30/12/2014

intro //

source

Jakoś to powoli leci. Kończy się ten rok, w którym tak bardzo moje życie nabrało rozpędu i kolorów, że chyba jeszcze nie jestem w stanie do tego przywyknąć. Nauczyłam się, że jak będę za dużo planować, to ktoś inny zrealizuje moje plany i że trzeba spontanicznym bardziej być. W ciągu kilku miesięcy z beztroskiego studenta stałam się panią domu mniej lub bardziej perfekcyjną, dorosłym człowiekiem, do którego przychodzą rachunki i który ma swój etat, który musi wyciułać. Przeżyłam szok "krótkich świąt". W sensie, pracujących, a nie takich, które uzupełnia półmiesięczna przerwa w nauce. Dwa dni świąt (chwała za wolną wigilię!) żeby objechać dwie rodziny podczas gdy tej drugiej połowie akurat na moje wolne dni wypadła służba to trochę za mało.
Ale powiem Wam, że nigdy nie byłam szczęśliwsza.




Mojego szczęścia stało się troszkę mniej, kiedy przedwczoraj utopiłam telefon. Póki co, jeszcze nie wszystko stracone, bo oddałam go w mam nadzieję dobre ręce, i mam jeszcze większą nadzieję, że do mnie wróci cały i zdrowy. Albo że będzie cały i zdrowy chociaż przez chwilę, żebym przekopiowała kontakty. I zdjęcia.


25/10/2014

szok posiwiznowy //

Wiecie, jakoś nigdy nie miałam nic do siwienia. Pamiętam wręcz, że podobało mi się, kiedy mojemu ojcu na skroniach pojawiły się siwe włosy, które dodały mu charakteru. Wiecie, jakoś tak fajnie. 
Podobała mi się siwizna, dopóki nie odkryłam u siebie pierwszego siwego włosa, który do tej pory skutecznie ukrywał się w czuprynie. Odkryłam siwy włos w momencie, kiedy postanowiłam rzucić farbowanie się. Odkryłam pierwszy siwy włos zanim zdążyłam wyjść za mąż. Myślałam, że zbieleję przez męża. Albo przez dzieci. Albo przez kredyt. Albo rozwaloną pralkę.
Ale nie tak od niczego. 
Odkryłam tę parszywą srebrzystą nić zanim nacieszyłam się młodością i pełnią sił witalnych. 
Ten diabeł musi ze mnie wyciągać energię życiową. Zmienia mnie w starą babuczkę. Lśni tak uparcie, że nie wiem, jak go zakryć. 
Będę permanentnie nosić czapkę. Będę spać, jeść i kąpać się w czapce. Obetnę się na łyso. Albo nie. Bo jeszcze wszystkie włosy odrosną mi siwe.

Ale nie wyrwę. Siwe włosy są jak łby hydry. Jeden utniesz - wyrosną trzy nowe.
Cóż, pora zacząć sobie kopać grób.


PS A tak poza tym to sobota. WOLNA sobota. Idę kupić sobie trampki i będę się bawić! Nie dam się siwiźnie!



22/10/2014

feel the power //


Ostatnio mój poziom energii drastycznie spada. 
dina jest słonkolubkiem. A słonko schowało się za paskudnymi, szarymi chmurzyskami i dince po buźce spływają gorzkie łzy żalu i rozpaczy. 
Jesień wjechała z buta. Co więcej, zalała mi buty. Zalała paluszki zimnem i serduszko złożami dreszczy. Kołderka zamienia się w węża boa, ciepły prysznic pozwala odtajać. Spoko jesień, kiedy złota i pogodna. Ale niech ta przebrzydła plucha spieprza, za przeproszeniem, i wiosnę na miejscu poproszę. 
W pracy wiszę na kontuarze i wodzę wzrokiem po ścianach, od czasu do czasu dyscyplinując buntującą się młodzież. Unoszę leniwie ołowiane powieki i próbuję skupić się na eseju i na zadaniach, które mam do zrobienia. Wzdycham rozpaczliwie. Ale biorę się w garść, bo to tego przyzwyczaiłam się przez ostatnich kilka tygodni. Olewam lenia, bo wiem, że to on wpędza mnie w bagniste gówno. 
MOTYWACJA.
nobody can stop me - febulous me!

Musi mi się chcieć. Nikt za mnie nie pójdzie na basen i nie będzie ćwiczył do upadłego oddechów i koordynacji i umiejętności w sytuacjach kryzysowych (czyli takich, kiedy chlor leje się do nosa -.-). W ryzach podtrzymuje mnie właśnie basen, z którego jeszcze nie zrezygnowałam, co dla osoby o tak słomianym zapale jest wyczynem porównywalnym do zdobycia Mont Everest. Seriously. Co więcej, planuję skrzętnie każde wyjście i staram się upychać ich w moim nieelastycznym grafiku tyle, ile tylko się da. Szum wody mnie uspokaja, kręgosłup tak rozkosznie relaksuje się, każda część ciała bulgocze z radości a każdy oddech urasta do rangi olśnienia.  
Moja aktywność osiągnęła apogeum, kiedy wzięłam się do garów. I nie ugotowałam parówek czy krokietów insrant. BYNAJMNIEJ. Przygotowałam indyka w "potrawce" (sosie takim jakimś, made by me) pomidorowo-paprykowym. Spotkało się z narzeczońską aprobatą, co jest dla mnie wyznacznikiem sukcesu. 
Dobra, wracam do eseju. Miałam nadzieję, że sam się napiszę. Cud nie nastąpił. Zostawiam was z moją dzisiejszą motywującą pieśnią, która rozpieprza mi bębenki, jutro na rano do pracy. Byle nie zwariować. Jest pozytywnie!
Serio? Chrzanię w kółko o tym samym. Potrzebuję bodźca. Muszę dodać coś nowego do grafiku, bo robię się nudna jak kluuuuski lane. Tylko... kiedy?!








P.S huehuehuheuheuheuheueuhuehue


07/10/2014

only hard work can work miracles,

Tak, wiem. Jestem obleśnym, zgrzybiałym leniem...


Nie! Wróć! Nie jestem leniem! Nie było mnie tak długo, bo zasuwałam jak koń w westernie. Moje życie w ciągu tego czasu, kiedy zaniedbałam odrobinkę bloga (...) popłynęło tak niesamowicie daleko w przód, że nie uwierzylibyście, że jest to w ogóle możliwe. Przynajmniej ja bardzo długo (demyt, jakieś 20 lat...) żyłam w przekonaniu, że się nie da. 

A jednak, da się. I powiem wam, że to jest zajebiście fajne! 

POSTAW NA JĘZYK
Można by uznać, że głupio postąpiłam nie idąc od razu na magisterkę po wręcz spektakularnym zdobyciu dyplomu licencjata filologii angielskiej - "łeeee, nie poszłaś od razu, teraz już nie pójdziesz!". Miałam inne plany związane ze studiowaniem, jednak nie do końca potoczyło się wszystko po mojej błyskotliwej myśli, plany dupły (bo planowanie czegoś z wyprzedzeniem większym niż pół godziny w przód jest bezcelowe, los zaśmieje się w twarz i pokaże ci, gdzie ma twoje plany). Mogłabym coś jeszcze kombinować, ale strasznie to się wszystko zaczęło rozwlekać. Poza tym, już na start miałam jakieś zabezpieczenie, które po głębszym przemyśleniu uznałam za warte rozegrania.
Bo wiecie, jak to jest na filologii. Dużo teorii wszelkiej maści (literatury, gramatyki opisowej i innych cudów na kiju) i wcale nie tak wiele języka (bo ten powinien być już w małym paluszku, of course). 
Ja w tym roku stawiam na język. Trzy godziny w tygodniu romansu z gramatyką i generalnie z praktyczną nauką języka (to więcej niż miałam na studiach... i to przez dwa lata tylko... bo po co na trzecim roku GRAMATYKA?!), w towarzystwie niesamowitej Penny, którą jestem absolutnie olśniona *.*, najprawdziwszej Angielki jaką mogłam sobie wymarzyć (bo na studiach z nativami też się jakoś mało spotykałam...). 
Po co? Aby uporządkować wiedzę, wyćwiczyć, w końcu umieć tak, jak należy. Dodatkową zaletą będzie możliwość podejścia do egzaminu CAE, no i intensywne przygotowanie do egzaminu na mgr, na który wybieram się za rok :)
Postanowiłam dać sobie czas i zaoszczędzić trochę czasu (głównie na dojazdach do 3miasta). Tym bardziej, że w końcu udało mi się znaleźć pracę i teraz muszę nauczyć się tak gospodarować czasem, żeby nie zwariować :) 

CHLOROWANE H2O
Przerabiałam już bieganie, rolki, siłownię... Powiem szczerze, że chęć do aktywności fizycznej mijała mi szybciej, niż zdążyłam wypowiedzieć słowo "waga". Nie będę wieszać psów na rolkach, bo te uwielbiam, ale po pewnym dość komicznie wyglądającym i bolesnym upadku, złapałam do tego sportu pewien dystans. Wolę go traktować bardziej jako rozrywkę a nie jako sposób na walkę ze zbędnymi kilogramami. 
I w końcu znalazłam coś dla siebie. Po pół roku mieszkania w nowym miejscu olśniło mnie jak pięknie mi się ułożyło wszystko. Mieszkam rzut beretem od basenu.
Postanowiłam to wykorzystać na maksa. Tym sposobem, pływam od niecałego miesiąca, dwa razy w tygodniu spędzam 40 minut w wodzie a planuję zwiększyć ilość treningów (nie lubię tego słowa...) do trzech a może nawet czterech wejść w tygodniu (jeśli czas pozwoli). Powiem jedno - to jest FANTASTYCZNE. 
Mrugnęłam do ratownika, który pokazał mi jak ćwiczyć, żeby się nie utopić, nie zrobić sobie krzywdy i generalnie się poduczyć (bo technicznie rzecz ujmując, pływak ze mnie marny). Teraz, wykonując polecenia ratownika, pływam (z pomocą takiej piankowej deski, ale jednak! dla mnie, laika, jest to coś!) i czuję się fenomenalnie! 
I w końcu, po pół roku mieszkania na trzecim piętrze pozbyłam się zadyszki! PROGRES.

