29/07/2014

dorosłe życie mocno,

ACHTUNG! 
Czy ktoś wie, co się dzieje z etykietami? czy wy je widzicie? bo ja zawsze uważam, że najśmieszniejsze w postach są śmieszne labele, a ja moich nie widzę, choćbym nie wiadomo gdzie je wciskała w układ posta, pomocy ratunku, Znawcy Internetów. Albo Bloggera raczej...

Musiało to dopaść i mnie, choć broniłam się rękami i nogami. 
Dorosłe życie kopie mocno, daje po pysku i nie daje wstać z ziemi, kopiąc dalej.

Mam 22 lata*, o matko kiedy to zleciało :o , a moje życie i życie mojego Umilacza Rzeczywistości zwanego J. kręci się wokół znajomych (chwała im że są, bo w przeciwnym wypadku reszta byłaby nie do zniesienia :( ) rachunków, worków na śmieci, legionu butelek i proszku do prania. Serce truchleje, kiedy zbliża się dziewiąty dzień miesiąca, Matki Boskiej Pieniężnej. Z radości, owszem. Ale i z bólu tyłka, że zaraz część kasy poleci w pip. No cóż, życie.

Tak się stało, że urlopy zbiegły się nam niepomyślnie. W sensie, że kiedy jemu się zaczęło wolne, ja poszłam do pracy. I wiecie co? Stwierdzam z bólem tyłka (tyle bólu w tym dorosłym życiu), że nie wszystkich dosięga klątwa dorosłości. Bo choć mój Luby jest pięć lat starszy ode mnie, jak sam mówi "wziął wolne aby oglądać Dragon Balla".
Ja rozumiem pasję. Jestem w stanie przyjąć na klatę sentyment. Naprawdę pojmuję, że chciałby szukać smoczych kul i zmienić się w Super Saiyanina (? poprawcie mnie jeśli się mylę, ciągle się uczę!). Ale, do cholery, 7 godzin oglądać... tylko 20 czy 30 odcinków. Ręce i portki opadają. 
Ale wiecie, dorosłe życie to nie tylko Dragon Ball, praca, Woodstock, piwko w pubie, pranie, wyrzucanie śmieci (sic! zapomniałam rano wychodząc do pracy zabrać worek... ach, ten nadmiar obowiązków!) i rachunki. To też wegetacja 2 tygodnie w ciągu miesiąca, kiedy skończą się pieniążki przedwcześnie (tzn. zbyt daleko do ulubionego święta pracujących - wspomnianej wcześniej MB Pieniężnej), kiedy stać człowieka na ziemniaki, pasztetową i chleb.

Na szczęście, mamy jeden tydzień wspólnego wolnego i w ramach szczęścia i bogactwa jedziemy na Podlasie odwiedzić babcię i pobyczyć się trochę na łonie natury, powisieć w hamaku i pogrillować i odpocząć. Wręcz nie mogę się doczekać! 

A, droga Energo, cmoknij się z tymi swoimi awariami! 

* uczczone zacnym melanżem, za który obecnym dziękuję! Dziękuję za piękną sowę, pralkę, Castle'ową kniżkę i bon na manikjur - mój pierwszy w życiu ohoho! <3





13/07/2014

i wanna be yours, kulturalne piekiełko!

Zgadnijcie, kto dziś Was zaskoczy swoją obecnością! 

Szalona ja powracam na łono Internetów, zaleję Was moimi kulturalnymi celami, muzycznymi miłościami, filmowymi zachwytami i gazylionem obrazków wykopanych na zupie i kwejku. 

To jakaś szalona aktywność, biorąc pod uwagę moją działalność blogową w ciągu ostatnich kilku miesięcy oraz fakt, że nie minął tydzień od ostatniego, dość leniwego wpisu, którego treść została wykopana z czeluści mojego dysku i wisiała na stronie głównej po to, żeby mnie zmotywować do pisania dalej. Zgadnijcie co? Nie podziałało i póki co (!), nic nowego nie powstało.

(Niemniej jednak, chciałabym podzielić się taką refleksją, że pisanie tekstu było dla mnie niesamowicie twórcze i z pewnością do tego wrócę, jednak muszę jeszcze to przemyśleć)

Zapowiadają mi się bardzo kulturalne wakacje w towarzystwie Pilcha i jego wszystkich Demonów, Beksińskich, Ojca Chrzestnego (tego już zaczęłam i jaram się jak zapałka na zakręcie!), Márqueza... a śniadanie zjem u Tiffany'ego. Póki co, skromnie, może ktoś jeszcze dołączy do zacnego grona. Marzy mi się coraz mniej skrycie, aby doczytać całą listę lektur z amerykańskiej, i z drugiego i trzeciego roku. I odświeżyć pierwszoroczne brytyjskie... + książkowy żarcik (klik)

À propos odświeżania, na upały polecam wodę z sokiem z cytryny (dokrojenie nieobranego ze skóry plasterka doda bardzo przyjemnej goryczki, jeśli ktoś za tym przepada) oraz z liśćmi świeżej mięty. Super orzeźwiające i zdrowe i pyszne! 

