25/10/2014

szok posiwiznowy //

Wiecie, jakoś nigdy nie miałam nic do siwienia. Pamiętam wręcz, że podobało mi się, kiedy mojemu ojcu na skroniach pojawiły się siwe włosy, które dodały mu charakteru. Wiecie, jakoś tak fajnie. 
Podobała mi się siwizna, dopóki nie odkryłam u siebie pierwszego siwego włosa, który do tej pory skutecznie ukrywał się w czuprynie. Odkryłam siwy włos w momencie, kiedy postanowiłam rzucić farbowanie się. Odkryłam pierwszy siwy włos zanim zdążyłam wyjść za mąż. Myślałam, że zbieleję przez męża. Albo przez dzieci. Albo przez kredyt. Albo rozwaloną pralkę.
Ale nie tak od niczego. 
Odkryłam tę parszywą srebrzystą nić zanim nacieszyłam się młodością i pełnią sił witalnych. 
Ten diabeł musi ze mnie wyciągać energię życiową. Zmienia mnie w starą babuczkę. Lśni tak uparcie, że nie wiem, jak go zakryć. 
Będę permanentnie nosić czapkę. Będę spać, jeść i kąpać się w czapce. Obetnę się na łyso. Albo nie. Bo jeszcze wszystkie włosy odrosną mi siwe.

Ale nie wyrwę. Siwe włosy są jak łby hydry. Jeden utniesz - wyrosną trzy nowe.
Cóż, pora zacząć sobie kopać grób.


PS A tak poza tym to sobota. WOLNA sobota. Idę kupić sobie trampki i będę się bawić! Nie dam się siwiźnie!



22/10/2014

feel the power //


Ostatnio mój poziom energii drastycznie spada. 
dina jest słonkolubkiem. A słonko schowało się za paskudnymi, szarymi chmurzyskami i dince po buźce spływają gorzkie łzy żalu i rozpaczy. 
Jesień wjechała z buta. Co więcej, zalała mi buty. Zalała paluszki zimnem i serduszko złożami dreszczy. Kołderka zamienia się w węża boa, ciepły prysznic pozwala odtajać. Spoko jesień, kiedy złota i pogodna. Ale niech ta przebrzydła plucha spieprza, za przeproszeniem, i wiosnę na miejscu poproszę. 
W pracy wiszę na kontuarze i wodzę wzrokiem po ścianach, od czasu do czasu dyscyplinując buntującą się młodzież. Unoszę leniwie ołowiane powieki i próbuję skupić się na eseju i na zadaniach, które mam do zrobienia. Wzdycham rozpaczliwie. Ale biorę się w garść, bo to tego przyzwyczaiłam się przez ostatnich kilka tygodni. Olewam lenia, bo wiem, że to on wpędza mnie w bagniste gówno. 
MOTYWACJA.
nobody can stop me - febulous me!

Musi mi się chcieć. Nikt za mnie nie pójdzie na basen i nie będzie ćwiczył do upadłego oddechów i koordynacji i umiejętności w sytuacjach kryzysowych (czyli takich, kiedy chlor leje się do nosa -.-). W ryzach podtrzymuje mnie właśnie basen, z którego jeszcze nie zrezygnowałam, co dla osoby o tak słomianym zapale jest wyczynem porównywalnym do zdobycia Mont Everest. Seriously. Co więcej, planuję skrzętnie każde wyjście i staram się upychać ich w moim nieelastycznym grafiku tyle, ile tylko się da. Szum wody mnie uspokaja, kręgosłup tak rozkosznie relaksuje się, każda część ciała bulgocze z radości a każdy oddech urasta do rangi olśnienia.  
Moja aktywność osiągnęła apogeum, kiedy wzięłam się do garów. I nie ugotowałam parówek czy krokietów insrant. BYNAJMNIEJ. Przygotowałam indyka w "potrawce" (sosie takim jakimś, made by me) pomidorowo-paprykowym. Spotkało się z narzeczońską aprobatą, co jest dla mnie wyznacznikiem sukcesu. 
Dobra, wracam do eseju. Miałam nadzieję, że sam się napiszę. Cud nie nastąpił. Zostawiam was z moją dzisiejszą motywującą pieśnią, która rozpieprza mi bębenki, jutro na rano do pracy. Byle nie zwariować. Jest pozytywnie!
Serio? Chrzanię w kółko o tym samym. Potrzebuję bodźca. Muszę dodać coś nowego do grafiku, bo robię się nudna jak kluuuuski lane. Tylko... kiedy?!








P.S huehuehuheuheuheuheueuhuehue


07/10/2014

only hard work can work miracles,

Tak, wiem. Jestem obleśnym, zgrzybiałym leniem...


