08/07/2017

summer autumn,

Pierwsza, krótsza część urlopu już za mną. Zresetowałam się trochę po trudach ostatnich kilku miesięcy, które dnia 28 czerwca zwieńczyłam obroną na piątkę. Jeste magistre. W końcu. Daję wam znać, bo tyle o tej pracy i obronie ględziłam przez ostatni rok, że wypadałoby wspomnieć, że już nie będę ględzić, bo to już KOOOONIEC.
Znaczy, chętnie bym jeszcze postudiowała (i pewnie jeszcze wrócę na uczelnię), ale już miałam TAK BARDZO DOŚĆ tej pracy, że na ten moment jestem mega szczęśliwa. I spełniona.
Pogoda niestety na Kaszubach nie rozpieszcza, więc urlop, poza kilkoma dniami, które były w miarę, spędzam zawinięta w kocowe burrito na kanapie nadrabiając zaległe książki i masowo pochłaniając Orange is the new black (uwaga, uzależnia!). 
Jakbyście zobaczyli mój letni outfit, poskładalibyście się ze śmiechu. Golf, koc, ciepłe kapciuchy i grzaniec. Jest taka zimnica, że nie możemy chałupy dogrzać. Nie pozostaje nic innego, jak przytulić się do leżącego obok 36.6 i mieć nadzieję, że paluchy z zimna nie odpadną.
Powoli schodzę z moich zaległych książek jak pisałam, także jak macie coś fajnego do polecenia na wakacje, to napiszcie w komentarzu - szukam inspiracji :) 
A, i jak znacie jakieś warte odwiedzenia miejsca na trasie Gdańsk - Olsztyn bądź Olsztyn -  Łomża to też możecie coś fajnego podpowiedzieć, za każdą sugestię stokrotne merci :)

source

16/06/2017

wiekopomna chwila,

Dzisiejszy dzień był swego rodzaju ukoronowaniem rozdziału mojego życia pt "Magisterka". To jeszcze co prawda nie koniec, bo przede mną jeszcze obrona, ale dziś to do mnie tak na poważnie dotarło. Że już skończyłam pisać. Że zaliczyłam rok. Poszłam oprawić moje dzieło życia. Zebrałam do kupy i spakowałam cały plik świstków, których będę potrzebowała jutro w dziekanacie. Poszłam zrobić dorosłe zdjęcie. Jutro jadę na uczelnie, prawdopodobnie ostatni raz przed obroną.
Spojrzałam na tę pracę, przewertowałam kartki. Cholernie dużo pracy mnie to kosztowało. Studia stanowiły jeden z najważniejszych fragmentów mojego życia. Kartka za kartką uświadamiam sobie, że to już koniec tej przygody. Ostatnia prosta. Zaraz przekroczę linię mety.
I pojawia się to natrętne pytanie: co dalej?

A ja nie wiem.

07/06/2017

jak kura na grzędzie, + "Awaria małżeńska" N. Socha, M. Witkiewicz

Ta książka wpadła mi w ręce zupełnie przypadkiem. Na początku trochę sceptycznie nastawiona, wzięłam się jednak za jej lekturę, jako że alternatywą były kryminały, na które zupełnie nie mam na ten moment nastroju. Potrzebowałam czegoś lżejszego. I nie mogłam trafić lepiej.

source
"Awaria małżeńska" jest genialnym zabijaczem czasu. Bardzo szybko się ją czyta (dosłownie w kilka godzin, powaga), jest przyjemna i zabawna. Opowiada ona historię dwóch małżeństw, które nie wyrabiają na życiowych zakrętach, a których los splata się w niecodziennych okolicznościach. Ich życie wywraca się do góry nogami a przed bohaterami pojawia się nie lada wyzwanie: uporać się z nowym porządkiem
Muszę powiedzieć, że ta pełna humoru książka miała dla mnie trochę wymiar terapeutyczny. Wątki z życia codziennego poruszane na łamach tej książki jakoś tak pokazały mi życie domowe w innym świetle. Bo wiecie, ja jestem trochę taką Kurą Domową, która wkurza się czasem, bo Kogut nie garnie się do pomocy w ogarnięciu Kurnika. Na ogół mi to nie przeszkadza, bo jestem Kurą z gatunku "zrobię to lepiej sama", ale momentami opadają mi skrzydła, kiedy przychodzę do domu po porannej zmianie i dosłownie padam na dziób a zastaję istny chlew "bo nic nie mówiłaś". No szlag może trafić. I zrzędzę wtedy jak ta kwoka, i zrzędzę. I psuje to powietrze. I strzelam piorunami. Tylko to zrzędzenie niczego konstruktywnego do życia nie wnosi. I niby to wiem, ale jakbym nie wiedziała. I może na chwilę to zrzędzenie skutkuje, ale nie na długo i nie zawsze. I dalej robię lepiej sama. "Awaria małżeńska" uświadomiła mi, że to zrzędzenie może zalewać oczy atramentem wściekłości i goryczy i nie pozwala dostrzegać, że cholera, może jednak nie mam racji. To trochę tak jak z samospełniającą się przepowiednią. Jakoś tak zobaczyłam, że podchodzę do sprawy nie z tej strony i chyba pora zejść z tej grzędy i przestać zrzędzić. 
Generalnie jak potrzebujecie lekkiej lektury na deszczowe popołudnie (a takie dziś się przynajmniej na Kaszubach zapowiada) albo na przydługą podróż pociągiem to naprawdę niezła opcja. Co prawda myślę, że niejeden tata mógłby się pogniewać na mnie za to, że śmieszy mnie ta książka i niejedna mama i żona może się ze mną nie zgodzić. Ja też nie w każdym aspekcie zgadzam się z tym, jak sytuacja została przedstawiona w tej historii. Mimo tego, uważam ją za miły przerywnik, wywołujący uśmiech na twarzy. 

