28/04/2016

furia, wściekłość, brak słów

Wiecie, generalnie to ja dużo narzekam (nawet bardzo dużo... nieistotne), ale koniec końców naprawdę dobrze radzę sobie z życiem. Ogarniam jak stara wyga i nikt mi nie jest w stanie powiedzieć "nie dasz rady, babo", bo mu nie uwierzę. Fajterką jestem z natury i łatwo się nie poddaję. Prędzej czy później dojdę, gdzie chcę.
Ale, do JASNEJ CIASNEJ, jak mi WSZYSTKO w oczy, jak temu biednemu, to nawet mi gacie opadają. 
Bo już ogarnęłam się ze szkołą. Sprawa przestaje wyglądać tak beznadziejnie jak się pierwotnie zapowiadało. Aczkolwiek, haha, magisterka jest w stanie takim jakim była, kiedy ostatnio się meldowałam, czyli że nie istnieje fizycznie. Ale dziś nie o tym.
Wiecie, postanowiliśmy z J. zrobić wspólny krok. Ważny krok dla pary ludzi, w który zaangażowani są (niestety) panowie w długich, czarnych wdziankach. Wszem i wobec oświadczam, że próby dogadania się z nimi jak z ludźmi czasami są wręcz nieludzko trudne.
Zacznijmy od tego, dlaczego używam liczby mnogiej. A z racji tego, że oboje zmienialiśmy miejsca zamieszkania i sakramenty przyjmowaliśmy w różnych miejscach, musimy się dogadać z czterema księżmi (póki co, może dojść jeszcze piąty...); w tym trzech rządzi w znacznej odległości od naszego miejsca zamieszkania. 
Nie byłoby wielkiego armagedonu, gdyby mój proboszcz nie zażyczył sobie 4 miesiące przed ślubem, a nie 3 jak było wcześniej ustalone spisywać protokołu. I informuje mnie o tym właściwie w momencie, kiedy mam DUŻY problem, żeby to ogarnąć. Bo weekend. Bo majówka. Bo WSZYSTKO idzie nie tak. Bo mam tak wypchany grafik w pracy, że ciężko nam obojgu (mi i mojemu narzeczonemu kierowcy) się zgrać, żeby coś załatwić. Eh. 
Bo umówić się z nimi jest gorzej niż z prezydentem. 
Umówić! HA! DODZWONIĆ SIĘ! A jak się dodzwonisz to potraktują cię jak intruza. AUTENTYCZNIE. Dzwoniąc do jednego z biur parafialnych (o dziwo, odebrali!) poczułam się jakbym tej pani przerwała ploteczki. Cała rozmowa trwała pewnie niecałą minutę: ja się wyprodukowałam, co bym chciała uzyskać, na co ona: "biuro parafialne czynne po wieczornej mszy, do widzenia!". Dobrze, że zdążyłam jeszcze zapytać, jaka to godzina, bo jako, że to jedna z tych dalszych parafii zwyczajnie tego NIE WIEM. Okazało się, że jest to od 10 minut po mszy w porywach do 25 minut (jak masz szczęście/Boże błogosławieństwo). Później pocałujesz klamkę. Zamurowało mnie. 
Jak zadzwoniłam do drugiej parafii to mi powiedzieli następująco: w sobotę nie, w niedzielę nie, no jak pani chce to może pani przyjechać jutro wieczorem. Dobrze, że koniec końców, po wszczęciu małego alarmu bombowego przeze mnie, nieziemską panikarę, uda się nam tam wybrać.
Odbiegając od tematu, właściwie w nawiązaniu do tej niemożliwości dodzwonienia się itp - dość skomplikowana sprawa. 
Generalnie to wygląda tak, że jeśli ktoś jest bierzmowany w innej parafii niż był chrzczony, to ta parafia, gdzie odbywa się bierzmowanie ma obowiązek powiadomić tę od chrztu, że ten a tamten się wybierzmował. Prosta sprawa. Jednak nie dla wszystkich. Mój drugi proboszcz tego nie zrobił. Kolejny ksiądz, z którym trzeba się umówić na osobistą audiencję. (a mógł być jeden mniej :( )
Nie mogę się  dowiedzieć, kiedy mogłabym odebrać ten kwit (kolejna wycieczka...), bo nikt nie odbiera... A! I co jeszcze dobre! Ksiądz z parafii gdzie byłam chrzczona poprosił, żebym poprosiła tego drugiego (od bierzmowania), żeby przesłać coś tam do ksiąg. JAK ŻYĆ?! SZOK I NIEDOWIERZANIE. Oni se mogą wysyłać nawzajem a ja mam latać w tę i z powrotem jak nie przyrównując KOT Z PĘCHERZEM?!
Dlaczego jeszcze nikt nie wpadł na to, żeby se to nie wiem.. faxować? Albo jakąś wspólną bazę danych utworzyć? Serio, nie można wysłać listem poleconym za pobraniem? Serio trzeba 9876543 razy jeździć, bo wypis po 3 miesiącach traci ważność?! Serio można się umówić z księdzem przez pół godziny do godziny dziennie WIECZOREM?
 Albo grubo, albo grubo. 