PRACA CZYNI CUDA
W końcu postanowiłam wdrożyć w życie coś, co jest oczywiste, ale niekoniecznie przyjemne. Wzięłam sobie na poważnie pewne rzeczy, postanowiłam pracować nad sobą, bo wiem, że nikt za mnie tego nie zrobi. Nauczyłam się motywować samą siebie. I czuję się z tym fantastycznie.





(imagesy - tradycyjnie soup.io!)


absolutnie zakochałam się
Low Roar w te jesienne dni

22/08/2014

przyszło słowo, słowo poszło,



Wiesz, jak to jest z pisaniem?
Pędzisz przez miasto i masz w głowie poukładanych tysiąc historii, których głosy kołatają się pod zatroskanymi włosami. Tysiąc historii poukładanych słowo po słowie w zgrabne zdania, które czekają na światło dzienne. Czekają aby móc wreszcie krzyczeć w blasku słońca i szeptać bajki na dobranoc, kiedy księżyc odbywa swoją mroczną wędrówkę po niebie. Z każdym krokiem więcej słów, z każdym przebytym kilometrem coraz więcej pełnych absurdu zdań. 
Załatwiasz swoje sprawy, kupujesz chleb albo pralkę, rzucasz pracę lub szukasz pracy, umawiasz się na oglądanie mieszkania lub pędzisz na spotkanie z przyjaciółką a opowieści tańczą w parach, tańczą trójkami, łączą się i ewoluują, przeistaczając się w ten rodzaj miękkich jak poduszka po ciężkim dniu historyjek, które chcesz podać dalej.
Nawet zapisujesz sobie w biegu na jakimś paragonie lub na liście zakupów, albo w kalendarzu na telefonie w drodze na autobus jakieś hasłowe wyrażenia, pojedyncze, nieskładające się w nic słowa. Chcesz wyrzucić z głowy nadmiar chaotycznych wyrażeń, które namnażają się w tempie niesamowitym.
I wtedy wracasz do domu. Siadasz na kanapie, przed komputerem, zostawiając zakupy na stole w kuchni i nie zdejmując butów, aby nie uciekły pomysły, chcesz działać.
Jednak... jest za późno. Już po słowach.

Bo słowa są jak ptaki - muszą być wolne.


zbieram inspiracje!



12/08/2014

bardzo poważnie, bardzo dorośle!

Dzień jak co dzień. Ja siedzę i wcinam borówki z jogurtem, Luby pichci coś w kuchni na tak głębokim oleju, że można by się w nim utopić... Sama już zjadłam... dzisiaj mam guilty pleasure day i fundnęłam sobie zapieksę na obiad. Cóż, będzie trzeba odpokutować za te ostatnie dni pobłażania sobie, bo się zacznę turlać w końcu...
W sumie to wczoraj mi się wzięło na sport. Postanowiłam pojeździć sobie na roleczkach. Mamy tu taką fajną trasę. Zawsze jeździłam tylko do połowy, bo za połową jest duża jak na moje możliwości górka, z której bałam się zjechać. Wyobraźcie sobie, że wczoraj się odważyłam... trzy razy! Po czym tak się wyrżnęłam na prostym, że włażenie na trzecie piętro jest dla mnie katorgą. Już pierwsze... co ja mówię, parter! mnie wykańcza... Ale! Mam nadzieję, że jeszcze ze dwa dni poboli i znów będę mogła łazić po schodach bez miny kota na pustyni wiadomo co robiącego.
Jednakże, dzień dzisiejszy był inny niż zazwyczaj tak właściwie. Wszystko zaczęło się wczorajszego poranka, kiedy dostałam telefon, który mnie wręcz uskrzydlił. Zaproszenie na rozmowę. Okrzyk radości musiało słyszeć całe osiedle.


yessss yesss yesss

I nagle uświadomiłam sobie bolesną prawdę. NIE MAM ŻELAZKA! Fuck fuck fuck, czym ja sobie koszulę wyprasuję. Jak się zerwałam (pomimo, że strasznie mi się nie chciało zwlekać z wyra) i poleciałam na miasto w poszukiwaniu tegoż sprzętu, to aż się za mną kurzyło. Zakupiłam i mam. Ochrzczone już, sprawdziło się i na rozmowę poszłam w koszuli wyprasowanej na listek.
Koszula jednak nie dodała mi pewności siebie i mój rozmówca chyba ze trzy razy mówił mi "niechże się pani nie denerwuje!". Nie wiem, co mi odbiło. Naprawdę przyjazne nastawienie. Miła atmosfera. A ja siedzę i czuję jak skrapla mi się stres na czole. 
Mimo to, okazało się, że mam zajebiście dużo zalet, które są mile widziane i że mój rozmówca jest zainteresowany współpracą. Mam nadzieję, że dalej wszystko potoczy się równie dobrze jak dziś i że bez większych perturbacji w końcu się trochę ustatkuję. 
Wzięło mnie na ambicję, trochę bardziej rześko spojrzałam na moją sytuację i od września stopniowo w życie wprowadzam mój plan doskonalenia się. Póki co wszystko jest jeszcze w fazie przygotowawczej, ale jest szczerze lepiej niż zwykle i czuję się z tym świetnie. Moje życie rusza naprzód a ja za nim nadążam! Niesamowite!


06/08/2014

bulwers,

Wiecie co? Ja naprawdę szanuję starszych ludzi. Patrzę na nich z podziwem, bo ich doświadczenie życiowe jest imponujące. Sama mam najfajniejszą babcię na świecie, jest w dechę i robi świetne placki. Odwiedzę ją w najbliższy weekend i już nie mogę się doczekać, bo jedziemy do niej z Lubym i w ogóle super!
Niemniej jednak, to co teraz napiszę nie będzie uprzejme ani pełne respektu. No bo kurde blaszka. Ja jestem naprawdę uczciwym człowiekiem. Sumiennym i dokładnym. Znam się na mojej robocie i wykonuję ją jak umiem najlepiej. A przede wszystkim bardzo dokładnie, bo w tej pracy nie ma miejsca na pomyłki. Kiedy moi nie zawsze ogarnięci klienci mają jakiś problem, pomogę im jeśli umiem, chociaż wcale nie należy to do zakresu moich obowiązków i chociaż tworzy się kilometrowa kolejka. Staram się najuprzejmiej jak tylko się da mówić po raz dziesięciotysięczny to nie jest faktura. Wydaje mi się, nie wiem, może się wybielam albo czegoś nie widzę, że jestem naprawdę ogarnięta. Co jest dość zadziwiające, zważywszy na to, że moje życiowe ogarnięcie nie idzie w parze z tym "pracowym". Z chwilą kiedy przekraczam próg pracy, włącza mi się OGAR-EKSTRA. 
Ale do diaska, żeby mnie złodziejką nazywać? Łooo, normalnie poczułam się dotknięta. Dotknięta do głębi. Do kurde szpiku kości.
Ale od początku. Była u mnie wczoraj kobietka, miła emerycinka, babinka naprawdę miła. Miałam wczoraj masę ludzi, więc samej transakcji nie pamiętam, ale kojarzę twarz. Była z pewnością. Dziś przyszła do mnie znów. I mówi mi, że zostawiła tu 300 zł. Ja jej tłumaczę, że każdego dnia o 16 liczę pieniądze no i kasa mi się zgadza. Żadnych nadprogramowych 300 zł. A ona mi tu zaczyna jakieś dziwne rzeczy opowiadać. Że ona za mieszkanie płaciła. Że ja jej nie dałam paragonu. A ja jej mówię, że musiałam dać, bo zawsze wpinam w książeczkę (taka z przelewami, ze spółdzielni). A ona mi mówi, że ona nie miała tej książeczki. I nie dociera do niej, że ja bez tego nie mogłam od niej wziąć pieniędzy, bo nie jestem w stanie w ogóle zrobić przelewu. A jak nie jestem w stanie zrobić przelewu, to nie pobieram należności. No według mnie to brzmi logicznie. Nie ma przelewu, nie ma wpłaty. A pani się upiera, że zostawiła mi pieniądze za przelew, którego nie zleciła. I nie przetłumaczysz. 
A wiecie, co jest najlepsze? Że powiedziała mi, że zabrałam te pieniądze i że mam ponieść za to odpowiedzialność. 
WHAAAAT?!
Brakowało jeszcze, żeby mnie policją poszczuła. Wiecie co? Normalnie się zbulwersowałam. Przez sklerozę starszej pani. Okazało się, po telefonie do mojej koleżanki, że ta pani (najprawdopodobniej ta sama) dość często przychodzi następnego dnia i mówi, że zostawiła pieniądze.

