26/12/2016

podły rok, zły rok,

Do pewnego momentu brałam to wszystko na klatę. Taka kolej rzeczy. Tak już jest.
Ten rok był przełomowy pod wieloma względami - kolejna przeprowadzka, Nasz Ważny Dzień (matko, już trzy miesiące minęły #szczęśliważona), rozpoczęłam ostatni rok studiów #jaknarazie... Nie ma co ukrywać, ten rok był dla mnie szczególny... Ale żeby zabierać  tyle osób bliskich dinowemu serduszku... Do jasnej cholery, 2016 - przeginasz!
Dlatego dziś, kiedy czara goryczy przelała się, dina będzie wspominać.

Let's Dance, Bowie (1947 - 2016)



Nikt, jak jak Bowie i jedna lampka za dużo różowego Carlo Rossi, nie podnosi mnie do tańca i nie zawija mną po całym parkiecie. Beznadziejnie zakochana w jego oczach, w Fame i sobotnich podrygach z mopem w jego zacnym towarzystwie. Tak, Bowie nawet sprzątanie potrafił zamienić w krótki bal.


 - Always. (1946 - 2016)

Image: Warner Bros.
Nie zdążyłam się ogarnąć po śmierci Bowiego a tu nagle spadła na mnie taka bomba, że zakwiliłam tak gorzko, że pewnie słyszano mnie aż na Saharze. Śmierć Rickmana - mojego Snape'a, mojej świątecznej gwiazdki z Love Actually. Za każdym razem płaczę, kiedy oglądam Pottera i umiera Snape. Tak samo płakałam, kiedy zmarł Rickman. No nie mogę. Po prostu nie.



Last Christmas (1963-2016)


Śmierć George'a Michaela w Boże Narodzenie? Chyba bardziej ironicznie się nie dało. Nie dalej jak cztery dni temu nuciłam sobie to cholerne Last Christmas pod nosem, pisząc post. "Ale pięknie by tu pasowało" - myślała - "Faktycznie, takie last chrismas". No i masz, takie last christmas, że diabli bombki wzięli. I to tak niespodziewanie! Człowiek wchodzi rano na fejsa, a tu tablica ocieka linkami do Last Christmas i newsami z portali muzycznych i różnych innych, że George Michael zmarł 25 grudnia 2016 roku... i takie "SAY WHAT?!" Tego już za wiele!
Z tej racji w Sylwestra odtańczę takie Wake me up... jakiego ten świat jeszcze nie widział. George, będziesz ze mnie dumny! Taniec życia, aby ten 2017 był bardziej łaskawy!



 Zostawiam was z moją listą smutku i żalu
Dziś słucham George'a i oglądam Love Actually.  




 

24/12/2016

22/12/2016

smaki i zapachy, niezapomniane widoki //

Zawirowaliśmy w szaleństwie tej gwiazdkowej magii. Tańczymy, pędząc chodnikami, aby zdążyć, aby zdążyć... jeszcze tyle do zrobienia, jeszcze o tak wielu rzeczach trzeba pamiętać! Na ulicach pachnie choinką, lśnią lampki, mróz szczypie w nos. 
A ja stoję gdzieś po środku i zaciągam się chwilami. Pochłaniam zapachy i choinkowe światło. Oddycham spokojem i radością, która kiełkuje we mnie i otula mnie ciepłem. Już nie biegnę. Dziś cieszę się kolejnymi sekundami, które przepuszczam przez palce, podziwiając ich czar. Otula mnie muzyka i cisza, i świąteczna magia we mnie gra.

Coś do mnie dotarło. Już wiem, skąd we mnie tyle pasji i tyle szaleństwa w ten świąteczny. Już wiem, dlaczego od kilkunastu dni szaleję z papierem i wstążeczkami, choinką i światełkami. Wiem już, dlaczego nie mogę się doczekać się tych chwil, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Już wiem, dlaczego cieszę się każdą najmniejszą chwilą i lampką na choince. Już wiem, skąd ten niespodziewany "stop" i radosne oczekiwanie. Już wiem, dlaczego tak chłonę wszystko wokół mnie. Myślę, że to ostatnie takie święta.





Kochani!
Życzę Wam wszystkim i każdemu z osobna
dużo miłości, która pozwala góry przenosić,
dużo ciepła i spokoju w te mroźne, zimowe dni.
Życzę Wam zdrowia i uśmiechu,
szczęścia oraz pięknych i niezapomnianych chwil,
którymi będziecie cieszyć się w ukochanym gronie. 

