26/12/2016

podły rok, zły rok,

Do pewnego momentu brałam to wszystko na klatę. Taka kolej rzeczy. Tak już jest.
Ten rok był przełomowy pod wieloma względami - kolejna przeprowadzka, Nasz Ważny Dzień (matko, już trzy miesiące minęły #szczęśliważona), rozpoczęłam ostatni rok studiów #jaknarazie... Nie ma co ukrywać, ten rok był dla mnie szczególny... Ale żeby zabierać  tyle osób bliskich dinowemu serduszku... Do jasnej cholery, 2016 - przeginasz!
Dlatego dziś, kiedy czara goryczy przelała się, dina będzie wspominać.

Let's Dance, Bowie (1947 - 2016)



Nikt, jak jak Bowie i jedna lampka za dużo różowego Carlo Rossi, nie podnosi mnie do tańca i nie zawija mną po całym parkiecie. Beznadziejnie zakochana w jego oczach, w Fame i sobotnich podrygach z mopem w jego zacnym towarzystwie. Tak, Bowie nawet sprzątanie potrafił zamienić w krótki bal.


 - Always. (1946 - 2016)

Image: Warner Bros.
Nie zdążyłam się ogarnąć po śmierci Bowiego a tu nagle spadła na mnie taka bomba, że zakwiliłam tak gorzko, że pewnie słyszano mnie aż na Saharze. Śmierć Rickmana - mojego Snape'a, mojej świątecznej gwiazdki z Love Actually. Za każdym razem płaczę, kiedy oglądam Pottera i umiera Snape. Tak samo płakałam, kiedy zmarł Rickman. No nie mogę. Po prostu nie.



Last Christmas (1963-2016)


Śmierć George'a Michaela w Boże Narodzenie? Chyba bardziej ironicznie się nie dało. Nie dalej jak cztery dni temu nuciłam sobie to cholerne Last Christmas pod nosem, pisząc post. "Ale pięknie by tu pasowało" - myślała - "Faktycznie, takie last chrismas". No i masz, takie last christmas, że diabli bombki wzięli. I to tak niespodziewanie! Człowiek wchodzi rano na fejsa, a tu tablica ocieka linkami do Last Christmas i newsami z portali muzycznych i różnych innych, że George Michael zmarł 25 grudnia 2016 roku... i takie "SAY WHAT?!" Tego już za wiele!
Z tej racji w Sylwestra odtańczę takie Wake me up... jakiego ten świat jeszcze nie widział. George, będziesz ze mnie dumny! Taniec życia, aby ten 2017 był bardziej łaskawy!



 Zostawiam was z moją listą smutku i żalu
Dziś słucham George'a i oglądam Love Actually.  




 

24/12/2016

22/12/2016

smaki i zapachy, niezapomniane widoki //

Zawirowaliśmy w szaleństwie tej gwiazdkowej magii. Tańczymy, pędząc chodnikami, aby zdążyć, aby zdążyć... jeszcze tyle do zrobienia, jeszcze o tak wielu rzeczach trzeba pamiętać! Na ulicach pachnie choinką, lśnią lampki, mróz szczypie w nos. 
A ja stoję gdzieś po środku i zaciągam się chwilami. Pochłaniam zapachy i choinkowe światło. Oddycham spokojem i radością, która kiełkuje we mnie i otula mnie ciepłem. Już nie biegnę. Dziś cieszę się kolejnymi sekundami, które przepuszczam przez palce, podziwiając ich czar. Otula mnie muzyka i cisza, i świąteczna magia we mnie gra.

Coś do mnie dotarło. Już wiem, skąd we mnie tyle pasji i tyle szaleństwa w ten świąteczny. Już wiem, dlaczego od kilkunastu dni szaleję z papierem i wstążeczkami, choinką i światełkami. Wiem już, dlaczego nie mogę się doczekać się tych chwil, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Już wiem, dlaczego cieszę się każdą najmniejszą chwilą i lampką na choince. Już wiem, skąd ten niespodziewany "stop" i radosne oczekiwanie. Już wiem, dlaczego tak chłonę wszystko wokół mnie. Myślę, że to ostatnie takie święta.