A żeby nie było tak smutno i bulwersowo, to na koniec śmieszna historyjka. Siedzę sobie, chwilę przed końcem pracy. W okienko puka pan, na oko 30 na karku, solara, biała koszuleczka i rzecze do mnie:
"Panienko, mamy tu super perfumy, pierwsza klasa"
Super. Nie, dziękuję.
"Ale super okazyjne ceny, panienko"
Super. Nie, dziękuję.
"Nie wiesz co tracisz panienko."

MADE MY DAY! :D


A tak w ogóle to muszę się pochwalić, bo złożyłam CV i czekam na jakiś odzew, nie mogę się doczekać!
(made my day even more!)


01/08/2014

dobrodziejstwo weekendu,

Niniejszym stwierdzam, że weekend jest cudowny. 
Dina odkryła Amerykę, chciałoby się powiedzieć.

Cóż, nie będę odbierać tego przywileju Kolumbowi. Należy mu się. Niemniej jednak, po zeszłym tygodniu, ponosząc pełną odpowiedzialność za moje słowa, stwierdzam, że ten weekend to najpiękniejsza rzecz jaka przytrafiła mi się w tym tygodniu.
Pewnie byłoby inaczej, gdybym nie przegrała 2 złotych w zdrapkach (-.-) a wygrała na przykład stówkę albo dwie... no ale, nie wygrałam. 
Ale mamy piątek, który okazał się wyjątkowo łaskawy, i dzień w pracy minął wyjątkowo szybko i, o dziwo, przyjemnie. Piątek oznacza to, że przez najbliższe dwa dni nie będę musiała użerać się z Energą i średnio kumatymi klientami, którzy przychodzą z przewodnikiem po nowej fakturze na nazwisko Kowalski z 2012 roku i chcą ją płacić. I weź tłumacz po raz setny, że to nie jest faktura.
Na piękny początek weekendu czeka mnie super przyjemna wizyta towarzyska z zapiekanką z kurczakiem w tle (mój przegłodzony żołądek w tym momencie traktuje ją jako mające się spełnić boskie proroctwo).

Będę się byczyć i z pewnością nawet nie zerknę na komputer - po ośmiu godzinach przed monitorem przez ostatnich pięć dni mam dość. No, może obejrzę jakiś film z Lubym w niedzielny wieczór jako przygotowanie się do poniedziałkowej szarej rzeczywistości.






obrazkowy miszmasz na dziś by soup.io

29/07/2014

dorosłe życie mocno,

ACHTUNG! 
Czy ktoś wie, co się dzieje z etykietami? czy wy je widzicie? bo ja zawsze uważam, że najśmieszniejsze w postach są śmieszne labele, a ja moich nie widzę, choćbym nie wiadomo gdzie je wciskała w układ posta, pomocy ratunku, Znawcy Internetów. Albo Bloggera raczej...

Musiało to dopaść i mnie, choć broniłam się rękami i nogami. 
Dorosłe życie kopie mocno, daje po pysku i nie daje wstać z ziemi, kopiąc dalej.

Mam 22 lata*, o matko kiedy to zleciało :o , a moje życie i życie mojego Umilacza Rzeczywistości zwanego J. kręci się wokół znajomych (chwała im że są, bo w przeciwnym wypadku reszta byłaby nie do zniesienia :( ) rachunków, worków na śmieci, legionu butelek i proszku do prania. Serce truchleje, kiedy zbliża się dziewiąty dzień miesiąca, Matki Boskiej Pieniężnej. Z radości, owszem. Ale i z bólu tyłka, że zaraz część kasy poleci w pip. No cóż, życie.

Tak się stało, że urlopy zbiegły się nam niepomyślnie. W sensie, że kiedy jemu się zaczęło wolne, ja poszłam do pracy. I wiecie co? Stwierdzam z bólem tyłka (tyle bólu w tym dorosłym życiu), że nie wszystkich dosięga klątwa dorosłości. Bo choć mój Luby jest pięć lat starszy ode mnie, jak sam mówi "wziął wolne aby oglądać Dragon Balla".
Ja rozumiem pasję. Jestem w stanie przyjąć na klatę sentyment. Naprawdę pojmuję, że chciałby szukać smoczych kul i zmienić się w Super Saiyanina (? poprawcie mnie jeśli się mylę, ciągle się uczę!). Ale, do cholery, 7 godzin oglądać... tylko 20 czy 30 odcinków. Ręce i portki opadają. 
Ale wiecie, dorosłe życie to nie tylko Dragon Ball, praca, Woodstock, piwko w pubie, pranie, wyrzucanie śmieci (sic! zapomniałam rano wychodząc do pracy zabrać worek... ach, ten nadmiar obowiązków!) i rachunki. To też wegetacja 2 tygodnie w ciągu miesiąca, kiedy skończą się pieniążki przedwcześnie (tzn. zbyt daleko do ulubionego święta pracujących - wspomnianej wcześniej MB Pieniężnej), kiedy stać człowieka na ziemniaki, pasztetową i chleb.

Na szczęście, mamy jeden tydzień wspólnego wolnego i w ramach szczęścia i bogactwa jedziemy na Podlasie odwiedzić babcię i pobyczyć się trochę na łonie natury, powisieć w hamaku i pogrillować i odpocząć. Wręcz nie mogę się doczekać! 

A, droga Energo, cmoknij się z tymi swoimi awariami! 

* uczczone zacnym melanżem, za który obecnym dziękuję! Dziękuję za piękną sowę, pralkę, Castle'ową kniżkę i bon na manikjur - mój pierwszy w życiu ohoho! <3





13/07/2014

i wanna be yours, kulturalne piekiełko!

Zgadnijcie, kto dziś Was zaskoczy swoją obecnością! 

Szalona ja powracam na łono Internetów, zaleję Was moimi kulturalnymi celami, muzycznymi miłościami, filmowymi zachwytami i gazylionem obrazków wykopanych na zupie i kwejku. 

To jakaś szalona aktywność, biorąc pod uwagę moją działalność blogową w ciągu ostatnich kilku miesięcy oraz fakt, że nie minął tydzień od ostatniego, dość leniwego wpisu, którego treść została wykopana z czeluści mojego dysku i wisiała na stronie głównej po to, żeby mnie zmotywować do pisania dalej. Zgadnijcie co? Nie podziałało i póki co (!), nic nowego nie powstało.

(Niemniej jednak, chciałabym podzielić się taką refleksją, że pisanie tekstu było dla mnie niesamowicie twórcze i z pewnością do tego wrócę, jednak muszę jeszcze to przemyśleć)

Zapowiadają mi się bardzo kulturalne wakacje w towarzystwie Pilcha i jego wszystkich Demonów, Beksińskich, Ojca Chrzestnego (tego już zaczęłam i jaram się jak zapałka na zakręcie!), Márqueza... a śniadanie zjem u Tiffany'ego. Póki co, skromnie, może ktoś jeszcze dołączy do zacnego grona. Marzy mi się coraz mniej skrycie, aby doczytać całą listę lektur z amerykańskiej, i z drugiego i trzeciego roku. I odświeżyć pierwszoroczne brytyjskie... + książkowy żarcik (klik)

À propos odświeżania, na upały polecam wodę z sokiem z cytryny (dokrojenie nieobranego ze skóry plasterka doda bardzo przyjemnej goryczki, jeśli ktoś za tym przepada) oraz z liśćmi świeżej mięty. Super orzeźwiające i zdrowe i pyszne! 

i inne

W ogóle, po raz kolejny podchodzę do mojej kuchni i staram się, żeby była jeszcze bardziej pieczona/gotowana niż smażona, bardziej zielona niż mięsna, jeszcze mniej słodzona i w ogóle przyjemniejsza dla mojego organizmu, bo to przecież bardzo ważne, bo jest to dość ważne narzędzie i trzeba o niego dbać, żeby posłużyło w zdrowiu i sile jeszcze kilka lat... taka samomotywująca myśl, ot co. Optymistycznie musi być! 
(smoothie z ananasa, banana i kiwi wymiata!)

oklaski od Toma są super motywujące

Co by nie gadać więcej o jedzeniu, bo się głodna robię, powiem o filmach. 

Z przyjemniejszych, które widziałam w ciągu ostatniego czasu (co jest bliżej niesprecyzowanym pojęciem...):

Grand Budapest Hotel, na który bardzo czekałam, ze względu na obsadę (choć dla mnie 2 osoby by wystarczyły, pan Brody i pan Finnes). Dodatkowo, głos Jude Lawa. *.* Śliczny, cudny i jak to u Andersona bywa, symetryczny aż do bólu! (jeśli o tego człowieka chodzi, to nie można nie wspomnieć o Fantastycznym Panu Lisie!)
Sekretne życie Waltera Mitty, zwiastun widziałam w kinie, kiedy byliśmy na 47 Roninach i po obejrzeniu tego filmu później żałowałam okrutnie, że to nie na niego pojechaliśmy wtedy do kina. Chwilę temu to już było, ale chodziło o to, że on był bardzo ładny. Film oczywiście. Nie Ben Stiller, choć szczerze powiem, że mnie facet zaskoczył. 
Wszystko jest iluminacją, film z zonkiem i świetną ścieżką dźwiękową. Gorzki, uroczo zabawny, naprawdę piękny. No uwiódł mnie totalnie. No i Frodo zupełnie nie-Frodo, tak świeżo!
Machnę ścieżkę na zachętę - KLIK, polecam mocno!
Muzycznie: dla fanów rockmanów: Lemmy, którego nie trzeba fanom przedstawiać oraz Boże Błogosław Ozzy'ego Osbourne'a.
 + CBGB, fajny muzyczny film, polecam :)



A jak o filmach muzycznych mowa, to przecież jeszcze o muzyce mowy nie było, mea culpa!