Całuję, Dina.

14/12/2016

cheap thrills,

Ultra-produktywny dzień dziś mam. Ch*jowa Pani Chlewu transformowała dziś w Perfekcję i Królową Domowej Rezydencji Państwa K. Osiągnęłam wyższy level mocy życiowych, złapałam za mop, odkurzacz, CIF i ściery i zaserwowałam naszemu gniazdku kąpiel bąbelkową najwyższej klasy. Hacjenda lśni jak choinkowe bombki - brokat, cekiny, tęcza i jednorożce - mogę wywalić kopyta na kanapę i wyrzucić z siebie kilka słów.

source
Z połową grudnia ludzi ogarnia szaleństwo. Kolejki w sklepach są dobijające, zwłaszcza jak chce się kupić tylko ser i bułki, ale chociaż świątecznie-lampkowo-choinkowo stało się na ulicach. Szare miasteczko, w którym mieszkam, przeistoczyło się w migotliwą krainę rodem z bajki.
Mnie trochę też ogarnął szał: choinka stoi od tygodnia (ale ja się muszę nią nacieszyć!) a moje tegoroczne pakowanie prezentów - poziom taki harkorowy jak hardkorowy koksu. Kokardki, wstążeczki, naklejki, full opcja. 
No tak, święta za pasem, za to  ja mam w pasie coraz więcej i chyba niedługo mieścić się w drzwiach. Dziś jedna z pań, która pracuje w tej samej firmie co ja stwierdziła, że "palić w ciąży nie wypada". Nie wiedziałam, że to aż tak hahah :D Trochę śmiechłam :D Chciałam poczekać do Nowego Roku, ale chyba jednak trzeba będzie szybciej się ogarnąć, zanim zacznę się turlać. :D Zacznę od bujania się/tańczenia/dziwacznych wygibasów na kanapie albo z mopem. Myślicie, że to się liczy?:D 
Decyzja o urlopie naukowym w toku. Stwierdziłam, że to jedyne wyjście. Czekam na sygnał z góry. Stąd też mój zryw sprzątaniowy. Wiecie, umyj okna dla Jezusa to jedno, ale... Znacie to, zacznę pisać magisterkę, jeszcze tylko pustynię pozamiatam - staram się temu zapobiec :D Jakby nie było, to będą tylko (albo aż, zależy jak na to spojrzeć) cztery dni szaleńczego wyścigu z czasem - nie chcę więc tracić ich na jakieś tam odkurzanie piwnicy czy szorowanie fug patyczkami do uszu, c'nie?:D

source

Wygląda na to, że moje życie kręci się tylko wokół pracy, sprzątania i magisterki. Well, chyba chwilowo przybrało taki obrót, ale ale! Wszystko jest przejściowe, słońce, deszcz, tęcza i fajerwerki, czy jakoś tak. 
Umilamy sobie z piesią ten długi, grudniowy wieczór muzyczką Sii (wybaczcie sąsiedzi moje kocie zawodzenie, ale nie mogę się powstrzymać!) i lampkami choinkowymi. Muszę jeszcze przekopać się przez moją szafę i doprowadzić ją do stanu względnej używalności. I poczytać coś z socjolingwistyki... wtedy będę spełniona. :D

kilka migawek z ostatnich dni



💖

05/12/2016

on hold,



Kochani! Bądźcie mądrzy i pamiętajcie: im bliżej, tym dalej! Już pędzę z wyjaśnieniami, bo w tym momencie zapewne brzmię jakbym była niespełna rozumu...

Musimy cofnąć się do środy, 30 listopada, kiedy to o 12:30 wyruszyliśmy z moim Mężem w podróż po marzenie. Wiecie, jak mówią: Poznań - miasto doznań. Wymarzyłam sobie, że wyjedziemy wcześniej, tak żeby jeszcze przed rozpoczęciem koncertu zdążyć pójść na starówkę, zjeść jakiś dobry obiad w przytulnym miejscu, pójść na koncert i po nim równie szybko, gładko i przyjemnie wrócić do domu... wiecie, spędzić miły czas we dwoje...

niedoczekanie moje!