Kochani!
Życzę Wam wszystkim i każdemu z osobna
dużo miłości, która pozwala góry przenosić,
dużo ciepła i spokoju w te mroźne, zimowe dni.
Życzę Wam zdrowia i uśmiechu,
szczęścia oraz pięknych i niezapomnianych chwil,
którymi będziecie cieszyć się w ukochanym gronie. 

Całuję, Dina.

14/12/2016

cheap thrills,

Ultra-produktywny dzień dziś mam. Ch*jowa Pani Chlewu transformowała dziś w Perfekcję i Królową Domowej Rezydencji Państwa K. Osiągnęłam wyższy level mocy życiowych, złapałam za mop, odkurzacz, CIF i ściery i zaserwowałam naszemu gniazdku kąpiel bąbelkową najwyższej klasy. Hacjenda lśni jak choinkowe bombki - brokat, cekiny, tęcza i jednorożce - mogę wywalić kopyta na kanapę i wyrzucić z siebie kilka słów.

source
Z połową grudnia ludzi ogarnia szaleństwo. Kolejki w sklepach są dobijające, zwłaszcza jak chce się kupić tylko ser i bułki, ale chociaż świątecznie-lampkowo-choinkowo stało się na ulicach. Szare miasteczko, w którym mieszkam, przeistoczyło się w migotliwą krainę rodem z bajki.
Mnie trochę też ogarnął szał: choinka stoi od tygodnia (ale ja się muszę nią nacieszyć!) a moje tegoroczne pakowanie prezentów - poziom taki harkorowy jak hardkorowy koksu. Kokardki, wstążeczki, naklejki, full opcja. 
No tak, święta za pasem, za to  ja mam w pasie coraz więcej i chyba niedługo mieścić się w drzwiach. Dziś jedna z pań, która pracuje w tej samej firmie co ja stwierdziła, że "palić w ciąży nie wypada". Nie wiedziałam, że to aż tak hahah :D Trochę śmiechłam :D Chciałam poczekać do Nowego Roku, ale chyba jednak trzeba będzie szybciej się ogarnąć, zanim zacznę się turlać. :D Zacznę od bujania się/tańczenia/dziwacznych wygibasów na kanapie albo z mopem. Myślicie, że to się liczy?:D 
Decyzja o urlopie naukowym w toku. Stwierdziłam, że to jedyne wyjście. Czekam na sygnał z góry. Stąd też mój zryw sprzątaniowy. Wiecie, umyj okna dla Jezusa to jedno, ale... Znacie to, zacznę pisać magisterkę, jeszcze tylko pustynię pozamiatam - staram się temu zapobiec :D Jakby nie było, to będą tylko (albo aż, zależy jak na to spojrzeć) cztery dni szaleńczego wyścigu z czasem - nie chcę więc tracić ich na jakieś tam odkurzanie piwnicy czy szorowanie fug patyczkami do uszu, c'nie?:D

source

Wygląda na to, że moje życie kręci się tylko wokół pracy, sprzątania i magisterki. Well, chyba chwilowo przybrało taki obrót, ale ale! Wszystko jest przejściowe, słońce, deszcz, tęcza i fajerwerki, czy jakoś tak. 
Umilamy sobie z piesią ten długi, grudniowy wieczór muzyczką Sii (wybaczcie sąsiedzi moje kocie zawodzenie, ale nie mogę się powstrzymać!) i lampkami choinkowymi. Muszę jeszcze przekopać się przez moją szafę i doprowadzić ją do stanu względnej używalności. I poczytać coś z socjolingwistyki... wtedy będę spełniona. :D

kilka migawek z ostatnich dni



💖

05/12/2016

on hold,



Kochani! Bądźcie mądrzy i pamiętajcie: im bliżej, tym dalej! Już pędzę z wyjaśnieniami, bo w tym momencie zapewne brzmię jakbym była niespełna rozumu...

Musimy cofnąć się do środy, 30 listopada, kiedy to o 12:30 wyruszyliśmy z moim Mężem w podróż po marzenie. Wiecie, jak mówią: Poznań - miasto doznań. Wymarzyłam sobie, że wyjedziemy wcześniej, tak żeby jeszcze przed rozpoczęciem koncertu zdążyć pójść na starówkę, zjeść jakiś dobry obiad w przytulnym miejscu, pójść na koncert i po nim równie szybko, gładko i przyjemnie wrócić do domu... wiecie, spędzić miły czas we dwoje...

niedoczekanie moje!