1) Moja miłość do SOAD przeżywa ponowną młodość. Katujemy albumy nieskrywaną radością, oglądamy koncerty i w ogóle, jednym słowem szaleństwo!


2) Znalazłam na płycie Podsiadła coś dla siebie! - Vitane (dobry mam zapłon wiem, toć to w zeszłoroczne wakacje wyszło.... -.-)
3) U jednej z obserwowanych przeze mnie blogerek podpatrzyłam i podsłuchałam Foals KILK i KLIK
4) Po raz kolejny wykazałam się zabójczym refleksem. Chodzi o Arctic Monkeys, i generalnie spóźnioną o kilka lat manię na punkcie Małpek i Alexa (mam go na tapecie w telefonie, jakie to dojrzałe #dinajeszczesobiepowieśplakatnadłóżkiem) Słucham wszystkiego co podleci w ilościach naprawdę hardkorowych, moi sąsiedzi mają ciężkie życie, jeśli nie lubią Małp. Mój J. też ubolewa, nie jest fanem. Ja jestem. #trudnedecyzjetylkojedenpokójzadużomałpek
R U Mine?, znienawidzonego już chyba przez wszystkich moich znajomych nawet uczyłam się grać na gitarze, (zarąbista gra Rocksmith 2014 na PS3!!!!!!!!!) przez co przez ponad tydzień nie miałam naskórka na 4 palcach prawej ręki.
Nie będę wdawać się w szczegóły, ale uczyłam się grać linii basowej na gitarze elektrycznej grając jak na basie działając na zasadzie: "Dajcie zagram jeszcze raz, jeszcze ten palec mam dobry!" 
( dajcie laikowi gitarę do ręki a zedrze sobie skórę z paluchów bo nie umie uderzać w struny... -.-)
KLIK - cały album AM ze szczególnym uwielbieniem dla R U Mine?, I wanna be yours, Why'd You Only Call Me When You're High? i w ogóle wielbię całą dyskografię i jak to ktoś napisał w komentarzu na YT, "alex jest jedyną osobą, która potrafi sprawić, że słowo odkurzacz brzmi seksownie" *.*


Aby kultury stało się za dość, na koniec:


skomentować to można tylko w jeden sposób:
ludzka kreatywność zbliża się do krańca krańców

07/07/2014

part 1

Nienawidzę pisać w ciągu dnia. Jestem najzupełniej pewien, że to właśnie było powodem tego, że ostatnie próby pisania były tak nieznośnie żałosne. Chwilami zastanawiam się, czy w moim przypadku przestawienie się na nocny tryb życia nie byłoby korzystniejsze dla kontraktu z wydawnictwem. Zgiełk tego miasta czyni mnie jego niewolnikiem. Ten nieustający jazgot za dnia jest moim demonem. Nocą wszystko jest inne. Cichsze, pełniejsze, doskonalsze. Stoję w oknie, piję kawę, palę gorzkiego papierosa. Wypełnia mnie głęboka i nieprzenikniona ciemność. Gdzieś z głębi pokoju dobiega cicha muzyka. Na chwilę zatracam się w sobie. Inspiracja otula mnie, czuję jak wypełnia pustkę mojego życia. Otwieram oczy. Znów jestem w małym pokoju. Tylko ja i cztery ściany. Jakiś materac, jakiś rozciągnięty koc i poplamiona poduszka bez poszewki. Zimne podłogi, koty kurzu w kątach, wypełniona po brzegi popielniczka i brudne kubki po kawie na parapecie. Trzy kartony z zeszytami. Nie wiem, po co je trzymam. Nie wiem, jak mogę żyć w tym miejscu. Nie jestem sobą. Nie wiem, kim jestem. Piję za dużo kawy, za dużo palę i za mało śpię. Za mało piszę. Nazywam się Jan Kovac. Mam 28 lat. Próbuję być pisarzem. Jestem Słowakiem na wygnaniu. Choć to nie do końca wygnanie. Raczej ucieczka przed samym sobą. Mieszkam w Gdańsku od trzech lat. Muszę przyznać, że w tym czasie stoczyłem się na samo dno. 
Wracam do rzeczywistości. Stoję w oknie mojego zadymionego pokoju, dopalając kolejnego papierosa. Tej nocy nie napisałem nawet pięciu słów. Nawet jednego zdania. Świta. Kolejny dzień pozbawiony jakiegokolwiek sensu. Znów zawiodłem. Chyba za wysoko postawiłem poprzeczkę. Nie mogę zebrać się w sobie, bo jak mam siebie stawiać na poziomie Stwórcy, budując moją fikcyjną rzeczywistość? Nie mogę się przemóc. Nie mam w sobie tyle siły. Tyle mogę powiedzieć w wydawnictwie, kiedy minie termin, a ja nie będę miał czego położyć na biurku prezesa.
Gapię się w sufit, materac jest dziś wyjątkowo niewygodny. Przez brudne okna wpadają pierwsze promienie słońca. Chłodny październikowy poranek. Przytłacza mnie moja bezsilność. Zgubiłem się. Straciłem poczucie bezpieczeństwa.
Bezustannie wracają do mnie duchy przeszłości. Jawa i sen są moim koszmarem. Borykam się z okrucieństwem wspomnień, które rozrywają duszę na strzępy. Obraz ukochanej kobiety w ramionach śmierci. Wspomnienie głosu synka, jego blednącego krzyku. Niemego nawoływania. I ta bezradność, która sparaliżowała działanie. Najzwyczajniej w świecie uciekłem. Łudziłem się, że przez wspomnieniami i śmiercią można uciec. 
Wyszedłem z mieszkania. Właściwie to tylko pokój, ale nazywam go moim mieszkaniem, żeby budować poczucie normalności. Jest praca, mieszkanie, codzienne troski i radości. Radości! Zabawne! Mam wrażenie, że gdybym nie widywał tego grymasu na twarzach przechodniów, już dawno zapomniałbym jak wygląda uśmiech. Znów się użalam? Tak mi się właśnie wydaje. Podążam przed siebie. Nie zważam, dokąd niosą mnie nogi. Mijam księgarnię, stary cmentarz, ulubioną kawiarnię i pobliski spożywczy. Promienie słońca wylewają się na ulice. Kupuję bułki, papierosy, gazetę i maszynkę do golenia. 
Mam tydzień na dokończenie powieści, której nawet nie zacząłem pisać. Kiedy ślamazarnym krokiem zmierzałem do mieszkania, czułem się jak cholerny jasnowidz. Schrzanię sobie życie. Jednak może być gorzej niż jest. Stracę dach nad głową, pracę. Wszystko to, co do tej pory łączyło mnie z normalnością. To, co dawało mi poczucie bezpieczeństwa. 
- Wygląda na to, że to już koniec, Kovac. – Z ironicznym uśmiechem dodałem sobie otuchy przed kolejnym długim dniem, który był kolejną dobą, która nie miała dla mnie żadnego znaczenia.

***************
ciąg dalszy być może nastąpi
fragment zamieszczony jako motywacja do napisania reszty

PS: Żyję, żyję! Mam się całkiem nieźle. Obroniłam licencjat. Na dyplomie piękna czwóreczka. Jeszcze nie wylądowaliśmy z Ukochanym na ulicy z biedy i ubóstwa. Przede mną wakacje ciężkiej pracy - we wrześniu wstępny na magisterkę. Rzadko tu bywam, postaram się to zmienić!

30/04/2014

from nowhere,




Niebezpiecznie zbliżałam się do dwóch miesięcy milczenia na blogu, więc postanowiłam, że wpadnę tu do Was. Tym bardziej, że tyle się ostatnio wydarzyło, że normalnie nie byłabym sobą, gdybym nie poleciała z tym na bloga.

#1 Udało mi się wybłagać na Ojcu wymianę telefonów...
i w końcu mam Samsunga Galaxy SIII. Wiem, że wyszła już piątka, więc jestem trochę do tyłu... ale i tak uwielbiam ten telefon! ♥ Ma taki wspaniały, ogromny ekran... że normalnie mogę na nim książki w pdfach czytać, co na moim starym telefonie firmy x było absolutnie niemożliwe. Samsung sprawdza się też lepiej niż felerny czytnik e-booków. Także, jest si!

#2 Plus → Play
Wraz ze zmianą telefonu przyszła kolej na zmianę operatora. Po długiej batalii koniec końców udało się i uwolniłam się od brzemienia umowy z Plusem podpisanej na ojca, z super... drogą ofertą. Jazd z przeniesieniem numeru w ogóle nie komentuje, bo to co się wyprawiało z tym Plusem to przechodzi ludzkie pojęcie...
Generalnie jestem szczęśliwa, bo w końcu skończyło się moje piekło z doczesnym operatorem, który ostatnio notorycznie podnosił mi ciśnienie krwi, m.in. tym, że z powodu zbliżającego się końca umowy dzwonili o nieludzkich porach, aby skontaktować z właścicielem numeru, tzn. z moim Ojcem... co było ostatnio niemożliwe, bo...

