani!) - przestraszyła się muzyczki z "Wiem, co jem", które wczoraj na kolację oglądała i bała się po ciemku wracać ze szkoły. Swoją drogą, paranoja jakaś. Godzina 16:00 i ciemno jak w dupie. Pociesza mnie fakt, że dziś... normalnie poczułam wiosnę! Było    c-i-e-p-ł-o    i słonecznie. Śnieg, który zasypał Kaszuby już prawie zniknął, więc generalnie na święta szykuje się krajobraz wiosenny. Jak to pan pogodynek powiedział: "na święta pogoda raczej na rower niż na sanki".
Jutro dopinamy prezenty na ostatni guzik, czyli wypad do Galerii, podejście drugie. (nie zapomnieć spakować planu!) Mam nadzieję, że okaże się równie bezbolesne jak pierwsze i szybko i sprawnie znajdziemy to, czego jeszcze nie wiemy, że szukamy. Ja za to dziś, bardzo celnie i cudownie, wybrałam muzyczkę do słuchania właściwie na cały dzień (tak odchodząc od tematu :D). Doszłam do wniosku, że tak katuję to The xx a tak naprawdę jeszcze nie znam Coexist na pamięć... wstyd! A więc, na dziś - album Coexist. (w jakości FLAC - a co!) 
Czytałam dziś na blogu u mojej czytelniczki Marty jej wiersze. I jej historię z poezją. I przypomniało mi się coś. Jakiś głosik w głowie się odezwał ej dina ty stara ruro, też kiedyś pisałaś wiersze; wiersze i różne inne rzeczy.. pamiętasz, do czego służy wyobraźnia? gdzieś wpakowała wenę? ogarnij się a nie tylko seriale i pierdoły. legendarna powieść sama się nie napisze.
a więc, moje wewnętrzne głosy mnie opieprzyły z góry na dół. marzy mi się twórczy zwierz. wierzgający i nieokiełznany. waleczny i bardzo kreatywny. poważnie. ale on musi poczekać. najpierw aż minie mi leń. a później aż praca licencjacka się napisze. może... skoro powieść zapewniająca mi nagrodę Nike się sama nie napisze, to może chociaż licencjat sprawi mi taką uprzejmość...



urodzinowe sikorki!
(ta mniejsza ucięta, bo za bardzo wierzga)

13/12/2013

live event: get tattoo

moje nowe dziecko
12.12.13 19:25
by Marek - Pandemonium Gdańsk
Nadal pracuję. Z bibliografią uwinęłam się 3 dni po terminie. W wersji dość ubogiej, żeby nie powiedzieć "żebrającej o uwagę". ALE! Oddana i niezakwestionowana, póki co. :D

Dziś muszę być wyjątkowo czujna, bo dziś piątej trzynastego, jakby jeszcze ktoś nie wiedział. Ostatnie czego mi potrzeba to pomylić się z kasą w ostatni dzień pracy. To byłoby wysoce niewskazane. Dlaczego? A dlatego, że jak dina dostała wypłatę w łapki, musiała wydać. No MUSIAŁA no. No i w ten sposób dina jest spłukana. Smutaśne.
Plusem jest to, że większość prezentów już zakupiona. Mam tylko problem z Ojcem Rodzicielem. Kto mi podpowie, co można fajnego kupić Tacie? Osobiście, dostałam całkowitej głupawki i nie mam pomysłu... Matulka ukradła mi moją najlepszą opcję jeszcze zanim na to wpadłam... 





PS: Jeśli zdjęcie się nie wyświetla - KLIK.
PS2: Tacie kupiłam nową książkę Clarksona - szału nie ma... -.- jakieś jeszcze propozycje może? :D




02/12/2013

kalendarz, praca, bibliografia, shit


Kalendarz by Revv, CS & Ślimok - dina approved. Jestem szczęśliwa, że będę mogła go nosić zawsze przy sobie i w ogóle jest fajny i dina lubi chatolandię i, tak, jestem nerdem - nawet kalendarz mam mocno internetowy!
(heheheh, mam w środku autograf Ślimoka *.*)




Poza tym, dina sra tęczą, bo... FANFARY! Dostałam stypendium! Yeah! Stypendium za WYNIKI W NAUCE. Na STUDIACH. Czaicie! Będę miała PINIĄSZKI! 
Mało nie wywaliło korków jak wrzasnęłam, kiedy się dowiedziałam (koleżanka z pracy: approved). Ojciec śmieje się, że rozwalę ściany, jak kasa na konto wpłynie :D Tak właściwie, to nie wiem, na co przeznaczę ten hajs, ciężko zdobyty mózgową robotą.
Może zainwestuję w siebie: coś z prawkiem ruszę, może jakieś książki do nauki hiszpana i franca (ahahahhaha!). Może coś z tego na moją dziarkę przeznaczę. No, zobaczy się. Najważniejsze, że je dostałam!
Przez najbliższy tydzień będę pilnym pracownikiem, jestem z siebie dumna! Jestem na tyle ogarnięta, że zostałam wybrana spośród tłumu. Nie no, żartuję. Ale i tak fajnie, że jakaś fuszka się znalazła. Choć na chwilę. Zarobię na mikołaja. :D
Mniej ekscytuje mnie fakt, że muszę napisać bibliografię na sobotę. Nie mając źródeł. Jakieś pomysły, jak z tego wybrnąć? 


pogrążam poziom, ale jestem zmęczona liczeniem hajsu.
nie że namiętnie liczę stypendium...
bo tego jeszcze fizycznie nie mam
...ani nawet wirtualnie

liczę hajs w pracy... robota marzeń *.*

C Z Y T E L N I C Y