Ja jedno mogę stwierdzić na pewno: podróż do Poznania daje człowiekowi takie doznania, że od razu chce się wracać do domu!
Planowałam trasę już od poniedziałku, wyglądała na całkiem sensowną. Prosta droga, kilometrowo też całkiem fajnie, przewidywany czas podróży - bajka! Tym bardziej, że właśnie tę trasę polecał mi znajomy. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Zwarci i gotowi, wyruszyliśmy. Zaczęło się nieźle. Właściwie pierwsza godzina podróży była całkiem normalna. Nawet słonko wyszło zza chmurki. Pod górkę zaczęło się robić kiedy wyjechaliśmy za Chojnice. Nagle skończył się świat, zaczęła się ciągnąć przed nami puszcza. Usiana dziurami droga  przypominała bardziej ser szwajcarski niż jezdnię. Drzewa, drzewa, jeszcze więcej drzew. Cholera! - pomyślałam.- Gdzie ja nas wyprowadziłam?! (bo na pewno nie w pole!)
Dostrzegłam coś zabawnego. Kiedy już wyjechaliśmy z tej polskiej dżungli zaczęły się wsie. Ale słuchajcie! Ja jeszcze takich wsi nie widziałam. Ani żywej duszy! W domach ciemno. Chciałam nawet zapytać o drogę, bo zwątpiłam w GPSa, ale nie było kogo... Były za to straże pożarne. Jedna czerwona buda wielkości przystanku autobusowego niemal w każdej wsi. Jak to mój Mąż stwierdził, te budynki chyba jako pierwsze potrzebowałyby strażaków w przypadku pożaru...
Największym hardkorem okazała się jednak wieś, w której na całej długości jezdnia była skuta żywym lodem. Takim lodem, że ryliśmy po nim podwoziem i, jak się później okazało, uszkodziliśmy sobie coś. To coś sprawia, że teraz w kabinie śmierdzi benzyną. I generalnie coś tam cieknie. Jestem niepocieszona.
Jadąc trzecią godzinę przez te wsie/przez las zaczęło nas to nużyć. Początkowo GPS pokazywał, że będziemy jechać trochę więcej niż 4.5 godziny z domu do Poznania. Po przejechaniu czterech, GPS nadal pokazywał dwie i jeszcze więcej wsi. Złapaliśmy się za głowy. 
Koniec końców jakoś dojechaliśmy na miejsce po prawie sześciu godzinach. Gdyby nie było tego paskudnego błota na chodnikach, pewnie całowałabym ziemię. Wykorzystując fakt, że otwarcia bram została nam aż godzina, poszliśmy na szybkości wszamać coś w Maku (do którego, swoją drogą, też zgubiliśmy drogę). To by było na tyle, jeśli chodzi o romantyczny wieczór we dwoje. 
Na szczęście, koncert był udany i spędziłam miło czas. The xx utwierdziło mnie w przekonaniu, że ociekają muzycznym geniuszem. Niestety, okazało się, że mój Mąż nie podziela mojego muzycznego entuzjazmu i trochę się wynudził. Chyba będę musiała mu jakiś pomnik postawić, bo ten wyjazd to było nie lada poświęcenie dla niego :D
Drogę powrotną jechaliśmy do domu autostradą i super-szerokimi, gładkimi krajówkami. Zrobiliśmy dobre 30 km więcej, ale jechaliśmy tylko 4,5 godziny. Umilaliśmy sobie czas graniem w gry (żeby nie zasnąć, podświadoma aktywacja mózgu :D). Dojechaliśmy do domu po trzeciej, bo ostatnie kilometry przed celem okazało się, że na ulicy jest szklanka - jechaliśmy 40km/h :D 

Także tego... cieszę się, że jakoś przeżyliśmy tę podróż. Wniosek jest jeden: nigdy więcej nie pojedziemy samochodem na koncert do Poznania :D

PS: Jak się okazało, źle skręciliśmy na rondzie w Chojnicach.. cóż :)

C Z Y T E L N I C Y