#3 Wyprowadziłam się z domu
Mieszkam na trzecim piętrze, mam domofon na kod i widok na las. Rano budzi mnie wschód słońca i ćwierkanie ptaszków. Mieszkam na obrzeżach sympatycznego miasteczka na Kaszubach, 10 km od rodzinnego domu. Moje nazwisko widnieje tuż obok nazwiska Lubego na umowie najmu i razem załatwialiśmy kablówkę i Internet. Oprócz tego odkryłam...

#4 Fenomen ławeczki...
ponieważ oprócz lasu widzę też z okna ławeczkę. Stoi ona tuż obok czterech identycznych ławeczek. Jest jednak wyjątkowa. Wszystkie inne mogą być puste, ale na tej... prawie zawsze ktoś siedzi. Z ciekawości poszliśmy z Lubym sprawdzić, o co kaman z tą ławeczką...
I powiem Wam szczerze, że nie mam zielonego pojęcia.

#5 Nowe mieszkanie wpłynęło na wenę...
i dokończyłam pisać lwią część mojego licencjatu, tzn. rozdziały, oczywiście. Jeszcze wstęp, zakończenie, pitu pitu i będzie po sprawie. No, jeszcze obrona... ale! Dam radę, bo kto jak nie ja!

#6 Znam termin egzaminów - 14 czerwca - "dzień zero"
Oba egzaminy jednego dnia. Jeden z nich mam zamiar rozwalić totalnie, bo z listy lektur obowiązkowych (miały być 4 pozycje), ja na dzień dzisiejszy przeczytałam 6, a mam przed sobą jeszcze 3. Mam zamiar powalić doktora moją elokwencją, oczytaniem i znakomitą znajomością literatury amerykańskiej, jej podłoża historycznego i w ogóle udowodnić, że nawet jeśli ktoś para się językoznawstwem, nie jest ignorantem literackim. Muszę Wam powiedzieć, że czuję się trochę zdrajcą, bo nad życie kocham lit. brytyjską i pochłaniam dzieła autorów z wysp garściami... ale ostatnio to lit. amerykańska włada moim sercem. Teraz czytam "The Bell Jar" (Szklany klosz) Sylvii Plath. W planach jeszcze "Pożegnanie z bronią" Hemingway'a (mojego absolutnego guru ♥ ) i "Wściekłość i wrzask" Faulknera. 
Jak widać, o drugim egzaminie niewiele mówię... obawiam się, że wkuwanie na pamięć Beowulfa i innych tekstów w staroangielskim oraz miliona zmian historycznych w j. angielskim nie będzie tak fascynujące jak historia lit. amerykańskiej, niestety. Bo jak Prawo Grimma, GVS i inne historyczne gówna mogą się równać z Hemingway'em... *.* Wyczuwam, że nasz prowadzący nas... najprościej mówiąc uwali i trzeba naprawdę mocno spiąć pośladki, żeby przypadkiem wynik tego egzaminu nie zaważył na odsunięciu się terminu obrony w daleką przyszłość.



#7Dan Croll - From Nowhere ♫ - tej piosenki razem ze mną słuchają moi nowi sąsiedzi. Swoją drogą, są niesamowicie wyrozumiali. ☺

a muzyki słucham tak...


#8 A dziś rozbawiło mnie to: 


Tym przemiłym akcentem kończę dzisiejszy wywód, żegnam się z Wami na kolejne 2 miesiące - odezwę się znów, jak się uwinę z tym całym szkolnym shitem i do napisania!



PS Gram w LEGO Harrego Pottera - ojacieżpierdziele jaki fun :D podziękowania dla Mady - made my whole week! ♥

(obrazki zaczerpnięte z soup.io)

11/03/2014

# 7 filmów, które wyciskają ze mnie łzy,

Lubię położyć się wygodnie i odpalić film. Z filmami jest jak z muzyką: są takie, które dają kopa, są takie które wzruszają lub złoszczą lub cokolwiek innego. Mam taką grupę filmów, które nazywam cebulkami. Nie trudno się domyślić, że to te, które z takiego czy innego powodu wyciskają ze mnie łzy. 
Generalnie jestem typem płaczka, ale te filmy (mniej (częściej) lub bardziej ambitne) są prawdziwymi cebulami i sprawiają, że zalewam się prawdziwym morzem łez, zaciskają gardło no i generalnie, grubo....

Oglądałam ten film pewnie strasznie dużo razy. I za każdym razem ryczę od samego początku do samego końca, z podobnym rozrzewnieniem jak przed laty płakałam, kiedy Leo w Titanicu odpływał w nicość. Romansidło jak romansidło, ale co, jeśli nie takie cuś ma wyciskać łzy z przepełnionej uczuciami baby (np. podczas PMSa -.-). Poza tym, jest Butler, i piękne widoki (te oprócz Gerarda ;>). No i ten film ma coś, co działa na mnie bardzo osobiście. Może dlatego zawsze strasznie go przeżywam.
(wciąż zabieram się za książkę, muszę się w końcu ogarnąć)

Obejrzeć go chciałam, bo akurat złapałam zajawkę na McAvoy'a. No i wpadłam jak śliwka w kompot. Jako, że jestem osobą z pamięcią złotej rybki i mogę oglądać filmy co 3 miesiące, będąc zaskoczona zakończeniem - ten film obowiązkowo sobie odświeżam. Ryczę pod koniec, bo za każdym razem zakończenie mnie tak jakoś uderza. Teraz już wiem, jak ta historia się kończy, ale i tak zawsze mam nadzieję, że będzie inaczej (sic...) i beczę jak dzidzia.

Klasyka, nie trzeba wiele słów. Gardło zaciska się samo ;) Tego akurat nie oglądam zbyt często, bo nie chcę, żeby mi się przejadł.

Końcówka - naprawdę żarta cebula. ;) Mam naprawdę wielki, olbrzymi sentyment do tego filmu. (ooo, kolejny z McAvoy'em, oooops :D)

Tego filmu nie trzeba przedstawiać. To, jak właśnie zauważyłam, póki co jedyny film, który nie wprawia mnie w płacz w powodu (mniej lub bardziej) relacji damsko-męskich. Ten film budzi we mnie autentyczną wściekłość. Wyję ze złości. Pamiętam, jak oglądałam go pierwszy raz. Komputer o mały włos nie poleciał za okno. Oczywiście, tonęłam we łzach.

Rozpuszcza mnie tą piosenką, historią samą w sobie, końcówką (nie pytajcie... szloch i podpuchnięte oczy). Jak głuptas włączam ten film, doskonale wiedząc, że minie chwileczka i będę płakać. Nie umiem nie. 

Bohaterstwo, które rozłzawia mnie, choć oglądam film dwudziesty raz i już nie chcę płakać - nie mam na to wpływu. Mój J. powiedział kiedyś, że to jeden z tych filmów (a może jedyny...) na którym facet może uronić łezkę. Chciałam być twarda i się nie popłakać. Jak się pod koniec zapytał, czy płaczę, to nie mogłam głosu z siebie wydobyć, tak miałam zaciśnięte gardło... 


Generalnie, to mogłabym wymieniać duuuuużo i długo, bo fakt jest taki, że wzruszam się potwornie łatwo i mocno i pewnego dnia popłakałam się oglądając Lilo i Stitch. Także, generalnie, no comment - płaczka wzruszy nawet Shrek (na którym też kiedyś płakałam...). Mam zamiar obejrzeć Ghost z 1990, coś czuję, że będę płakać...
A Wy? Macie takie filmy, które wywołały w Was falę łez?
Podzielcie się w komentarzach, muszę zmienić trochę repertuar, bo te moje już przestają na mnie działać po latach ;)

27/02/2014

madness,




Za głowę się złapałam, kiedy zobaczyłam, że ostatnio pisałam tutaj coś dwa tygodnie temu! Matko bosko, przecież to śmierć kliniczna dla bloga. Staty mu spadły do zera, no to biorę się za klawiaturę i oto jestem.
Na swoje usprawiedliwienie mam jedno słowo: japierdzieleniewyrabiamzlicencjatempromotorkamniezniszczy. 
Mam za sobą wszelkie etapy rozpaczy: gryzłam ściany, wyłam jak ząbkujące niemowlę, piłam melisankę hektolitrami (i nie pomagała, wyobraźcie sobie...), rzucałam się po pokoju w poszukiwaniu inspiracji. Przez 5 godzin pisałam jedno zdanie, kasując je na okrągło i przepisując je w różnych opcjach. Zalewałam się łzami patrząc na pustą kartkę i migający, frustrujący kursor. Miałam uderzenia gorąca i permanentny napad paniki. Jednak! wzniosłam się na chwilę ponad łzy i mini-zawały serca, znalazłam drogę, wyobraźcie sobie. Uznałam, że w końcu jakoś leci. Do momentu, kiedy kumpel mnie nie oświecił, że idę nie tam, gdzie powinnam i generalnie, to mimo to, że mam kilka stron, to tak naprawdę nie mam nic.