i inne

W ogóle, po raz kolejny podchodzę do mojej kuchni i staram się, żeby była jeszcze bardziej pieczona/gotowana niż smażona, bardziej zielona niż mięsna, jeszcze mniej słodzona i w ogóle przyjemniejsza dla mojego organizmu, bo to przecież bardzo ważne, bo jest to dość ważne narzędzie i trzeba o niego dbać, żeby posłużyło w zdrowiu i sile jeszcze kilka lat... taka samomotywująca myśl, ot co. Optymistycznie musi być! 
(smoothie z ananasa, banana i kiwi wymiata!)

oklaski od Toma są super motywujące

Co by nie gadać więcej o jedzeniu, bo się głodna robię, powiem o filmach. 

Z przyjemniejszych, które widziałam w ciągu ostatniego czasu (co jest bliżej niesprecyzowanym pojęciem...):

Grand Budapest Hotel, na który bardzo czekałam, ze względu na obsadę (choć dla mnie 2 osoby by wystarczyły, pan Brody i pan Finnes). Dodatkowo, głos Jude Lawa. *.* Śliczny, cudny i jak to u Andersona bywa, symetryczny aż do bólu! (jeśli o tego człowieka chodzi, to nie można nie wspomnieć o Fantastycznym Panu Lisie!)
Sekretne życie Waltera Mitty, zwiastun widziałam w kinie, kiedy byliśmy na 47 Roninach i po obejrzeniu tego filmu później żałowałam okrutnie, że to nie na niego pojechaliśmy wtedy do kina. Chwilę temu to już było, ale chodziło o to, że on był bardzo ładny. Film oczywiście. Nie Ben Stiller, choć szczerze powiem, że mnie facet zaskoczył. 
Wszystko jest iluminacją, film z zonkiem i świetną ścieżką dźwiękową. Gorzki, uroczo zabawny, naprawdę piękny. No uwiódł mnie totalnie. No i Frodo zupełnie nie-Frodo, tak świeżo!
Machnę ścieżkę na zachętę - KLIK, polecam mocno!
Muzycznie: dla fanów rockmanów: Lemmy, którego nie trzeba fanom przedstawiać oraz Boże Błogosław Ozzy'ego Osbourne'a.
 + CBGB, fajny muzyczny film, polecam :)



A jak o filmach muzycznych mowa, to przecież jeszcze o muzyce mowy nie było, mea culpa!

1) Moja miłość do SOAD przeżywa ponowną młodość. Katujemy albumy nieskrywaną radością, oglądamy koncerty i w ogóle, jednym słowem szaleństwo!


2) Znalazłam na płycie Podsiadła coś dla siebie! - Vitane (dobry mam zapłon wiem, toć to w zeszłoroczne wakacje wyszło.... -.-)
3) U jednej z obserwowanych przeze mnie blogerek podpatrzyłam i podsłuchałam Foals KILK i KLIK
4) Po raz kolejny wykazałam się zabójczym refleksem. Chodzi o Arctic Monkeys, i generalnie spóźnioną o kilka lat manię na punkcie Małpek i Alexa (mam go na tapecie w telefonie, jakie to dojrzałe #dinajeszczesobiepowieśplakatnadłóżkiem) Słucham wszystkiego co podleci w ilościach naprawdę hardkorowych, moi sąsiedzi mają ciężkie życie, jeśli nie lubią Małp. Mój J. też ubolewa, nie jest fanem. Ja jestem. #trudnedecyzjetylkojedenpokójzadużomałpek
R U Mine?, znienawidzonego już chyba przez wszystkich moich znajomych nawet uczyłam się grać na gitarze, (zarąbista gra Rocksmith 2014 na PS3!!!!!!!!!) przez co przez ponad tydzień nie miałam naskórka na 4 palcach prawej ręki.
Nie będę wdawać się w szczegóły, ale uczyłam się grać linii basowej na gitarze elektrycznej grając jak na basie działając na zasadzie: "Dajcie zagram jeszcze raz, jeszcze ten palec mam dobry!" 
( dajcie laikowi gitarę do ręki a zedrze sobie skórę z paluchów bo nie umie uderzać w struny... -.-)
KLIK - cały album AM ze szczególnym uwielbieniem dla R U Mine?, I wanna be yours, Why'd You Only Call Me When You're High? i w ogóle wielbię całą dyskografię i jak to ktoś napisał w komentarzu na YT, "alex jest jedyną osobą, która potrafi sprawić, że słowo odkurzacz brzmi seksownie" *.*


Aby kultury stało się za dość, na koniec:


skomentować to można tylko w jeden sposób:
ludzka kreatywność zbliża się do krańca krańców