ściskam was mocno,
dina


03/06/2017

to był maj...


source
Mamy czerwiec. Mamy arbuzy i pierwsze truskawki. Studenci niebawem zaczynają sesję. Ja ostatnią w mojej edukacji. 
Dziwnie mi z tą myślą. I szczerze mówiąc, nie jestem do niej specjalnie przekonana. Jestem typem człowieka, który uwielbia się uczyć. Może nie lubię tej presji czasu i stresu związanego z egzaminami, ale lubię być studentem. Lubię czytać. Lubię moje studia. Będzie mi mega dziwnie bez tego rytuału siadania w niedzielę po zajęciach i ogarniania co-tam-trzeba-jeszcze-zrobić. Nie wiem, czy to będzie moje ostatnie słowo w tej kwestii. Mam wrażenie, że jak z czymś wyskoczę, to sama siebie zaskoczę. Się zobaczy.
Bo z jednej strony mam dość. Wkurzam się, że jeszcze to i tamto. Że nie mam czasu na przeczytanie czegoś luźniejszego; niezwiązanego ze szkołą. Mam dość pisania prezentacji i głupiego wychodzenia na środek, żeby spalić się ze wstydu. Ale z drugiej strony, będę za tym ogromnie tęsknić. 
Magisterka napisana. Nie sądziłam, że nastąpi to w tym życiu. Ale udało się, teraz jeszcze tylko przemóc traumę związaną z obroną. Jeszcze dobre półtorej miesiąca mam na oswojenie się z tą myślą. Jakby dwa lata to było za mało, cholera. 
W mojej pracy czerwiec to miesiąc odliczania. Wszyscy myślą już o wakacjach i o błogim lenistwie. Nie inaczej jest ze mną. Pamiętam, jak w podstawówce robiłam takie kalendarze do odliczania. Znacie to? Później odrywałam karteczki i patrzyłam jak zmniejsza się ilość dni do dnia "0". Trochę tego nawyku zachowałam. Budzę się rano, patrzę w sufit i myślę "jeszcze tylko dwadzieścia trzy dni... dwadzieścia dwa... dwadzieścia jeden". 
Maj dał mi tak popalić, że chyba pierwszy raz tak naprawdę czuję, że potrzebuję wolnego. Potrzebuję resetu. Czuję się podwójnie przeżuta i wypluta na rozgrzany słońcem asfalt. Jakbym przeżyła 60 dni w miesiąc. Tak intensywny był dla mnie ten okres.
Rodzi mi się w głowie plan na te wakacje. Po pierwsze, bezlitosna ocena garderoby. Generalne porządki. Nie wiem, kiedy to się wydarzyło, ale moja szafa jest wypchana po brzegi lumpami, których nie noszę. Z ręką na sercu mogę przyznać, że niektórych nie miałam na sobie ANI RAZU. Niektóre pamiętają czasy gimnazjum... serio. Więc precz z nimi. Po drugie, szkolna papierologia. Pewnie kilka głów poleci, ale... muszę się do czegoś przyznać. Jestem potworną zbieraczką, jeśli chodzi o szkołę. Nie da się opisać słowami, ile mam milionów świstków uzbieranych przez kilka ostatnich lat mojej edukacji. W tym więc przypadku pewnie będzie to raczej kwestia pokatalogowania mojej kolekcji na mniej i bardziej przydatne świstki. Po trzecie, chcę się uczyć języka. Mam dylemat, bo nie wiem, który wybrać: hiszpański czy francuski. Który waszym zdaniem powinnam wybrać? Chcę sobie urządzić taki wakacyjny kurs. Będę wam dawać znać!
Wiecie, nie chcę przebimbać tych wakacji. Chcę je dobrze zapamiętać i wycisnąć z nich soki jak ze słodkiej pomarańczy. Chcę czytać, dobrze się bawić, wykorzystać ten czas. Naładować akumulatory na maksa. Wyskoczyć w jakieś nowe miejsce. Albo odkryć stare na nowo. Spędzić noc pod gwiazdami. Pójść na koncert. Tańczyć. Tańczyć. Tańczyć.