Jeszcze nie zalewam się łzami. Poczekam do soboty i konfrontacji z promotorką. 

Tak więc, na ten moment mnie nie ma. Wracam za 3-4 tygodnie. Trzymajcie za mnie kciuki!

standardowy już obrazek, pojawiający się tu raz na jakiś czas... >.<




13/02/2014

jak zwykle w połowie lutego,

O czym można by pisać w połowie lutego, jeśli nie o walentynkach... Włączyła mi się frustracja dziś i, wybaczcie, ale muszę miotnąć jadem i wyładować się jakoś emocjonalnie.
Szczerze, całe to "święto" w sumie ani mnie grzeje, ani ziębi. Jest okazja, żeby wyjść gdzieś we dwoje (jeśli cudem znajdzie się gdzieś miejsce..), zwłaszcza, kiedy zazwyczaj siedzi się w domu - fajnie tak czasem, a każda okazja jest dobra, więc - czemu nie. Jasne, wkurza mnie ta cała komercja, ale co zrobić - żeruje się na głodzie, na innych potrzebach fizjologicznych (papier toaletowy też się sprzedaje, ale nikt tego nie komentuje - każdy to robi, najlepiej zarobić na gównie...), na chorobie, to czemu by nie zarabiać na zakochanych. WHY NOT, zróbmy biznes.
Jako osobnik sparowany, poszłam dziś na shopping. Stwierdziłam, że do standardowej walentynki z dziwnym wierszykiem w moim wykonaniu, chciałabym coś jeszcze. Jeden sklep, drugi, piąty, dziesiąty, ... i, zgadnijcie co?! Gówno. Serio, inaczej tego nie można skomentować. Rozbawiła mnie jedna sytuacja.

Wchodzę do sklepu. Na ladzie leży z tuzin misiów, serduszek lub misiów na serduszkach - większość to to samo, tylko większe lub mniejsze.

(E)kspedientka: Czegoś Pani szuka?
Ja: A, jakiegoś drobiazgu walentynkowego.
E: Och, proszę tutaj spojrzeć, taki duży wybór - mamy serduszka mówiące aj lof ju i takie słodkie misiaki. *robi minę kota ze Shreka prezentując mi jedno z jej cudeniek*
(taki wielki wybór)

Zaniemówiłam. Po odzyskaniu władzy w mózgu po zobaczeniu tej Armii Miłości podziękowałam grzecznie i opuściłam lokal.
Paraliż mózgu powrócił, kiedy w każdym kolejnym sklepie widziałam TO SAMO. No, później natknęłam się jeszcze na kubki z serduszkami lub w kształcie serduszek i poduszkę z napisem "kochanie, dzisiaj tak" i parą w bardzo jednoznacznej sytuacji (świetny gadżet, zwłaszcza kiedy twój facet nadal mieszka z mamą!).

Zastanawiam się, dlaczego tak trudne musi być znalezienie czegoś dla faceta pod trzydziestkę. Co prawda, obudziłam się z ręką w nocniku, więc czas nie był sprzymierzeńcem, portfel też zbytnio mnie nie wspierał. 
Ale cholera, z takich misiów srisiów to nawet dziecko by nie miało pożytku. Upiorne to i na dodatek wyje. Nawet na igielnik się nie nadaje. 
Papier toaletowy to przynajmniej jakoś się różni - pachnący, w truskawki albo szary. A tu przed walentynkami robi się czerwono na wystawach i cholera, lepiej kupić srajtaśmę...

I wiecie co? Wszystko prowadzi do seksu... bo no nie wiesz co kupić - straszna dylema. W końcu wypatrujesz na wystawie bokserki. Zbawienie. Gaci nigdy za wiele. (złota myśl) Wchodzisz do sklepu, oglądasz, próbujesz zwizualizować sobie pośladki swojego faceta, czy te bokserki na pewno będą dobre (faza pierwsza), i kiedy już znajdziesz najmniej nieodpowiednie (bo jakie gacie w serduszka są odpowiednie dla faceta... -.- serio, widziałam dziś straszne rzeczy), jedziesz wręczasz mu prezent no i chcesz od razu sprawdzić, czy są dobre. Przymierza (faza druga). Pośladki zwirtualizowane. (+18)

A później na takie memy się trafia - cóż, takie życie.


Także ten tego - udanych walentynek
;>

11/02/2014

pokaż mi swoje emocje: wstyd,

Jason Malcolm jest cudownym dzieckiem. Ma sześć lat i zna już tabliczkę mnożenia. Nauczył się czytać, kiedy jego rówieśników interesowała tylko zabawa. Jason nie lubi bawić się z innymi dziećmi. Uważa, że są takie nudne i zupełnie nieodpowiedzialne. Jason nie jest świadom tego, że pozjadał wszystkie rozumy. Jest klasowym mądralą. Nie wie o tym, ale inne dzieci wcale nie chcą się z nim zadawać. Dzieci wolą się dobrze bawić niż słuchać marudzenia małego lizusa. Właściwie, nawet gdyby Jason wiedział o podejściu innych dzieci do jego osoby, nie dotknęłoby to za bardzo. Zawsze przyjaźnił się tylko z książkami. 
Jego rodzice są z niego tacy dumni. Kiedy tata wraca ze spotkania z nauczycielką, w nagrodę przynosi Jasonowi nową, ciekawą książkę. Jego mama, kiedy go chwali, pieszczotliwie przeczesuje palcami złociste włosy. Jason to bardzo lubi. Lubi też, kiedy mama całuje go w czoło na dobranoc i kiedy robi na śniadanie kanapki z czekoladą.
Dzień matki zbliża się wielkimi krokami. Dzieci uczą się wierszyków. Jason bardzo przejmuje się swoją rolą. Nie chce sprawić zawodu swojej mamie. Każdego wieczoru Jason siada przed lustrem i recytuje wierszyk, starając się zachować na buzi najbardziej czarujący uśmiech, na jaki tylko go stać. Jason bardzo kocha swoją mamę i zrobi wszystko, żeby zawsze była uśmiechnięta.
Jest jeszcze jedna osoba, którą Jason obdarza szczególnym uczuciem. Ma na imię Marisa, ma osiem lat i uczy się grać na gitarze. Marisa nawet nie wie o istnieniu chłopca. Bardzo chciałby, aby dziewczynka go zauważyła. Bardzo chciałby przyjrzeć się z bliska jej pięknym warkoczom. Nauczycielka wybrała ją, aby śpiewała piosenkę na przedstawieniu. "To smutne" - myśli Jason. Marisa nie ma swojej mamy.
Nadchodzi wielki dzień. Jason ubrał swoją ulubioną koszulę w czerwone groszki i w drodze do szkoły mamrotał pod nosem swoją kwestię. Czuł dziwny ucisk w brzuchu i powracające mdłości, ale nie przejął się tym zupełnie. W szkole panował podniosły nastrój. Na zajęciach plastycznych dzieci zrobiły upominki dla mam. Jason nie radził sobie najlepiej z plastyką. Jego kwiatek wypada miernie przy pracach innych dzieci. Jason jest smutny z tego powodu.
Uśmiechnięte mamy zajmują swoje miejsca na widowni. Na twarzy Jasona rozkwita piękny uśmiech, kiedy zauważa swoją w pierwszym rzędzie. Dostrzega też Marisę. Nauczycielka wplata jej w warkocze czerwone wstążki. Jason rumieni się i odwraca wzrok. Zaczyna się przedstawienie. Wzruszone mamy trącają się łokciami i mówią do kobiet, które siedzą obok nich: "Spójrz, to moje dziecko. Jestem taka dumna."
Nadchodzi kolej Jasona. Chłopiec wychodzi na środek sceny i upewnia się, czy mama i Marisa widzą go dostatecznie dobrze. Teraz jest gotowy, aby podbić serca publiczności.
I nagle Jasona otacza nieprzenikniona ciemność. Jego serce miota się jak maleńki ptaszek w klatce. Ze spoconych dłoni wypada mu mikrofon. Zaczyna nerwowo zaciskać palce. Nie może wydusić z siebie ani słowa. Uświadamia sobie, że mówienie do lustra to zupełnie coś innego niż mówienie do publiczności. Ogarnia go paniczny strach. Zapomniał tekstu. Nie widzi swojej mamy. Lęk przez zawiedzeniem najważniejszej osoby w jego życiu zupełnie do sparaliżował. Nie kontroluje drżenia kolan i brody, do oczy napływają mu gorące łzy, które ciekną po rozpalonych w s t y d e m policzkach.
Jasona z transu wyrywa salwa szyderczych śmiechów. Zza pleców dobiega go aksamitny głos Marisy: "Patrzcie, dzieci! Jason się zesikał!". Chłopiec poczuł się taki zdradzony. Marisa z niego szydzi. Jego policzki płonęły karmazynową czerwienią. Białe palce były zimne jak lód, a kolana nie przestawały drżeć. Jego małym, mądrym ciałkiem zaczęły targać spazmy. Czuje żal, rozpacz, rozgoryczenie, zupełną bezradność, obezwładniający wstyd. Jason dostrzegł swoją mamę. Ma smutek na twarzy i kiedy zauważa, że syn patrzy na nią zapłakanymi oczami, spuszcza głowę. Jason uświadamia sobie powagę sytuacji. Stoi z zasikanymi spodniami na środku sceny, nie może się ruszyć, nie ma dokąd uciec, ale najgorsze dla chłopca jest to, że zawiódł swoją ukochaną mamę.
Cała sytuacja trwała chwilę, która dla Jasona Malcolma ciągnęła się całą wieczność. Nauczycielka z gracją doskoczyła do chłopca i posyłając matkom na widowni przepraszające spojrzenia, pociągnęła chłopca za kurtynę. "Tylko spokojnie, Jason, musisz się uspokoić." Jak ma się uspokoić? Jak on teraz spojrzy w oczy swojej mamie?
Jason w najgorszych snach nie śmiał myśleć, że spotka go taki koszmar. Najchętniej zapadłby się pod ziemię.