Ja jedno mogę stwierdzić na pewno: podróż do Poznania daje człowiekowi takie doznania, że od razu chce się wracać do domu!
Planowałam trasę już od poniedziałku, wyglądała na całkiem sensowną. Prosta droga, kilometrowo też całkiem fajnie, przewidywany czas podróży - bajka! Tym bardziej, że właśnie tę trasę polecał mi znajomy. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Zwarci i gotowi, wyruszyliśmy. Zaczęło się nieźle. Właściwie pierwsza godzina podróży była całkiem normalna. Nawet słonko wyszło zza chmurki. Pod górkę zaczęło się robić kiedy wyjechaliśmy za Chojnice. Nagle skończył się świat, zaczęła się ciągnąć przed nami puszcza. Usiana dziurami droga  przypominała bardziej ser szwajcarski niż jezdnię. Drzewa, drzewa, jeszcze więcej drzew. Cholera! - pomyślałam.- Gdzie ja nas wyprowadziłam?! (bo na pewno nie w pole!)
Dostrzegłam coś zabawnego. Kiedy już wyjechaliśmy z tej polskiej dżungli zaczęły się wsie. Ale słuchajcie! Ja jeszcze takich wsi nie widziałam. Ani żywej duszy! W domach ciemno. Chciałam nawet zapytać o drogę, bo zwątpiłam w GPSa, ale nie było kogo... Były za to straże pożarne. Jedna czerwona buda wielkości przystanku autobusowego niemal w każdej wsi. Jak to mój Mąż stwierdził, te budynki chyba jako pierwsze potrzebowałyby strażaków w przypadku pożaru...
Największym hardkorem okazała się jednak wieś, w której na całej długości jezdnia była skuta żywym lodem. Takim lodem, że ryliśmy po nim podwoziem i, jak się później okazało, uszkodziliśmy sobie coś. To coś sprawia, że teraz w kabinie śmierdzi benzyną. I generalnie coś tam cieknie. Jestem niepocieszona.
Jadąc trzecią godzinę przez te wsie/przez las zaczęło nas to nużyć. Początkowo GPS pokazywał, że będziemy jechać trochę więcej niż 4.5 godziny z domu do Poznania. Po przejechaniu czterech, GPS nadal pokazywał dwie i jeszcze więcej wsi. Złapaliśmy się za głowy. 
Koniec końców jakoś dojechaliśmy na miejsce po prawie sześciu godzinach. Gdyby nie było tego paskudnego błota na chodnikach, pewnie całowałabym ziemię. Wykorzystując fakt, że otwarcia bram została nam aż godzina, poszliśmy na szybkości wszamać coś w Maku (do którego, swoją drogą, też zgubiliśmy drogę). To by było na tyle, jeśli chodzi o romantyczny wieczór we dwoje. 
Na szczęście, koncert był udany i spędziłam miło czas. The xx utwierdziło mnie w przekonaniu, że ociekają muzycznym geniuszem. Niestety, okazało się, że mój Mąż nie podziela mojego muzycznego entuzjazmu i trochę się wynudził. Chyba będę musiała mu jakiś pomnik postawić, bo ten wyjazd to było nie lada poświęcenie dla niego :D
Drogę powrotną jechaliśmy do domu autostradą i super-szerokimi, gładkimi krajówkami. Zrobiliśmy dobre 30 km więcej, ale jechaliśmy tylko 4,5 godziny. Umilaliśmy sobie czas graniem w gry (żeby nie zasnąć, podświadoma aktywacja mózgu :D). Dojechaliśmy do domu po trzeciej, bo ostatnie kilometry przed celem okazało się, że na ulicy jest szklanka - jechaliśmy 40km/h :D 

Także tego... cieszę się, że jakoś przeżyliśmy tę podróż. Wniosek jest jeden: nigdy więcej nie pojedziemy samochodem na koncert do Poznania :D

PS: Jak się okazało, źle skręciliśmy na rondzie w Chojnicach.. cóż :)