07/07/2014

part 1

Nienawidzę pisać w ciągu dnia. Jestem najzupełniej pewien, że to właśnie było powodem tego, że ostatnie próby pisania były tak nieznośnie żałosne. Chwilami zastanawiam się, czy w moim przypadku przestawienie się na nocny tryb życia nie byłoby korzystniejsze dla kontraktu z wydawnictwem. Zgiełk tego miasta czyni mnie jego niewolnikiem. Ten nieustający jazgot za dnia jest moim demonem. Nocą wszystko jest inne. Cichsze, pełniejsze, doskonalsze. Stoję w oknie, piję kawę, palę gorzkiego papierosa. Wypełnia mnie głęboka i nieprzenikniona ciemność. Gdzieś z głębi pokoju dobiega cicha muzyka. Na chwilę zatracam się w sobie. Inspiracja otula mnie, czuję jak wypełnia pustkę mojego życia. Otwieram oczy. Znów jestem w małym pokoju. Tylko ja i cztery ściany. Jakiś materac, jakiś rozciągnięty koc i poplamiona poduszka bez poszewki. Zimne podłogi, koty kurzu w kątach, wypełniona po brzegi popielniczka i brudne kubki po kawie na parapecie. Trzy kartony z zeszytami. Nie wiem, po co je trzymam. Nie wiem, jak mogę żyć w tym miejscu. Nie jestem sobą. Nie wiem, kim jestem. Piję za dużo kawy, za dużo palę i za mało śpię. Za mało piszę. Nazywam się Jan Kovac. Mam 28 lat. Próbuję być pisarzem. Jestem Słowakiem na wygnaniu. Choć to nie do końca wygnanie. Raczej ucieczka przed samym sobą. Mieszkam w Gdańsku od trzech lat. Muszę przyznać, że w tym czasie stoczyłem się na samo dno. 
Wracam do rzeczywistości. Stoję w oknie mojego zadymionego pokoju, dopalając kolejnego papierosa. Tej nocy nie napisałem nawet pięciu słów. Nawet jednego zdania. Świta. Kolejny dzień pozbawiony jakiegokolwiek sensu. Znów zawiodłem. Chyba za wysoko postawiłem poprzeczkę. Nie mogę zebrać się w sobie, bo jak mam siebie stawiać na poziomie Stwórcy, budując moją fikcyjną rzeczywistość? Nie mogę się przemóc. Nie mam w sobie tyle siły. Tyle mogę powiedzieć w wydawnictwie, kiedy minie termin, a ja nie będę miał czego położyć na biurku prezesa.
Gapię się w sufit, materac jest dziś wyjątkowo niewygodny. Przez brudne okna wpadają pierwsze promienie słońca. Chłodny październikowy poranek. Przytłacza mnie moja bezsilność. Zgubiłem się. Straciłem poczucie bezpieczeństwa.
Bezustannie wracają do mnie duchy przeszłości. Jawa i sen są moim koszmarem. Borykam się z okrucieństwem wspomnień, które rozrywają duszę na strzępy. Obraz ukochanej kobiety w ramionach śmierci. Wspomnienie głosu synka, jego blednącego krzyku. Niemego nawoływania. I ta bezradność, która sparaliżowała działanie. Najzwyczajniej w świecie uciekłem. Łudziłem się, że przez wspomnieniami i śmiercią można uciec. 
Wyszedłem z mieszkania. Właściwie to tylko pokój, ale nazywam go moim mieszkaniem, żeby budować poczucie normalności. Jest praca, mieszkanie, codzienne troski i radości. Radości! Zabawne! Mam wrażenie, że gdybym nie widywał tego grymasu na twarzach przechodniów, już dawno zapomniałbym jak wygląda uśmiech. Znów się użalam? Tak mi się właśnie wydaje. Podążam przed siebie. Nie zważam, dokąd niosą mnie nogi. Mijam księgarnię, stary cmentarz, ulubioną kawiarnię i pobliski spożywczy. Promienie słońca wylewają się na ulice. Kupuję bułki, papierosy, gazetę i maszynkę do golenia. 
Mam tydzień na dokończenie powieści, której nawet nie zacząłem pisać. Kiedy ślamazarnym krokiem zmierzałem do mieszkania, czułem się jak cholerny jasnowidz. Schrzanię sobie życie. Jednak może być gorzej niż jest. Stracę dach nad głową, pracę. Wszystko to, co do tej pory łączyło mnie z normalnością. To, co dawało mi poczucie bezpieczeństwa. 
- Wygląda na to, że to już koniec, Kovac. – Z ironicznym uśmiechem dodałem sobie otuchy przed kolejnym długim dniem, który był kolejną dobą, która nie miała dla mnie żadnego znaczenia.

***************
ciąg dalszy być może nastąpi
fragment zamieszczony jako motywacja do napisania reszty

PS: Żyję, żyję! Mam się całkiem nieźle. Obroniłam licencjat. Na dyplomie piękna czwóreczka. Jeszcze nie wylądowaliśmy z Ukochanym na ulicy z biedy i ubóstwa. Przede mną wakacje ciężkiej pracy - we wrześniu wstępny na magisterkę. Rzadko tu bywam, postaram się to zmienić!

C Z Y T E L N I C Y