Swoją drogą, w przyszłym tygodniu już pewnie zbiorę te dokumenty i będzie po krzyku. Ale! Mam nadzieję, że one "nie stracą ważności", bo w dniu ślubu będą starsze niż 3 miesiące. No chyba mnie piorun wtedy strzeli i się zachlastam plastikowym widelcem... Przeżegnam się lewym kolanem i zapadnę się pod ziemię. 
Trzymajcie za mnie kciuki! Jadę na misję!

Ale się rozpisałam. Co ta frustracja robi z człowiekiem...

na koniec ładne kwiatki, żeby nie było tak dołująco

22/04/2016

if it is important to you, you will find a way //


Siedzę i siedzę, myślę i myślę... chciałoby się zaśpiewać. Zadumałam się nad myślą obok, dlatego tak intensywnie myślę. (czujecie? mój mózg trybi
Tak, zupa po raz kolejny dała mi psychiczne wciery.
A przydałoby się z-r-o-b-i-ć coś... tak dla odmiany.
No ok, jeden esej poleciał i chyba trochę osiadłam na laurach. Chociaż... też tak nie do końca! Czytam, w jaki sposób ma być napisana kolejna praca.Co więcej, chyba nawet wiem, co poeta miał na myśli pisząc ten rozdział. Nie mam pojęcia, co pił. Cokolwiek to nie było, powinien to odstawić, bo chyba źle na niego (a może na nią?) działa. Przeczytałam też DWA artykuły (bo do napisania pracy takowego potrzebuję). Pojawił się teraz jednak problem... nie wiem, który wybrać...

czy to już szukanie wymówki czy jeszcze nie?

proszę mi wybaczyć niecenzuralność obrazka
ale to w możliwie najdelikatniejszy sposób
oddaje moje uczucia
Tak swoją drogą stałam się mistrzem wymówek... bo nie mam czasu. bieedna dina.
WALNIJ SIĘ BABO W ŁEPETYNĘ I WEŹ SIĘ DO ROBOTY! - wrzeszczy moje sumienie... a ja bezceremonialnie je... olewam? chyba należy postawić sprawę jasno. jestem olewaczem :(
Wyciągam wszystkie poboczne questy byleby tylko nie zabierać się za mgr.. chociaż coś robię -.- 
i kiedy wydaje mi się, że trzymam lejce i jakoś już to ogarniam, to dostaje po bani i życie robi mi o tak:

 W razie, gdyby ktoś pytał, co się stało mojemu blogowi, że tak zczerniał to nie, to nie jest żałoba nad moją nieistniejącą magisterką... po prostu:

 
____________________________________________

a może by tak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?



hahahha, nie mam czasu

20/04/2016

wkurzam się, bo w moją w-o-l-n-ą sobotę będę musiała specjalnie pofatygować się do gdańska, żeby uczestniczyć w godzinnym (czy tam półtora godzinnym...) wykładzie na temat ochrony własności intelektualnej.
było by wszystko "wporzo", gdybym miała wtedy zjazd. 
ale nie mam.
mam za to od zahukania roboty. a oni se myślą, że mogą mi trzy godziny wyciągnąć z życiorysu.
nie rozumiem toku ich rozumowania...
wkurzam się, bo już raz miałam ten wykład, na licencjacie.
"pani dziekan nie przepisuje" "niech pani zadzwoni do pro dziekana"
kiss my a.... bubki uczelniane

pieję z dumy - jeden esej napisałam i puściłam mejlem

jedna kosa nad głową mniej. urosły mi skrzydła! dam radę!