wyczuwam hit lata 2017



ściskam Was mocno, 
dina

03/05/2017

wicher w żaglach,

Kwiecień zafundował nam 4 pory roku w 30 dni. Całkiem niezły wynik. Szkoda, że lato okazało się smutnym primaaprilisowym żartem. Pamiętacie jeszcze ten dzień? Ja tak, bo na dworze +23 siedziałam tego dnia na uniwersytecie, wlepiając oczy w promotorkę z nadzieją, że w jakiś magiczny sposób ta obrona się jeszcze trochę odwlecze bez żadnych konsekwencji. Znaczy, że magicznie rozciągnie się czas albo cokolwiek innego. Teraz już o tym tak nie marzę i staram się w ogóle nie myśleć o obronie, bo to powoduje we mnie niekontrolowane napady paniki. Po prostu zapieprzam. I są efekty. 


Później była wiosna, zima, zima, zima, zima. Grad, deszcz, śnieg i apokalipsa. W takich okolicznościach na jakieś 4 godziny opiekunem 4 dodatkowych piesków, o czym można przeczytać TU. To zdecydowanie jest historia miesiąca.
Teraz mamy majóweczkę. I w sumie gdyby waliło śniegiem to nadal byłaby zima. Bo jest zimno. Ale na ten temat nie będę strzępić języka, bo pewnie to wiecie, bo wychodzicie z domu. A może i nie wychodzicie, bo jest zimno... nie wiem. W każdym razie ja wychodzę do domu do pracy i stąd wiem. #kochammajówkę #majówkawpracy
W kwietniu byłam w kinie na Szybkich i wściekłych chyba 8. Pojechałam tam w sumie dla towarzystwa, żeby nie siedzieć jak rozmiękła klucha w domu. Jeśli lubicie filmy oderwane od rzeczywistości, łodzie podwodne i te klimaty - to film dla was. Tylko ja przeżyłam wielkie zdziwko, bo poprzednie części podobno były równie pojechane. Nie widziałam ich więc się zdziwiłam. Jak dla mnie takie 5/10, bo tak żeby się pogapić przy wyłączonym mózgu, to wcale nie tak najgorzej.
Z dobrych rzeczy widziałam netfliksowski serial 13 reasons why. Zrobił on wokół siebie dużo zamieszania, bo dołujący i zbyt dosadny i że celebruje samobójstwo. Ja uważam, że jest dobry. Zrobił na mnie mega wrażenie. Co więcej, dałabym go obejrzeć co poniektórym gagatkom. Bo to, że jest dosadny to moim zdaniem jest jego zaleta. Piętnuje pewne zachowania, uwypukla problem. Jest przerysowany, ale co w dzisiejszym świecie nie jest. Samobójstwo nie jest jego jedynym tematem. Ja wręcz bym powiedziała, że jest tematem pobocznym. Skutkiem. I choć skutek jest ważny, ja uważam że przyczyna również. Plus: [[ super soundtrack ]]. 


Pozdrawiam was kochani,
dina



23/04/2017

story of my life,

Byliście kiedyś na takiej imprezie, która zakończyła się rodzeniem w łazience? Bo ja tak.
I mówię całkiem poważnie. Usiądź wygodnie, bo jak opowiem Ci, co mi się wczoraj przydarzyło, padniesz ze zdziwienia. 
Opowiem Ci historię Błażejka vel Anrei. Historię, która nigdy nie powinna mieć miejsca, ale mam nadzieję, że przyczyniliśmy się do jej szczęśliwego finału.
Przeczytajcie tę historię. Wiem, że jest długa. Ale myślę, że warta poznania.
 