Nie! Wróć! Nie jestem leniem! Nie było mnie tak długo, bo zasuwałam jak koń w westernie. Moje życie w ciągu tego czasu, kiedy zaniedbałam odrobinkę bloga (...) popłynęło tak niesamowicie daleko w przód, że nie uwierzylibyście, że jest to w ogóle możliwe. Przynajmniej ja bardzo długo (demyt, jakieś 20 lat...) żyłam w przekonaniu, że się nie da. 

A jednak, da się. I powiem wam, że to jest zajebiście fajne! 

POSTAW NA JĘZYK
Można by uznać, że głupio postąpiłam nie idąc od razu na magisterkę po wręcz spektakularnym zdobyciu dyplomu licencjata filologii angielskiej - "łeeee, nie poszłaś od razu, teraz już nie pójdziesz!". Miałam inne plany związane ze studiowaniem, jednak nie do końca potoczyło się wszystko po mojej błyskotliwej myśli, plany dupły (bo planowanie czegoś z wyprzedzeniem większym niż pół godziny w przód jest bezcelowe, los zaśmieje się w twarz i pokaże ci, gdzie ma twoje plany). Mogłabym coś jeszcze kombinować, ale strasznie to się wszystko zaczęło rozwlekać. Poza tym, już na start miałam jakieś zabezpieczenie, które po głębszym przemyśleniu uznałam za warte rozegrania.
Bo wiecie, jak to jest na filologii. Dużo teorii wszelkiej maści (literatury, gramatyki opisowej i innych cudów na kiju) i wcale nie tak wiele języka (bo ten powinien być już w małym paluszku, of course). 
Ja w tym roku stawiam na język. Trzy godziny w tygodniu romansu z gramatyką i generalnie z praktyczną nauką języka (to więcej niż miałam na studiach... i to przez dwa lata tylko... bo po co na trzecim roku GRAMATYKA?!), w towarzystwie niesamowitej Penny, którą jestem absolutnie olśniona *.*, najprawdziwszej Angielki jaką mogłam sobie wymarzyć (bo na studiach z nativami też się jakoś mało spotykałam...). 
Po co? Aby uporządkować wiedzę, wyćwiczyć, w końcu umieć tak, jak należy. Dodatkową zaletą będzie możliwość podejścia do egzaminu CAE, no i intensywne przygotowanie do egzaminu na mgr, na który wybieram się za rok :)
Postanowiłam dać sobie czas i zaoszczędzić trochę czasu (głównie na dojazdach do 3miasta). Tym bardziej, że w końcu udało mi się znaleźć pracę i teraz muszę nauczyć się tak gospodarować czasem, żeby nie zwariować :) 

CHLOROWANE H2O
Przerabiałam już bieganie, rolki, siłownię... Powiem szczerze, że chęć do aktywności fizycznej mijała mi szybciej, niż zdążyłam wypowiedzieć słowo "waga". Nie będę wieszać psów na rolkach, bo te uwielbiam, ale po pewnym dość komicznie wyglądającym i bolesnym upadku, złapałam do tego sportu pewien dystans. Wolę go traktować bardziej jako rozrywkę a nie jako sposób na walkę ze zbędnymi kilogramami. 
I w końcu znalazłam coś dla siebie. Po pół roku mieszkania w nowym miejscu olśniło mnie jak pięknie mi się ułożyło wszystko. Mieszkam rzut beretem od basenu.
Postanowiłam to wykorzystać na maksa. Tym sposobem, pływam od niecałego miesiąca, dwa razy w tygodniu spędzam 40 minut w wodzie a planuję zwiększyć ilość treningów (nie lubię tego słowa...) do trzech a może nawet czterech wejść w tygodniu (jeśli czas pozwoli). Powiem jedno - to jest FANTASTYCZNE. 
Mrugnęłam do ratownika, który pokazał mi jak ćwiczyć, żeby się nie utopić, nie zrobić sobie krzywdy i generalnie się poduczyć (bo technicznie rzecz ujmując, pływak ze mnie marny). Teraz, wykonując polecenia ratownika, pływam (z pomocą takiej piankowej deski, ale jednak! dla mnie, laika, jest to coś!) i czuję się fenomenalnie! 
I w końcu, po pół roku mieszkania na trzecim piętrze pozbyłam się zadyszki! PROGRES.

PRACA CZYNI CUDA
W końcu postanowiłam wdrożyć w życie coś, co jest oczywiste, ale niekoniecznie przyjemne. Wzięłam sobie na poważnie pewne rzeczy, postanowiłam pracować nad sobą, bo wiem, że nikt za mnie tego nie zrobi. Nauczyłam się motywować samą siebie. I czuję się z tym fantastycznie.





(imagesy - tradycyjnie soup.io!)


absolutnie zakochałam się
Low Roar w te jesienne dni

C Z Y T E L N I C Y