28/11/2016

I feel good, nananana



Poczułam powiew pozytywnej energii. Jakaś    ś w i e ż o ś ć    we mnie weszła. Mój ogar trwa i zdaje się mnie nie opuszczać. Pozytywnego kopa dało mi spotkanie z moją Promo, czego zupełnie się nie spodziewałam. Spodziewałam się co najmniej piorunów z nieba. Okazało się jednak, że jest nieźle i tylko tak dalej. Co więcej, po przegadaniu planu badania, pani Promo stwierdziła, że jeżeli właśnie tak to zrobię, będzie ciekawie. Nie przypuszczałam, że tak krótka (acz treściwa) rozmowa może tak bardzo podnieść na duchu. Tak bardzo podbudować. I zmotywować. Jakoś inaczej spojrzałam na pisanie pracy. Tym bardziej, że przekopałam się już przez pierwszy (ten najgorszy) rozdział i teraz już będzie lepiej. A z pewnością ciekawiej! :) Normalnie jestem podekscytowana! 
W ramach listopadowych rozrywek pojechaliśmy sobie w zeszłym tygodniu na Doktora Strange'a. Z czystym sercem mogę go polecić fanom efektów specjalnych i fankom Benedicta. Choć momentami film był odrobinę przydługawy, dobrze się bawiłam i nie mogę doczekać się kontynuacji :D
Do tego wszystkiego najcudowniejszą nagrodą za ciężki miesiąc jest nasz wyjazd do Poznania! Jaram  się jak pochodnia i tak nie mogę się doczekać, że żeby go przyspieszyć, zagięłabym czasoprzestrzeń, gdyby tylko to było możliwe! Po co do Poznania? Ponieważ już w środę odbędzie się tam koncert mojego najukochańszego zespołu na świecie - The xx. :D Kiedy się o tym dowiedziałam o mało nie padłam z wrażenia. Co więcej, w styczniu ma wyjść ich nowy krążek. Czuję się fanowsko rozpieszczona.To jest to, co tygryski lubią najbardziej.
Właśnie do mnie dotarło, że za cztery tygodnie święta! Mam wrażenie, że cały ten rok tak szybko przeminął, że boję się mrugnąć, żeby przypadkiem się nie okazało, że kiedy otworzę oczy, będzie już po świętach. Jakoś wcześnie zaczęłam w tym roku czuć ten klimat. Kupiłam choinkę i ozdoby już na początku listopada. Jeszcze jej nie wystroiłam, ale już nie mogę się tego doczekać. Wyglądam z niecierpliwością tego okresu spotkań z rodziną, kiedy człowiek na chwilę może zwolnić i usiąść z bliskimi przy gorącej herbacie.
Ale zanim to, jeszcze trochę pozasuwam. A później? Później będzie już tylko lepiej. 

18/11/2016

loud places,



Mam dziś dobry dzień. 

Wiecie, co odkryłam? Jestem na takim etapie życia, że mam dobry dzień kiedy jestem ogarnięta (co ostatnio rzadko mi się zdarzało, bo Lost i bo Desperate Housewives - gratulacje dla mnie, tak bardzo dojrzale!).
Dziś wstałam z łóżka dziwnie wypoczęta i stwierdziłam "to jest mój dzień". I nie wiem, czy jest to właśnie kwestia nastawienia i tego pozytywnego głosu gdzieś z tyłu głowy, czy to faktycznie gdzieś w gwiazdach zapisano, że dnia 18 listopada wstanę i ruszę dupę.
Tak czy inaczej, mieszkanie wygląda... względnie przyzwoicie. Jeszcze mam kilka rzeczy do zrobienia, ale mam takie wrażenie, że znajdę na to moment. Grunt, że zaczyna przypominać mieszkanie a nie chlew :D Zbieram się do rytualnego mycia okien, ale na to muszę się psychicznie przygotować :D
Poszłam z Kapslem na długi spacer. Słońce tak słodko pieściło policzki, że gdyby nie to, że musiałam się spieszyć do pracy, pewnie spacerowałybyśmy do samego zmierzchu.
Muszę jeszcze dziś przeżyć swoją zmianę. Mam dobry humor, więc mam nadzieję, że nie trafi mi się dziś jakiś kwiatek i nie odbierze mi resztek wiary w ludzi. Przede mną jeszcze sześć dni, więc potrzebuję pozytywnego nastawienia.
Listopad mija mi pod znakiem szeroko pojętego zagonienia. Po grudniu nie spodziewam się też czegoś innego - zapewne da mi równie mocno w kość jak ten miesiąc. Nadal męczę magisterkę (ale działam! jest progres, pani promotor!) - jeszcze trochę przede mną, ale jestem dobrej myśli (a przynajmniej tak sobie w mawiam!). Mój problem polega na tym, że dużo pracuję, a przed/po pracy już tak bardzo mi się nie chce, że to jest normalnie karygodne. Powinnam wziąć urlop na pisanie pracy. Chociaż znając mnie i tak by nic z tego nie wyszło :D

Chyba muszę częściej mówić sobie "to jest mój dzień". Już dawno nie było mi tak dobrze.






05/10/2016

sainthood,

Praca uzależniona od roku szkolnego ma to do siebie, że z pierwszym dniem września zaczyna się coś nowego - przychodzą do głowy jakieś postanowienia i plany do zrealizowania. To taki dziwny rodzaj Nowego Roku - mistyczne przejście przez niewidzialne drzwi, gdzie zaczyna się Nowe Jutro.