Noc z piątku na sobotę. Spotkanie ze znajomymi. Siedzimy u nas, bo pogoda nie zachęca do wyjścia. Śnieg, deszcz, wiatr. Generalnie nieciekawie. Nieciekawie... łagodnie powiedziane. Na sam widok tego co się działo za oknem przychodziło mi do głowy jedno słowo: apokalipsa. 
Około drugiej w nocy zadzwonił brat jednego z naszych gości (miał po niego przyjechać). Mówi że się spóźni, bo czeka na policję. Znalazł psa o 2 w nocy uwiązanego przed wejściem do sklepu z owadem w logo. Radiowóz przyjechał. Albo raczej przejechał, nie zatrzymując się. 
Nasza decyzja? Zawijamy pieska do siebie. Kolega ją przywiózł. Trochę obawiałam się jak zareaguje nasz Kapsel, ale okazało się, że mały pies umie ustawić dużego do pionu w 3 sekundy :D Błażejek vel Andrea dostała jeść, pić, daliśmy jej miejsce, gdzie mogła się położyć. Powiem wam, że dawno nie widziałam tak mądrego psa (oczywiście oprócz Kapsla, ale to jest oczywiste xD). Była bardzo posłuszna. Ufna. Przyjacielska. Widać, że żyła w domu pełnym ludzi, bo zachowywała się jakby nigdy nic mimo pełnej chałupy głośnych ludzi. Położyła się na posłaniu i spała. Zrobiliśmy kilka fotek, wrzuciliśmy je na popularną stronę w rodzaju spotted. Zadzwoniłam na policję, aby zgłosić to, że taka sytuacja miała miejsce. Dyżurny jednak nie podzielał mojego zaangażowania. Wiecie, chciałam przekazać ze piesek jest u nas gdyby ktoś go szukał. Usłyszałam jednak, że to nie jest w ich kompetencjach i heja. A co do tego że radiowóz się nie zatrzymał. Okazało się, że wcześniej pieska na policję zgłosiła kierowniczka sklepu. Policja przyjechała, zapadła decyzja napoić, nakarmić i niech zostanie do rana, a rano zajmie się nim straż miejska. Wiecie, rozumiem, że policja nie jest schroniskiem, ale cholipa. Armagedon na dworze. Dwa zgłoszenia. Radźcie sobie sami... Stwierdziliśmy, że popołudniu odwieziemy ją do schroniska, a póki co niech odpocznie i nabierze sił.
Impreza powoli dobiegła końca, wszyscy zamroczeni udaliśmy się na spoczynek. I tu zaczyna się hardkor. Serio. Nie wiem ile spałam. Pół godziny, godzinkę, może chwilę dłużej. Z pewnością zdecydowanie za krótko aby odespać wrażenia poprzedniej nocy. A wesoło dopiero miało się zrobić. Budzi mnie kolega. "Dina, zobacz co się dzieje w twojej łazience". To co zobaczyłam przerosło moje najśmielsze oczekiwania. 
Błażejek rodził. Domyślaliśmy się, że jest w ciąży. Ale nie przyszło nam do głowy, że zacznie rodzić tej samej nocy! Mój mąż sprawdził się w roli psiej położnej. Sunia urodziła u nas trzy szczeniaczki. 
Powiem wam szczerze, że byłam totalnie zszokowana. Nie wiedziałam jak to ogarnąć. Sprawy się skomplikowały. Bo o ile z jednym dodatkowym pieskiem jakoś dalibyśmy radę, to już z czterema trochę ciężej. Dzwoniłam do schroniska. Weterynarza. A wiecie, w sobotę między 7 a 8 rano ciężko kogoś znaleźć. Dodzwoniłam się jednak do weterynarza naszego Kapsla. I pan doktor powiedział mi, co robić dalej. Jako że telefon alarmowy straży miejskiej nie odpowiadał, ubrałam się na prędkości i pobiegłam do urzędu miasta. Udało mi się złapać strażnika, porozmawiać, załatwić pomoc dla pieska. Straż wezwała pomoc ze schroniska, Centrum Pomocy Zwierząt. Po jakiejś godzinie przyjechał pracownik i zabrał ze sobą pieska i szczeniaki. 
Wiecie, zrobiło mi się smutno. Pomyślcie, jaki by ją spotkał los, gdyby nie ten kolega i to że podjęliśmy decyzję o jej zabraniu. Urodziła by w deszczu, porzucona przez swojego właściciela, przywiązana do wózka sklepowego. Szczeniaki nie miałyby najmniejszej szansy na przeżycie. Mieliście widzieć jak ona łapczywie jadła i piła. Puszkę, którą nasza zjada na dwa jedzenia, Błażejek wciągnął w całości w 20 sekund. 
I jeszcze coś. Pod postem na stronie spotted rozgorzała burza na temat tego, jaką bestią jest właściciel pieska. Powiem wam tak: nie mam zamiaru go usprawiedliwiać, bo żadne stworzenie nie zasługuje na taki los jaki spotkał pieska; nie mieści mi się w głowie porzucić zwierzę, w dodatku ciężarne. Jednakże nie znamy jego sytuacji. A widzę, jak zachował się pies - nie bała się, była bardzo ufna. Nie zachowywała się jak skrzywdzone zwierzę. Musiała mieć dobre życie, ten właściciel musiał ją kochać. Może nie miał warunków aby się nią zająć. Zobaczcie, przywiązał ją pod daszkiem, koło dworca, przy wejściu do sklepu. Jak dla mnie to pokazuje, że miał nadzieję, że ktoś się nad nią zlituje. Nie zostawił jej przywiązanej do drzewa w lesie na pewną śmierć. Nie usprawiedliwiam, nie rozgrzeszam... jednakże próbuję trzymać się myśli, że ludzie nie są zwierzętami, potworami. Muszę się trzymać tej wiary, bo inaczej chyba straciłabym wiarę w to wszystko.
Z drugiej strony mam burzę komentarzy aby "ukarać bestię". A czy ktokolwiek inny zabrał tego psa do siebie? Zadzwonił na straż miejską? Dał jej wody? Ktoś pokazał jej serce? Nie chcę oceniać tych wszystkich ludzi: ani właściciela, ani tych komentujących, którzy z wielką chęcią przywiązaliby właściciela do płota. Jednakże nie bądźmy tacy surowi i chętni do wydawania wyroków.