05/02/2014

LBA - znów o mnie?

W sumie już brałam udział w LBA, ale Cosiowej nie umiałabym odmówić. Poza tym, mamy okazję, żeby pogadać o autorce, bo kiedy jest na to lepszy moment niż wtedy, kiedy na ścianie ląduje setny post. 
Tak jest: jesteśmy razem już od 100 wpisów, od września 2012. W międzyczasie: 37 obserwatorów, 12981 wyświetleń, 1848 komentarzy i masa moich uśmiechów, kiedy widziałam kolejną osobę w moich skromnych progach. Dziękuję wam, komentatorzy i czytelnicy za to, że jesteście. Zostańcie jeszcze trochę, nie będziemy się nudzić ;)
Bez dłuższego ględzenia przejdźmy do meritum. Dodam jeszcze tylko, że z skaczącą powieką się uporałam i jestem super szczęśliwa ;) Odpalam muzyczkę i lecę z koksem.

***


1. Możesz być postacią z książki lub filmu - kogo wybierasz?

Musiałam się chwilę zastanowić i wiem! Chciałabym być Kubusiem Puchatkiem. Jest grubszy niż wyższy, ale wisi mu to; jest najszczęśliwszy na świecie, kiedy zje miodku i ma cudownych przyjaciół. I mieszka w drzewie - hello! Zdecydowanie Kubuś!

2. Dokończ zdanie: Mój blog to dla mnie... 
...odskocznia od rzeczywistości i opatrunek na rany emocjonalne ;) już od stu postów to jedno z miejsc na świecie, które jest moim bunkrem. 


3. Czego najbardziej chciałabyś się nauczyć? 
Najbardziej chciałabym się nauczyć wybaczać: sobie i innym. A mniej metafizycznie? Chciałabym mówić biegle w przynajmniej 6 językach ;)

4. Kim jesteś? 
Jestem kobietą, córką, siostrą, narzeczoną, przyjaciółką, studentką, bloggerką, marzycielką rozkochaną w książkach i muzyce. Jestem głuptasem uzależnionym od herbaty i papierosów. Za żelki oddałabym mały palec u stopy, ale jako że mam pośladki w rozmiarze nie takim jak sobie bym tego życzyła, jestem też cukroholikiem na odwyku, więc słodyczy się nie tykam już od tygodnia #wooooow 

5. Jaka powinna być twoim zdaniem przyjaźń?
Przyjaźń? Lojalność i zaufanie. I szacunek dla drugiej osoby.

6. Twoje mieszkanie płonie. Musisz szybko wyskoczyć przez okno i możesz chwycić tylko jedną rzecz. Pod ręką masz ulubioną książkę, mp3, kosmetyczkę i telefon. Co weźmiesz?
Telefon - mam w nim książki i muzykę. Bez kosmetyczki jestem sobie w stanie poradzić ;)

7. W jaki zawodzie za nic w świecie nie chciałabyś pracować?
Nie chciałabym być komornikiem. Nic innego w tej chwili nie przychodzi mi do głowy.

8. Jaka była twoja pierwsza praca?
Miałam może z 11 lat i pojechałam z koleżanką zbierać truskawki. Od tamtej pory: nigdy więcej :D

9. Dokończ: Mój grzech główny to...
PMS: zdecydowanie nieumiarkowanie w jedzeniu - mój żołądek na czekoladę i żelki nie ma wtedy dna. Reszta życia: lenistwo. Mogłabym spędzić na słodkim-nic-nie-robieniu całe wieki, czytając książki i pijąc herbatę.

10. Czy to, co robisz teraz w życiu odpowiada temu, o czym marzyłaś i co chciałabyś robić?
Nie, jako dziecko chciałam być nauczycielką, później lekarzem (w tym patologiem hahahhaha) a na końcu prawniczką. Czy to jest to, co chciałabym robić? Cóż, póki co studiuję i lubię to. Lubię też to co studiuję - jestem wręcz czynnie zafascynowana i mało mi wiedzy. Co będę robić po tych studiach? Szczerze mówiąc, nie mam bladego pojęcia ;D


Jako, że już wcześniej brałam udział w LBA, nie nominuję nikogo i dziękuję za uwagę ;)


jakoś mnie tak wzięło
na dęsy, dęsy, dzikie pląsy

02/02/2014

oż powieka!

Jak to zimą, zimną i znieczulającą paluszki, herbata w ilościach potrójnej normy dobowej poszła w ruch. Jedna się skończy, zaparzam następną i tak all day, all night. Dobra herbatka, ciepła, zdrowa, przyspieszająca metabolizm. Byłam przekonana, że herbata ma tylko zbawienne właściwości dla organizmu. Figa z makiem jak się okazało.
Smuteczek taki, że herbata - podobnie jak i kawa - zaburza wchłanianie magnezu. Skutkiem takiej reakcji na dłuższą metę jest... wooow, niedobór magnezu. Niedobór magnezu powoduje m.in. zwiększenie pobudliwości nerwowo-mięśniowej, tiki nerwowe (np. drganie powieki czy warg), osłabienie i nieprawidłowość pracy serca, skurcze łydek, wypadanie włosów, łamliwość paznokci.
(anegdotka)Wtorek. Siedzę sobie u J. i słucham jak pięknie gra na gitarze jakieś niestworzone melodie. Nagle czuję, że coś mi się z okiem dzieje. Myślę sobie cholera, zawija mi się soczewka! wypadnie a ja nie mam przy sobie zapasowej pary! cholera, cholera! Na szczęście, pomrugałam, pomrugałam i soczewka wróciła na miejsce. Sytuacja z zawijającą się soczewką przytrafiła mi się jeszcze dwa razy. Czwartek. Północ. Wieczorna toaleta, kremik pod oczy i tak dalej. Patrzę we własne odbicie w lustrze a ono w którymś momencie zaczyna do mnie mrugać! I znów czuję wypadającą soczewkę. Pojawił się jeden mały szczegół sprawiający, że możliwe stało się niemożliwe: 5 minut temu zdjęłam soczewki! Soczewki nie ma a chce wypaść! Czary!(koniec anegdotki)


Cóż, w anegdotki jestem słaba - wybaczcie. Jak się okazało, to nie soczewka miota moim okiem a tik nerwowy spowodowany niedoborem magnezu. Uroczo. Diagnozę postawił wujek Google, na podstawie tego artykułu: klik. Teraz nic innego jak pochłaniać kakao, orzechy, pestki dyni, płatki i otręby owsiane i modlić się, żeby ten tik szybko ustąpił, bo jest niezwykle wkur... irytujący. Dina, tylko SPOKOJNIE...


29/01/2014

to wcale nie musi być trudne!

Nie lubię się do tego przyznawać, ale nie jestem osobą, która wielbi sport i nie wyobraża sobie życia bez niego. Nie lubię się do tego przyznawać, bo w społeczeństwie, gdzie co trzecia polecana do zalajkowania strona to motywatornia - wstyd się przyznać, że stroni się od siłowni a zamiast 50 pompek i 100 brzuszków wolę posiedzieć i poczytać, albo obejrzeć film. Cokolwiek, co nie wymaga pocenia się i ruszania z wygodnej pozycji, jaką jest leżenie w ramionach swojego mężczyzny i oglądanie entego odcinka ulubionego serialu. Taki mały leniwiec ze mnie, któremu - generalnie mówiąc - to zwisa.
Tak właściwie to nie powinno, bo... cóż, do tego też nie lubię się przyznawać, ale wcale nie taki mały leniwiec. I nie tylko sport mi zwisa... Spora nadwyżka powierzchni erotycznej bywa upierdliwa, zwłaszcza kiedy próbuję zawiązać buty, czy wcisnąć się w spodnie, które nosiłam x lat temu. Ech, taki łasuch ze mnie. Lubię jeść, co jest moim przekleństwem. Genetyczna skłonność do baleronikowego ciała w połączeniu z uwielbieniem pizzy i czekolady może, jak w moim przypadku, zakończyć się przepakowaniem. Przykre, ale prawdziwe.
Motywatornie dookoła... tyle ładnych brzuchów i jędrnych łydek, i takich smukłych ud i, co tu wiele kryć, naprawdę seksownych pośladków. "Gdzie ja takie piękności będę oglądać, jak mi Internetu zabraknie?!" - nagle mnie uderzyła taka myśl. W szaleństwie, jakie mnie dopadło, doszłam do jednego wniosku: sama się muszę tak odpicować, bo przecież nikt tego za mnie nie zrobi (niestety...)
I oto jestem. Powiedzmy, że w zadowalającym stopniu zmotywowana, bo przecież internety mogą się kiedyś skończyć. 