A tak mniej mistycznie... Za dużo książek i ładnych ubrań, za mało hajsów. Za mało słońca, za dużo deszczu. Za dużo do zrobienia, zbyt mało czasu. Lecę, lecę, lecę bez trzymanki. Odbijam się od terminów. Od magisterki i od niepozmywanych naczyń, które zalegają w zlewie. Tak właściwie to te naczynia nawet mi nie przeszkadzają, bo nie mam czasu posiedzieć w kuchni. Bałagan i nieuporządkowane sprawy. Praca, praca, praca. I ta przerażająca myśl, że jeszcze 9 miesięcy do urlopu... praca uzależniona od roku szkolnego jest również smutna, wiecie? Marzenie nieustannie kołatające się gdzieś pomiędzy myślami, aby na chwilę uciec. Gdzieś daleko, zabrać mojego Męża, mojego psa i zaszyć się w miejscu, gdzie nie ma zasięgu. Gdzieś, gdzie mogłabym wyłączyć troski i na chwilę być... wyluzowana. Za mało luzu, za dużo stresu. Zbyt mało miałam czasu na reset... Inaczej - może tego czasu nie było wcale tak mało, ale za tak intensywny rok oczekiwałabym więcej.
Ten rok będzie równie zagoniony. Choć mam takie wrażenie, że będzie lepiej niż w roku poprzednim. Ta najgorsza część magisterki już niemal za mną (obiecuję - sobie, Wam i Pani Promotor), że zakończę niedokończone sprawy do końca października. Jestem na dobrej drodze! Wiele innych spraw również można już odhaczyć jako "wykonane" i tak naprawdę zostaje tego całkiem niewiele. Dałam radę wcześniej, to i teraz rozwalę system. Udowodnię sobie po raz kolejny, że wystarczy chcieć.
Tak poza tym, wszystko jest na właściwym torze. Jestem dziwnie spokojna. Wiem, że to będzie dobry rok. Ciężki, ale dobry. Mam dobre przeczucie.


 

11/09/2016

so close,


Wybrałam już kwiaty i dekoracje.
Coraz bliżej, coraz szybciej zbliża się ten dzień. 
Nasz dzień.
Denerwujesz się?, pytają. 
Nie, ponieważ wiem, że to jest dobre. 
Dobra decyzja i dobre życie tuż tuż, za rogiem. 
Boisz się?, pytają. 
Może trochę tego, że nie podołam wymaganiom, które postawiłam sama sobie.
Przede mną nowe wyzwanie: być najlepszą wersją siebie.
Dla Niego i dla Nas.

To będzie piękny dzień, pełen kolorów i miłości.

Nie mogę się doczekać.






09/06/2016

co miałeś? // depresję.


Cóż. Nadeszła i miażdży potężniej niż dotychczas. Sesja. Well, przez cztery lata studiów nie doświadczyłam takiego hardkoru - uczę się tydzień i jedyne co wiem, to to że nic nie umiem. Nawet tak do końca nie wiem, co powinnam wiedzieć, a czego nie wiem. Serio, językoznawstwo kognitywne jest jakimś mistycznym odłamem czarnej magii.
Ten post powstał po to, abyś świat pewnego dnia się dowiedział, że jeśli już tu nigdy nie zawitam - pokonała mnie kognitywna.Czuję się jak Leonidas pod Termopilami... :(