01/04/2017

będzie z tego miłość,

Odebrałam dziś niespodziewany acz miły telefon, zdecydowanie długo wyczekiwany. Poczułam przypływ szczęścia. Elektrowstrząsy radości. 
Teraz też tak mam. Kortez mi to robi. Nie żebym miała cokolwiek przeciwko. Wręcz przeciwnie, to jest... to jest piękne. Ja wiem, że jak zwykle mam zapłon, że po prostu... brak słów, ale mówię wam, będzie z tego miłość. 


Wygrzewałam się dziś w słońcu i poszłam na długi wieczorny. Słupek na termometrze pokazywał o 21:00 całe 14 stopni. Poczułam życie w żyłach. Poczułam moc, energię i siłę... której ostatnio trochę mi brakuje, bo chyba złapałam jakiś syf, mam jakieś nieproszone moce ciemności w oskrzelach, charczę jak stara lokomotywa.
Muszę iść już spać, bo jutro pobudka skoro świt (a właściwie to w środku nocy), ale nie mogę... no bo Kortez. Cudownie otula głosem. Czuję, że się rozpływam. To jest jakiś ewenement. Fenomen. Zjawisko.


Ściskam was, posłuchajcie sobie Korteza,
bandaż na rany duszy,
buziaki, dina


25/03/2017

a little bit of magic //

source
Czekałam na wiosnę i chyba przyszła. Trochę więcej słońca, z tym uśmiechem ostatnio to różnie bywa, ale się staram. Karmię się wspomnieniami, trochę zatracam się w pokonywanych kilometrach. Zaparzam miętę z jabłkiem i na chwilę unoszę się nad ziemią. Na chwilę zamykam oczy i daję się utulić słońcem. Słucham dużo muzyki, żeby ta cisza, która wlewa mi się w serce na chwilę znikła. 
To wszystko tylko tak na chwilę. Na sekundkę, na momencik. Wraca do mnie to ciepło jakie od Ciebie biło. Zatracam się w nim, choć wiem, że nie powinnam; że to może być zgubne. Kolejny dzień, kolejna godzina. 
Poszłam dziś pobiegać, obudziło mnie słońce. Później jakoś się zachmurzyło. Świat stracił kolor. A teraz znów wyszło słońce i jest pięknie. Taka kolej. Wszystko ma swój czas. Słońce i cień. Życie i śmierć. Staram się myśleć, że to ma sens. Ciężko mi go odnaleźć, ale muszę wierzyć, że gdzieś tam jest. 






ściskam was wiosennie, miłego popołudnia i miłej niedzieli
dinka

15/03/2017

miss u already,


Dziękuję za każdy dzień, za każdy uśmiech
za każde dobre słowo, dobrą radę i Twoje dobre serce.
Dziękuję, że byłaś ze mną. 

już za Tobą tęsknię.

09/03/2017

smutne czasy, (trochę recencja Logana, trochę wewnętrzny bełkot)

Pisałam we wtorek na fejsbuku o tym, że byłam w kinie na filmie Logan: Wolverine. I że się na nim zawiodłam. Po upływie dwóch dni muszę trochę zmienić swoje stanowisko.

Nie wiem ilu z was jest fanami X-menów i Wolverina. Ja byłam od zawsze (no, od kiedy pamiętam). A sam Logan był moją ulubioną postacią tego uniwersum. Tak więc kiedy usłyszałam że wychodzi nowe widowisko poświęcone Wolverinowi, które ma być zwieńczeniem jego historii (co więcej, ostatnim filmem z Jackmanem w roli Logana *chlip chlip* ale jak to?!), wiedziałam że pojadę i zobaczę go w kinie.

source

Moje pierwsze odczucia? WHAT DA FAK. Serio. Byłam zbulwersowana finałem. Nie na taki zasłużył Wolverine. Byłam tak zła, że sama się sobie dziwiłam. Bulwers bulwersów. Liczyłam na WOW, na fajerwerki, na wywalenie z laczków. Przytup.
Dzisiaj jednak mam na ten temat trochę inne odczucia. To, czego jestem pewna to to, że w pierwszym momencie wzięłam pod uwagę tylko zakończenie filmu (nadal uważam, że jest do bani i ktoś poszedł na totalną łatwiznę). Jednak właśnie przez to zakończenie umknęła mi reszta filmu, która uderzyła mnie ze zdwojoną siłą w skutek ostatnich wydarzeń w moim życiu osobistym.

Zderzyłam się boleśnie z rzeczywistością. Widok cierpienia bardzo bliskiej mi osoby zdominował moje myślenie. Kilka  z trudem wypowiedzianych słów przewierciło mój mózg na wylot. 
Jak się zachować? Co robić? Jak pomóc?

Niewypowiedziane cierpienie. O tym właśnie jest Logan. To film o umieraniu. O zbliżaniu się ku końcowi. I w tej materii: kawał dobrej roboty. Bije z niego taka... ciężko mi to nazwać. Ból i cierpienie. Walka. Ale też utrata nadziei. Jakkolwiek się wkurzałam, muszę przyznać się, że się pomyliłam.