13/04/2016

deep breath,

well. 5:20
Człowiek bardzo szybko przyzwyczaja się pewnych rzeczy. Co prawda,  kwestią krótszej lub dłuższej chwili, później przyzwyczaja się do zmiany, nieuchronnej i nagłej. 
Głupie sprawy... wracasz z miasta i zamiast w kierunku nowego domu, chcesz iść na stare osiedle. Nagle uświadamiasz sobie "kurdefeler, co ja robię?" i zawracając na pięcie obierasz właściwy kierunek. Dzwonisz, żeby zamówić gaz i podajesz dostawcy zamienione ze sobą numery domu i mieszkania (wiecie, na zasadzie, dla przykładu zamiast powiedzieć 8/7, ja mówię 7/8). Dzwonisz, żeby zamówić obiad, bo nadal nie masz gazówki w domu (długa historia...) i zamawiasz na dobre numery (jest progres!), ale na stare osiedle.
I to wszystko jednego dnia!
Podobno człowiek musi coś powtarzać regularnie przez 21 dni, żeby coś mu weszło w nawyk.
Well, bliżej niż dalej. Jest nadzieja, że w końcu zapamiętam na jaki adres zamówić pizzę, haha!
Jednak dziś, kiedy musiałam wstać pół godziny wcześniej (cóż, nie można mieć wszystkiego, mam trochę dalej do pracy) i kiedy szłam rano przez całe miasto, dostrzegłam, że ono wcale nie jest takie... martwe jak mi się wydawało. Minęłam całą masę ludzi, zupełnie nowych i tym samym zupełnie odlotowych. Chodząc do pracy ze starego mieszkania, przechodziłam tylko przez szkolne boisko, na którym o tej porze nie było ani żywego ducha. Niezwykle miła odmiana, zobaczyć z rana jakiegoś człowieka.
Co poza tym? Wybrałam się w poniedziałek do krawcowej, pogadać o sukience. W końcu coś wiadomo. Nadal niewiele, ale to więcej niż nic.
Codziennie wymyślam nowe rozwiązania... co by tu jeszcze zmajstrować... 
Więc tak, jest progres.A ja lubię iść do przodu.


PS: Wczoraj popełniłam pranie roku. Mam placu na dwie suszarki a kosz na pranie wołał o pomstę do nieba. Jestem z siebie dumna. Jeszcze tylko jedno... albo dwa?
PS2: Wiosna powoli dociera również do nas. Robi się zielono.


PS3: Magisterka nadal leży i kwiczy. Ale cały czas o niej myślę!

09/04/2016

to nie tak,

I'M BACK!

Cóż.... Niewiele mam na swoje usprawiedliwienie. Bo czym można usprawiedliwić ponad roczną nieobecność na blogu? Co się takiego ważnego musi stać, żeby nie pisać? Żebym ja nie pisała? Nie wiem, co się ze mną działo. I chyba trochę się tego przestraszyłam. Dina - kobieta pisząca i nie pisząca. Coś mi tu nie grało.
Ostatnio coraz częściej zaczęłam tu zaglądać i czytać moje stare wpisy. Z sentymentem uśmiechałam  się do monitora, przypominając sobie jak wielką frajdę mi to sprawiało. 
W ramach przemyśleń i drobnego... rachunku sumienia, stwierdziłam, że zawsze tu wracam, kiedy coś się zmieni.
Co zmieniło się od naszego ostatniego razu?

Zaczęłam studia magisterskie. Pozostałam wierna UGandzie oraz mojej ukochanej filologii. Odrobinę się zagotowałam, kiedy dowiedziałam się, że w przyszłym roku mają ruszyć zaoczne ze specjalizacją. No cóż, przeżyję. Licencjat miałam bez specjalizacji, to i magisterskie ogarnę. Aby tradycji stało się za dość - znów się wkopałam z tematem (choć wydaje mi się, że jest mniej nieludzki niż mój licencjat), mam problem z literaturą... i generalnie problem ze zmuszeniem się do pisania. Jak zwykle. Już widzę powtórkę z rozrywki - płacz i zgrzytanie zębów i tępe spojrzenie na pustą kartkę i ten frustrujący, migający kursor. Ostatnio zaszczyciłam moją promotor planem pracy. Weszłam po dziewczynie, która miała już chyba 10 stron zapisanych. Mina pani promotor - bezcenna. Aczkolwiek, potraktowała mnie z wielką wyrozumiałością. Chwała jej za to! Zacznę pisać, I promise! Jak tylko... skończę z przeprowadzką. Tak, znów to zrobiliśmy! Daliśmy radę! Dokładnie dwa lata spędziliśmy w mieszkaniu przy lesie, z ćwierkającymi ptaszkami za oknem. Muszę przyznać, że się związałam z tamtym mieszkaniem. Mając poprzednie doświadczenia, stwierdzam, że ta przeprowadzka o wiele więcej nas kosztowała. Była bardziej męcząca i wymagająca. Nie miałam pojęcia, że człowiek jest w stanie zmagazynować tak niewyobrażalnie wielką ilość... rzeczy! Mam teraz problem, żeby to wszystko z powrotem wepchnąć do szaf... Wczoraj, kiedy w końcu usiedliśmy... poczułam, że to dopiero początek, bo jeszcze dłuuuga droga przed nami. Ale! Widzę światełko i jest dobrze. Mogę to powiedzieć z czystym sumieniem - jest dobrze. Jestem szczęśliwa. Przed nami kolejny etap. Dziś rano, kiedy się obudziłam, nie wiedziałam gdzie jestem, ale to tylko kwestia przyzwyczajenia. 
Do dobrych rzeczy człowiek przyzwyczaja się bardzo szybko. :)




  kilka migawek z ostatnich dni

Czeka mnie intensywny rok. Mam wiele planów i celów do zrealizowania. Wiele się zmieni w moim życiu... w naszym życiu.



Już nie mogę się doczekać!



C Z Y T E L N I C Y