28/04/2016

furia, wściekłość, brak słów

Wiecie, generalnie to ja dużo narzekam (nawet bardzo dużo... nieistotne), ale koniec końców naprawdę dobrze radzę sobie z życiem. Ogarniam jak stara wyga i nikt mi nie jest w stanie powiedzieć "nie dasz rady, babo", bo mu nie uwierzę. Fajterką jestem z natury i łatwo się nie poddaję. Prędzej czy później dojdę, gdzie chcę.
Ale, do JASNEJ CIASNEJ, jak mi WSZYSTKO w oczy, jak temu biednemu, to nawet mi gacie opadają. 
Bo już ogarnęłam się ze szkołą. Sprawa przestaje wyglądać tak beznadziejnie jak się pierwotnie zapowiadało. Aczkolwiek, haha, magisterka jest w stanie takim jakim była, kiedy ostatnio się meldowałam, czyli że nie istnieje fizycznie. Ale dziś nie o tym.
Wiecie, postanowiliśmy z J. zrobić wspólny krok. Ważny krok dla pary ludzi, w który zaangażowani są (niestety) panowie w długich, czarnych wdziankach. Wszem i wobec oświadczam, że próby dogadania się z nimi jak z ludźmi czasami są wręcz nieludzko trudne.
Zacznijmy od tego, dlaczego używam liczby mnogiej. A z racji tego, że oboje zmienialiśmy miejsca zamieszkania i sakramenty przyjmowaliśmy w różnych miejscach, musimy się dogadać z czterema księżmi (póki co, może dojść jeszcze piąty...); w tym trzech rządzi w znacznej odległości od naszego miejsca zamieszkania. 
Nie byłoby wielkiego armagedonu, gdyby mój proboszcz nie zażyczył sobie 4 miesiące przed ślubem, a nie 3 jak było wcześniej ustalone spisywać protokołu. I informuje mnie o tym właściwie w momencie, kiedy mam DUŻY problem, żeby to ogarnąć. Bo weekend. Bo majówka. Bo WSZYSTKO idzie nie tak. Bo mam tak wypchany grafik w pracy, że ciężko nam obojgu (mi i mojemu narzeczonemu kierowcy) się zgrać, żeby coś załatwić. Eh. 
Bo umówić się z nimi jest gorzej niż z prezydentem. 
Umówić! HA! DODZWONIĆ SIĘ! A jak się dodzwonisz to potraktują cię jak intruza. AUTENTYCZNIE. Dzwoniąc do jednego z biur parafialnych (o dziwo, odebrali!) poczułam się jakbym tej pani przerwała ploteczki. Cała rozmowa trwała pewnie niecałą minutę: ja się wyprodukowałam, co bym chciała uzyskać, na co ona: "biuro parafialne czynne po wieczornej mszy, do widzenia!". Dobrze, że zdążyłam jeszcze zapytać, jaka to godzina, bo jako, że to jedna z tych dalszych parafii zwyczajnie tego NIE WIEM. Okazało się, że jest to od 10 minut po mszy w porywach do 25 minut (jak masz szczęście/Boże błogosławieństwo). Później pocałujesz klamkę. Zamurowało mnie. 
Jak zadzwoniłam do drugiej parafii to mi powiedzieli następująco: w sobotę nie, w niedzielę nie, no jak pani chce to może pani przyjechać jutro wieczorem. Dobrze, że koniec końców, po wszczęciu małego alarmu bombowego przeze mnie, nieziemską panikarę, uda się nam tam wybrać.
Odbiegając od tematu, właściwie w nawiązaniu do tej niemożliwości dodzwonienia się itp - dość skomplikowana sprawa. 
Generalnie to wygląda tak, że jeśli ktoś jest bierzmowany w innej parafii niż był chrzczony, to ta parafia, gdzie odbywa się bierzmowanie ma obowiązek powiadomić tę od chrztu, że ten a tamten się wybierzmował. Prosta sprawa. Jednak nie dla wszystkich. Mój drugi proboszcz tego nie zrobił. Kolejny ksiądz, z którym trzeba się umówić na osobistą audiencję. (a mógł być jeden mniej :( )
Nie mogę się  dowiedzieć, kiedy mogłabym odebrać ten kwit (kolejna wycieczka...), bo nikt nie odbiera... A! I co jeszcze dobre! Ksiądz z parafii gdzie byłam chrzczona poprosił, żebym poprosiła tego drugiego (od bierzmowania), żeby przesłać coś tam do ksiąg. JAK ŻYĆ?! SZOK I NIEDOWIERZANIE. Oni se mogą wysyłać nawzajem a ja mam latać w tę i z powrotem jak nie przyrównując KOT Z PĘCHERZEM?!
Dlaczego jeszcze nikt nie wpadł na to, żeby se to nie wiem.. faxować? Albo jakąś wspólną bazę danych utworzyć? Serio, nie można wysłać listem poleconym za pobraniem? Serio trzeba 9876543 razy jeździć, bo wypis po 3 miesiącach traci ważność?! Serio można się umówić z księdzem przez pół godziny do godziny dziennie WIECZOREM?
 Albo grubo, albo grubo. 

Swoją drogą, w przyszłym tygodniu już pewnie zbiorę te dokumenty i będzie po krzyku. Ale! Mam nadzieję, że one "nie stracą ważności", bo w dniu ślubu będą starsze niż 3 miesiące. No chyba mnie piorun wtedy strzeli i się zachlastam plastikowym widelcem... Przeżegnam się lewym kolanem i zapadnę się pod ziemię. 
Trzymajcie za mnie kciuki! Jadę na misję!