Dziś rozumiem ten film w zupełnie inny sposób. Musiałam spojrzeć na niego drugi raz. Dopiero wtedy dotarł do mnie jego sens.

27/02/2017

city of stars,

City of stars 
Are you shining just for me?
(City of Stars, La la land)

Obejrzałam w końcu La la land. Żałuję, że dopiero teraz. Generalnie nie przepadam za musicalami. Zwiastun też mnie jakoś specjalnie nie porwał. Cholera, muszę zapamiętać, żeby nie dawać się ponieść pierwszemu wrażeniu. Większość z was pewnie już go widziała, więc nie ma co się rozwodzić jakoś szczególnie. A tym, którzy go jeszcze nie widzieli: spróbujcie. Odrobina magii na wyciągnięcie ręki. Poważnie. 
Poza tym, śmieszne uczucie, kiedy nucisz sobie pod nosem tę piosenkę, gdzieś z tyłu głowy odbijają się słowa o gwiazdach a tu nagle piosenka staje się soundtrackiem życia, bo na spacerze z psem zauważasz bezchmurne, błyszczące tysiącami gwiazd niebo. Już chwilę tego nie widziałam. I bardzo tęskniłam za tym widokiem. 
Mieliśmy ostatnio troszkę zmartwień z powodu Kapsla. Pochorował nam się piesek i dziś, jakkolwiek to nie brzmi, wzięłam wolne na psa. Spędziłam z nią cały dzień i na szczęście dochodzi już do siebie, ale poważnie się martwiłam. Ważne jest, żeby obserwować. Naprawdę. Wiecie, miałam takie przeczucie znam swojego psa, ona się tak nie zachowuje. Jak się niestety okazało, było ono trafne. Na szczęście, jest już dobrze. Ale strasznie mi jej żal, bo bidula ma głodówkę - koszmarne uczucie jeść przy głodnym psie. Wyżerała mi oczami jedzenie z rąk. 👀👀 Dawno nie czułam się tak podle, serio :O
Urządziłam sobie dziś prywatne dens party. Bruno Mars buja mnie do tej pory. Najlepiej - potwierdzone info. Jestem ciekawa czy sąsiedzi są tego samego zdania. :D wiecie, Chritina i Mer zawsze mówiły: dance it out. To naprawdę działa. Polecam.

(source)

Zostawiam was z moim ziomkiem Brunem i lecę w kimę, długi dzień przede mną jutro. Kapsel już odpadł a więc i ja się odmeldowuję. 

Ściskam was serdecznie, dina.




24/02/2017

her morning elegance,


And she fights for her life
as she puts on her coat
And she fights for her life on the train
She looks at the rain as it pours

Totalna zmiana krajobrazu. Mróz już nie ściska. Luty przelewa się w butach strugami deszczu. Wkrada się ze kurtkę podmuchem silnego wiatru. Wszechobecna biel ustąpiła miejsca szarości. Ogrom szarości. Z jednej strony dobrze, idzie wiosna. Z drugiej, mam mokre stopy. Złości mnie to. Brakuje mi słońca i miękkości zielonej trawy. I suchych stóp też mi brakuje. Każdy dzień jest walką o przetrwanie. Nierówną walką z deszczem, który olewa moje zdanie. Taki tam krótki wstęp meteorologiczny.
Poranna kawa stawia mnie na nogi. Ten miesiąc dał mi w kość. Niby taki krótki, tego tamtego. Wcale nie. Kiedy ma się dużo pracy, 28 dni to naprawdę dużo. Znacie to: czytasz książkę i nagle w pięć minut mija 5 godzin. Kiedy w pracy zamkniesz oczy na 5 minut, mija sekunda. Tak się właśnie czuję. Usilnie znajduję w sobie power, żeby iść i ruszyć się. Wczoraj odkryłam dobrodziejstwo zumby. dęs dęs bejbe. Pomimo ultra długiego dnia, wyszłam z zajęć naładowana masą pozytywnej energii, której wybitnie potrzebowałam. Ładuję akumulatory solidną porcją muzyki. Korzystam z każdego dnia na maksa. Staram się codziennie zrobić coś dla siebie. Choć uśmiech nie zawsze przychodzi z łatwością i czasem łzy same cisną się do oczu, próbuję. Każda mała rzecz może być powodem do radości. Wszystko czego potrzeba to tylko odnaleźć w sobie siłę.
Polecacie coś lekkiego do poczytania przy kawie? Coś bym poczytała, ale nie wiem co. :(






12/02/2017

hello february,

Z refleksem szachisty wjeżdżam z lutowym postem, tak jak luty wjechał z buta z takim mrozem, że cierpię nieopisane katusze. Nie wiem jak u was, ale w moich okolicach temperatura spadła poniżej dziesięciu stopni, co objawia się tym, że poranny spacer do pracy kończy się niemalże odmrożeniami. Boli, kochani, boli.