26/01/2014

moja polska muza,

Marny ze mnie patriota. Serio, żałosny. Jakiś czas temu (rany, już miesiąc minął!) pisałam o muzyce, którą chciałabym usłyszeć na żywo. Swoją drogą, szykuje się część druga, kiedy nagle sobie uświadomiłam, jak wiele piosenek pominęłam, a które mogłyby się za to poważnie obrazić... Jedna z czytelniczek słusznie zauważyła, że w zestawieniu tak niewiele jest polskiej muzyki. Obiecałam wydanie polskie.
Minął miesiąc. Pojawił się problem. Ja nie słucham polskiej muzyki. Potwornie było to sobie to uświadomić. To znaczy, nie słucham na co dzień. Zdarza mi się, że jakaś polska piosenka wryje mi się w banię i wtedy maltretuję ją dobrych kilka(naście) dni mniej więcej osiem dni w tygodniu, dwadzieścia dziewięć godzin  na dobę. Po czym odchodzi do lamusa a ja wracam do moich ukochanych, zagranicznych zespołów. Polaczek-cebulaczek, który cudze chwali a swego nie zna.
Właściwie to niedokładnie tak... bo ja znam polską muzę. Z czasów szalonego gimnazjum, na przykład :D Jest kilka zespołów, do których chętnie wracam. Zazwyczaj się do tego nie przyznaję, bo wiecie, jakie to hiciory szalały na rynku prawie dziesięć lat temu... (?! :O) Także proszę usiąść wygodnie. Posypią się klasyki, ale nie zabraknie też takich perełek, że pozwala Was z krzeseł :D
(piosenki są zalinkowane, śmiało klikać, powinny otwierać się w nowym oknie ;))

22/01/2014

mam coś do powiedzenia: stop, ja wysiadam!

Jakiś czas temu, zainspirowana i przerażona wizją Orwella, która staje się koszmarną rzeczywistością, pisałam o paranoi i moim świętym przekonaniu, że Wielki Brat vel. Kamerka Internetowa mnie obserwuje. Dziś, w ramach bardzo intensywnej pracy nad moją pracą licencjacką (która wreszcie formalnie zaistniała! - ma stronę tytułową z moim nazwiskiem #uszanowanko i prawie jednostronicowy wstęp #tylewygrać), 
  • najpierw pojechałam do biblioteki (WOW), trafiłam tam bez dżipiesa
  • spędziłam tam trzy godziny (WOW2), 
  • po czym napisałam całkiem zgrabny i fajowy wstęp i stronę tytułową. (według wymagań UG, oczywiście, Times New Roman 12 musi być!)
Po powrocie z biblioteki miałam oczywiście dalej bardzo pilnie pracować, ale jakoś tak wyszło, że (i tutaj zaczyna się wcześniej wspominana "intensywna praca") jakimś dziwnym cudem wylądowałam na kanapie mając przed oczami film, który od dłuższego czasu chciałam obejrzeć... no i jak tu pracować?! 
Oczywiście, praca stanęła w miejscu a wena, która zainspirowała mnie do napisania super-wstępu, ustąpiła miejsca wenie, która wypełnia mnie mocą twórczą do napisania tego postu. Wyobraźcie sobie, że dziś nie będzie o dupie Maryni. Dziś będzie kulturalnie i o filmie/przez film ect. (wbrew przeciwnościom losu - to jest, niechętna do współpracy klawiatura, która zjada co trzecią literkę, wrr).

(uwaga, spoiler alert!)

21/01/2014

a wszystko przez tę sól!

Próbujemy w domu zdrowo się żywić. Mamy dużo warzywek, białka, taki gar do gotowania na parze, zioła, różne naprawdę pyszne rzeczy. Niestety, pewnego złego nawyku nie możemy się wyzbyć. 

SÓL

Wiadomym jest, dzięki nieustannej propagandzie dietetyków i Internetu, że sól zatrzymuje wodę w organizmie, przez to tętnice stają się zbyt "pełne" i zaczyna rosnąć ciśnienie. Jej nadmiar przeciąża również nerki. Naukowcy podejrzewają też, że sól ma wpływ na powstawanie nowotworów żołądka, cukrzycy typu II, otyłości, powoduje udary mózgu i zwiększa drażliwość systemu nerwowego. Niektórzy porównują jej trucicielską moc do.. silnie toksycznego gazu - chloru. Wypłukuje również wapń z organizmu i może przyczyniać się do zachorowania na osteoporozę. Dlaczego? Nerki wydalając sód z organizmu wydalają też wapń. (źródło)
Podsumowując, sól jest zła i soli nie powinno się jeść w ilości większej niż 5 g na dobę (według WHO). Aby jakoś zmniejszyć te destrukcyjne skutki działania soli, Matka Rodzicielka (której oprócz soli, cała szalona rodzinka skutecznie podnosi ciśnienie) postanowiła zainwestować w sól niskosodową. Sól morską. Sól rzekomo lepszą. Oczywiście, określoną mianem "dietetycznej" (dzięki temu droższej) - co Bracki oczywiście musiał skwitować faktem, że jest taka ohydna właśnie dlatego, że jest dietetyczna!

F-a-n-t-a-s-t-y-c-z-n-i-e, teraz już nie tylko czytamy o diabolicznej naturze soli, ale i wszyscy stosujemy się do zaleceń speców z WHO, jemy mniej soli i solimy solą o niskiej zawartości sodu. Będziemy zdrowsi i nie umrzemy na nadciśnienie tętnicze albo na udar mózgu spowodowany rakiem żołądka. 
Pojawił się jeden mały problem. Ta sól nie soli. 
Chodzi o to, że mimo (na przykład) że posoli się wodę do makaronu - woda jest niesłona. Zupełnie. Zmienia smak, ale z pewnością nie na słony. Powiedziałabym wręcz, że mdły. Nie żebym smakowała solonej wody. Jadłam rosołek posolony (?) tym ciekawym wytworem. Może raczej powinnam powiedzieć popotasiony. (bo to taka śmieszna sól z dużą zawartością potasu była) Smakował jak mydło (nie, żebym jadła mydło - po prostu był ohydny).  
Powiedziałabym, ze cała akcja zaczęła się trochę mijać z celem, bo żeby jedzenie było choć odrobinę słone trzeba było sypać naprawdę dużą ilość soli. Tak więc unikając soli podwoiliśmy ilość spożywanej przyprawy. Seems legit. 
Matka Rodzicielka z ciśnieniem wyższym niż zwykle, bo ta sól zdublowała swoją moc - wewnętrzne i zewnętrzne działanie, rozumiecie. Ziemniaki mdłe, brokułek mdły. Nic nie smakuje jak powinno - jest zwyczajnie paskudne.
Dla mnie może nie mdłe, ale po prostu FUJ - wielką fanką soli raczej nie jestem, więc brak słoności mi nie przeszkadzał - za to ten ohydny posmak - BARDZO. 

Rezultaty? Zdrowa, dietetyczna sól wylądowała w koszu razem z kłębkiem nerwów Matki Rodzicielki. Atmosfera oczyszczona, tętnice niekoniecznie, jedzenie smakuje jak dawniej. Tyle by było z braku soli w naszym życiu. Ot co.


bardzo trafne podsumowanie posta!


Dość już tego smutnego poniedziałkowego postu pełnego depresji!
Post odszedł, natomiast depresja pozostała.
Stan licencjatu 0/7. Stan umysłu -9876543. Samopoczucie: fatalne.
Zadatki na przyszłość: katastrofix.

20/01/2014

blue-whole-week,

najlepsze zajęcie, kiedy nagle
najdzie cię ochota
pisać
licencjat
T.T



Oooo tak, dziś wszystko zrzucić na poniedziałek! Każde jedno nieszczęście! O, cóż za szczęście! 

W sumie to mi go trochę żal... bo on taki smutny a jeszcze całe zło świata jest na niego zrzucane... Musi się czuć wystarczająco podle, bo nikt go nie lubi tylko dlatego, że jest poniedziałkiem... I to jakim poniedziałkiem... najgorszym w ciągu roku... Biedactwo!

14/01/2014

mam coś do powiedzenia: czy czarna wizja Orwella stała się rzeczywistością?

Ostatnio obracam się poniekąd w temacie antyutopii. Poniekąd wymusza to na mnie moja praca licencjacka i działanie na tekście Mechanicznej Pomarańczy. Zgłębiając temat, natknęłam się na informację, że w oszałamiającej powieści Orwella "Rok 1984"* również można zobaczyć przykład nowomowy. Zainteresowana faktem, postanowiłam to sprawdzić. 
Nie jestem pierwszą osobą, która po lekturze Orwella staje przed poważnym kryzysem egzystencjalnym. Nie jestem ostatnią osobą, która sięgając po jego książki zadaje sobie kilka ważnych pytań. Nie jestem jedyną osobą, która po zetknięciu się z "1984" dochodzi do wniosku, że obraz, który wyłania się ze stron powieści upiornie przypomina naszą rzeczywistość. Jako jedna z wielu próbuję krzyczeć: Orwell nie zostawił nam instrukcji a przestrogę. Osobiście zastanawiam się, jak Orwell zareagowałby na współczesność. I nie potrafię sobie tego wyobrazić.
(uwaga, post zawiera spoilery i informacje dotyczące fabuły!)

C Z Y T E L N I C Y