Ale się rozpisałam. Co ta frustracja robi z człowiekiem...

na koniec ładne kwiatki, żeby nie było tak dołująco

22/04/2016

if it is important to you, you will find a way //


Siedzę i siedzę, myślę i myślę... chciałoby się zaśpiewać. Zadumałam się nad myślą obok, dlatego tak intensywnie myślę. (czujecie? mój mózg trybi
Tak, zupa po raz kolejny dała mi psychiczne wciery.
A przydałoby się z-r-o-b-i-ć coś... tak dla odmiany.
No ok, jeden esej poleciał i chyba trochę osiadłam na laurach. Chociaż... też tak nie do końca! Czytam, w jaki sposób ma być napisana kolejna praca.Co więcej, chyba nawet wiem, co poeta miał na myśli pisząc ten rozdział. Nie mam pojęcia, co pił. Cokolwiek to nie było, powinien to odstawić, bo chyba źle na niego (a może na nią?) działa. Przeczytałam też DWA artykuły (bo do napisania pracy takowego potrzebuję). Pojawił się teraz jednak problem... nie wiem, który wybrać...

czy to już szukanie wymówki czy jeszcze nie?

proszę mi wybaczyć niecenzuralność obrazka
ale to w możliwie najdelikatniejszy sposób
oddaje moje uczucia
Tak swoją drogą stałam się mistrzem wymówek... bo nie mam czasu. bieedna dina.
WALNIJ SIĘ BABO W ŁEPETYNĘ I WEŹ SIĘ DO ROBOTY! - wrzeszczy moje sumienie... a ja bezceremonialnie je... olewam? chyba należy postawić sprawę jasno. jestem olewaczem :(
Wyciągam wszystkie poboczne questy byleby tylko nie zabierać się za mgr.. chociaż coś robię -.- 
i kiedy wydaje mi się, że trzymam lejce i jakoś już to ogarniam, to dostaje po bani i życie robi mi o tak:

 W razie, gdyby ktoś pytał, co się stało mojemu blogowi, że tak zczerniał to nie, to nie jest żałoba nad moją nieistniejącą magisterką... po prostu:

 
____________________________________________

a może by tak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?



hahahha, nie mam czasu

20/04/2016

wkurzam się, bo w moją w-o-l-n-ą sobotę będę musiała specjalnie pofatygować się do gdańska, żeby uczestniczyć w godzinnym (czy tam półtora godzinnym...) wykładzie na temat ochrony własności intelektualnej.
było by wszystko "wporzo", gdybym miała wtedy zjazd. 
ale nie mam.
mam za to od zahukania roboty. a oni se myślą, że mogą mi trzy godziny wyciągnąć z życiorysu.
nie rozumiem toku ich rozumowania...
wkurzam się, bo już raz miałam ten wykład, na licencjacie.
"pani dziekan nie przepisuje" "niech pani zadzwoni do pro dziekana"
kiss my a.... bubki uczelniane

pieję z dumy - jeden esej napisałam i puściłam mejlem

jedna kosa nad głową mniej. urosły mi skrzydła! dam radę!






13/04/2016

deep breath,

well. 5:20
Człowiek bardzo szybko przyzwyczaja się pewnych rzeczy. Co prawda,  kwestią krótszej lub dłuższej chwili, później przyzwyczaja się do zmiany, nieuchronnej i nagłej. 
Głupie sprawy... wracasz z miasta i zamiast w kierunku nowego domu, chcesz iść na stare osiedle. Nagle uświadamiasz sobie "kurdefeler, co ja robię?" i zawracając na pięcie obierasz właściwy kierunek. Dzwonisz, żeby zamówić gaz i podajesz dostawcy zamienione ze sobą numery domu i mieszkania (wiecie, na zasadzie, dla przykładu zamiast powiedzieć 8/7, ja mówię 7/8). Dzwonisz, żeby zamówić obiad, bo nadal nie masz gazówki w domu (długa historia...) i zamawiasz na dobre numery (jest progres!), ale na stare osiedle.
I to wszystko jednego dnia!
Podobno człowiek musi coś powtarzać regularnie przez 21 dni, żeby coś mu weszło w nawyk.
Well, bliżej niż dalej. Jest nadzieja, że w końcu zapamiętam na jaki adres zamówić pizzę, haha!
Jednak dziś, kiedy musiałam wstać pół godziny wcześniej (cóż, nie można mieć wszystkiego, mam trochę dalej do pracy) i kiedy szłam rano przez całe miasto, dostrzegłam, że ono wcale nie jest takie... martwe jak mi się wydawało. Minęłam całą masę ludzi, zupełnie nowych i tym samym zupełnie odlotowych. Chodząc do pracy ze starego mieszkania, przechodziłam tylko przez szkolne boisko, na którym o tej porze nie było ani żywego ducha. Niezwykle miła odmiana, zobaczyć z rana jakiegoś człowieka.
Co poza tym? Wybrałam się w poniedziałek do krawcowej, pogadać o sukience. W końcu coś wiadomo. Nadal niewiele, ale to więcej niż nic.
Codziennie wymyślam nowe rozwiązania... co by tu jeszcze zmajstrować... 
Więc tak, jest progres.A ja lubię iść do przodu.