Tutaj powinien pojawić się jakiś bajerancki obrazek z zupki, ale się nie pojawi, ponieważ zupka wysiadła i nie ma ładnych obrazków. Nie wiedziałam, że mój świat bez rytualnego skrolowania soup.io przy porannej kawie stanie się taki smutny. Zamiast tego, dobra muzyczka.

(zakochałam się w tym kawałku na nowo)

Z nieco lepszym rezultatem niż post "hello february" w połowie miesiąca wjechałam w sportowe poczynania Co ciekawe, w lutym 2016 roku miałam podobny zryw - to chyba taki mój miesiąc krytyczny :D. Nie porzuciłam moich podrygów po trzech dniach, jak to niestety zazwyczaj ma miejsce (i jak to miało miejsce w styczniu...-_-). Co więcej, czuję przypływ mocy i coraz bardziej mi się chce! Fantastyczne uczucie i polecam każdemu, kto ma opory przed odrobiną ruchu w swoim życiu. Wracam do formy z lutego zeszłego roku i mam wielkie nadzieje, że w tym roku pobiję moje tamte "rekordy". 
Wiecie, to jest takie śmieszne uczucie. Miałam już takich zrywów naprawdę sporą ilość. Wiem z czym to się je. Zazwyczaj oczywiście kończyły się one fiaskiem, bo jestem dziewczęciem ze słomianym zapałem, niestety. Tym razem jest jednak inaczej. Jakby mi jakiś trybik w głowie przeskoczył. Rozszerzyło mi się myślenie, otworzyły mi się oczy. Czuję się dobrze jak nigdy dotąd. Czerpię z tego wysiłku siłę, o dziwo. 

Z nadzieją czekam na wiosnę. Chcę chłonąć promienie słońca, które ostatnio nie rozpieszcza. Potrzebuję jeszcze więcej czasu i jeszcze więcej energii. Lecę przed siebie i po raz pierwszy od dawna mam wrażenie, że nic nie jest w stanie mnie zatrzymać. 
Moja magisterka (bo i ona musiała się tu pojawić!) też czeka na wiosnę. Ostatnie dwa tygodnie to pasmo klęsk na tym froncie. Muszę się ogarnąć, bo będę się musiała pożegnać z magistrem w tej połowie roku, czego baardzo nie chcę.

Z tego co obejrzałam i przeczytałam to na pewno Me Before You, które polecam jako przyjemny zabijacz czasu. Książkę pochłonęłam w dosłownie kilka godzin, a film wycisnął ze mnie krokodyle łzy. Jutro wybieram się do kina na Lego Batman, mam przeczucie, że może być zabawnie :D

Ściskam Was w ten zimowy wieczór,
dina

31/01/2017

2016 in flashback,

Załapałam dziś taką refleksję przeglądając zdjęcia z zeszłego, że 2016 był rokiem mega wielkich, gigantycznych zmian.
Po raz kolejny podczas naszego wspólnego życia się przeprowadziliśmy. Ta przeprowadzka była dla mnie o wiele cięższa, jednak rezultat był wart całego tego wysiłku. Kiedy weszliśmy na dobre do naszego gniazdka, które na początku trochę odstraszało, a które dzięki ciężkiej pracy mojego J. i jego Taty stało się naszym prawdziwym Domem, poczułam wielką ulgę. I falę szczęścia, która zalała mnie doszczętnie. 
Przygarnęliśmy też do naszego życia Kapsla - przesłodkiego pieska, który okazał się być suczką, która właśnie w tym momencie próbuje zakopać smaczka w mojej pościeli strasznie przy tym piszcząc (musi być na później :D).
W 2016 roku zdałam również pierwszy rok studiów magisterskich. Co ciekawe, dłubiąc piąty rok w tym samym temacie, wciąż odrywam coś nowego. I wciąż mnie to cieszy. (ale jeszcze bardziej cieszę się, że udało mi się wygrać z jęz.kognitywnym z wynikiem dobrym! z tą gałęzią językoznawstwa jednak chętnie się pożegnam, au revoir!)
I pojechałam też na koncert The xx, o którym marzyłam od kiedy po raz pierwszy usłyszałam Intro
I po dwóch latach obcięłam włosy! 
I wreszcie, największa zmiana w moim życiu - wyszłam za mąż Miałam najśmieszniejszą podróż poślubną na świecie (pozdro Toruń, jeszcze tam wrócimy :D) i wszystko, wszystko było idealne.

I naszła mnie taka refleksja: czym zaskoczy mnie ten rok? Aż drżę z ekscytacji, co czeka na mnie za rogiem. Bo jeśli 2017 będzie tak samo bogaty w elektryzujące doświadczenia, to może być ciekawie hahahaha😎

zostawiam Was z Edem, ja i Ed spędzamy ostatnio baaardzo dużo czasu :D





24/01/2017

long night,

Już dawno nie doświadczyłam bezsennej nocy. Zupełnie bezsennej. Przyszłam z pracy o 23. Teraz jest 4:11, mam oczy jak pięć złotych i ani śladu senności. Rzucałam się przez trzy godziny, później przez godzinę oglądałam youtuba (nawet haule i get ready with me - taki poziom desperacji).  Do tej pory nie zmrużyłam oka. Ciekawe dlaczego... to na pewno nie te dwie kawy przed południem i energetyk, którego wypiłam w pracy o 18, żeby nie zaryć nosem w biurko.

Kapsel wgramolił się do wyra. Nie wiedziałam, że taka mała pchełka może zajmować tak dużo miejsca i że tak dzielnie potrafi walczyć o swoje miejsce. Tak, jej miejsce. Człowieki tylko pożyczają pieskowe łóżko. Człowieki, idźcie spać gdzieś indziej :D

Nie, tu nie chodzi o wyro. Tu chodzi o człowieki. Tam gdzie człowieki tam pieseł. Uwielbiam tę psinę.

Obczajam od kilku dni nową płytę The xx. Szczerze, chwilę musiałam się do niej przekonywać. Z Coexist nie miałam czegoś takiego. Od pierwszego momentu zakochałam się w każdym kawałku. Z I See You jest inaczej. Niemniej, polecam. Zwłaszcza Performance. 

Jeśli chodzi o moje naukowe osiągnięcia na poziomie "trzecia sesja magisterska": facet od socjo chce mnie wykończyć psychicznie, odkładając ogłoszenie wyników zaliczenia i zerówki już o ponad tydzień (to w sumie też może być powodem mojej bezsenności). Dosłownie podskakuję na krześle z każdym blipnięciem telefonu. Za bardzo to przeżywam. Przerost ambicji nad diną. Na szczęście, jeszcze jedna (tylko i aż) sesja przede mną, przynajmniej w najbliższym czasie.

A, no i piszę pracę. Dziś chcę zawieźć pierwszą część drugiego rozdziału (:D) do promo. Mam nadzieję, że przychyli się ku mojemu pomysłowi, bo jeśli karze mi wyrzucić 20 stron (osobisty rekord, moja promo nigdy nie dostała ode mnie takiej ilości makulatury na raz :D) to chyba się zaciukam...

Trochę (a właściwie to nawet bardzo...) losowo dziś rzucam jakimiś luźnymi myślami. Podejrzewam, że to ta pora.

Uświadomiłam sobie przed chwilą, że dziś mija pięć miesięcy od naszego ślubu. A wydaje się jakby to było wczoraj. Czuję na policzkach ten wiatr i słońce. Czuję smaki tego dnia, czuję... czuję jakby to było wczoraj.

jest 4:37, sąsiedzi wstają do pracy
ściskam i odmeldowuję się,
dina




01/01/2017

something new begun //

Dzisiejszy dzień spędziłam odrobinę leniwie. Trochę pospałam, obejrzałam koncert Muse z Rzymu, poszłam na spacer z moim Mężem i psiakiem. Popijam wodę z plasterkiem pomarańczy i słucham podium Topu Wszech Czasów. Pouczyłam się (hmm, czy to tylko czy aż czytanie..?), żeby nie mieć wyrzutów sumienia, że w jakiś sposób zmarnowałam dzień. Drżę, sesja się zbliża. 
Miałam też taki moment chwilowej zadumy. Myślałam o minionym roku. Naszła mnie taka refleksja - jak ważny był dla mnie ten rok. Wiele się zmieniło w moim, w naszym życiu. Podjęliśmy kilka ważnych i mniej ważnych decyzji. Wzięliśmy życie w swoje ręce. 
I tym właśnie sposobem spisałam 13 postanowień na nowy rok. Pierwszych postanowień w moim życiu. Żadne wielkie plany. Raczej kilka wskazówek jak żyć. Żadne górnolotne czy ważne dla świata decyzje. Ważne dla mnie, bo takie mają być. Dotarło do mnie, że tylko ja sama mogę zrobić coś ze swoim życiem i że jeżeli sama nie podejmę jakichkolwiek kroków - nic się nie wydarzy. A ja chcę, żeby w moim życiu się działo.
Spiszę moje małe postanowienia w pięknym kalendarzyku i będę do nich codziennie wracać. Będę analizować, czy idę w obranym przeze mnie kierunku. To banalne, robić postanowienia akurat w Nowy Rok. Jednak dzisiejszy dzień jest w jakimś sensie inny. Szczególny. Nie wiem, dlaczego akurat dziś obudziła się we mnie potrzeba zmiany. Tak, to jest to czego potrzebuję - zmiana. Poczucie, że trzymam ster we własnych rękach. Chyba dorosłam na tyle, żeby postawić sobie wyzwanie, na którego wypełnienie mam rok. Chyba coś we mnie pękło. Chcę być totalnie odpowiedzialna za siebie i swoje decyzje. Zawalczyć o siebie.
Chcę, aby ten rok coś znaczył. Tego życzę na ten nowy rok sobie i wam, kochani. Życzę nam wszystkim, aby ten rok był dla nas wszystkich łaskawy i po prostu dobry.




C Z Y T E L N I C Y