PS: Wczoraj popełniłam pranie roku. Mam placu na dwie suszarki a kosz na pranie wołał o pomstę do nieba. Jestem z siebie dumna. Jeszcze tylko jedno... albo dwa?
PS2: Wiosna powoli dociera również do nas. Robi się zielono.


PS3: Magisterka nadal leży i kwiczy. Ale cały czas o niej myślę!

09/04/2016

to nie tak,

I'M BACK!

Cóż.... Niewiele mam na swoje usprawiedliwienie. Bo czym można usprawiedliwić ponad roczną nieobecność na blogu? Co się takiego ważnego musi stać, żeby nie pisać? Żebym ja nie pisała? Nie wiem, co się ze mną działo. I chyba trochę się tego przestraszyłam. Dina - kobieta pisząca i nie pisząca. Coś mi tu nie grało.
Ostatnio coraz częściej zaczęłam tu zaglądać i czytać moje stare wpisy. Z sentymentem uśmiechałam  się do monitora, przypominając sobie jak wielką frajdę mi to sprawiało. 
W ramach przemyśleń i drobnego... rachunku sumienia, stwierdziłam, że zawsze tu wracam, kiedy coś się zmieni.
Co zmieniło się od naszego ostatniego razu?

Zaczęłam studia magisterskie. Pozostałam wierna UGandzie oraz mojej ukochanej filologii. Odrobinę się zagotowałam, kiedy dowiedziałam się, że w przyszłym roku mają ruszyć zaoczne ze specjalizacją. No cóż, przeżyję. Licencjat miałam bez specjalizacji, to i magisterskie ogarnę. Aby tradycji stało się za dość - znów się wkopałam z tematem (choć wydaje mi się, że jest mniej nieludzki niż mój licencjat), mam problem z literaturą... i generalnie problem ze zmuszeniem się do pisania. Jak zwykle. Już widzę powtórkę z rozrywki - płacz i zgrzytanie zębów i tępe spojrzenie na pustą kartkę i ten frustrujący, migający kursor. Ostatnio zaszczyciłam moją promotor planem pracy. Weszłam po dziewczynie, która miała już chyba 10 stron zapisanych. Mina pani promotor - bezcenna. Aczkolwiek, potraktowała mnie z wielką wyrozumiałością. Chwała jej za to! Zacznę pisać, I promise! Jak tylko... skończę z przeprowadzką. Tak, znów to zrobiliśmy! Daliśmy radę! Dokładnie dwa lata spędziliśmy w mieszkaniu przy lesie, z ćwierkającymi ptaszkami za oknem. Muszę przyznać, że się związałam z tamtym mieszkaniem. Mając poprzednie doświadczenia, stwierdzam, że ta przeprowadzka o wiele więcej nas kosztowała. Była bardziej męcząca i wymagająca. Nie miałam pojęcia, że człowiek jest w stanie zmagazynować tak niewyobrażalnie wielką ilość... rzeczy! Mam teraz problem, żeby to wszystko z powrotem wepchnąć do szaf... Wczoraj, kiedy w końcu usiedliśmy... poczułam, że to dopiero początek, bo jeszcze dłuuuga droga przed nami. Ale! Widzę światełko i jest dobrze. Mogę to powiedzieć z czystym sumieniem - jest dobrze. Jestem szczęśliwa. Przed nami kolejny etap. Dziś rano, kiedy się obudziłam, nie wiedziałam gdzie jestem, ale to tylko kwestia przyzwyczajenia. 
Do dobrych rzeczy człowiek przyzwyczaja się bardzo szybko. :)




  kilka migawek z ostatnich dni

Czeka mnie intensywny rok. Mam wiele planów i celów do zrealizowania. Wiele się zmieni w moim życiu... w naszym życiu.



Już nie mogę się doczekać!



C Z Y T E L N I C Y