27/02/2017

city of stars,

City of stars 
Are you shining just for me?
(City of Stars, La la land)

Obejrzałam w końcu La la land. Żałuję, że dopiero teraz. Generalnie nie przepadam za musicalami. Zwiastun też mnie jakoś specjalnie nie porwał. Cholera, muszę zapamiętać, żeby nie dawać się ponieść pierwszemu wrażeniu. Większość z was pewnie już go widziała, więc nie ma co się rozwodzić jakoś szczególnie. A tym, którzy go jeszcze nie widzieli: spróbujcie. Odrobina magii na wyciągnięcie ręki. Poważnie. 
Poza tym, śmieszne uczucie, kiedy nucisz sobie pod nosem tę piosenkę, gdzieś z tyłu głowy odbijają się słowa o gwiazdach a tu nagle piosenka staje się soundtrackiem życia, bo na spacerze z psem zauważasz bezchmurne, błyszczące tysiącami gwiazd niebo. Już chwilę tego nie widziałam. I bardzo tęskniłam za tym widokiem. 
Mieliśmy ostatnio troszkę zmartwień z powodu Kapsla. Pochorował nam się piesek i dziś, jakkolwiek to nie brzmi, wzięłam wolne na psa. Spędziłam z nią cały dzień i na szczęście dochodzi już do siebie, ale poważnie się martwiłam. Ważne jest, żeby obserwować. Naprawdę. Wiecie, miałam takie przeczucie znam swojego psa, ona się tak nie zachowuje. Jak się niestety okazało, było ono trafne. Na szczęście, jest już dobrze. Ale strasznie mi jej żal, bo bidula ma głodówkę - koszmarne uczucie jeść przy głodnym psie. Wyżerała mi oczami jedzenie z rąk. 👀👀 Dawno nie czułam się tak podle, serio :O
Urządziłam sobie dziś prywatne dens party. Bruno Mars buja mnie do tej pory. Najlepiej - potwierdzone info. Jestem ciekawa czy sąsiedzi są tego samego zdania. :D wiecie, Chritina i Mer zawsze mówiły: dance it out. To naprawdę działa. Polecam.

(source)

Zostawiam was z moim ziomkiem Brunem i lecę w kimę, długi dzień przede mną jutro. Kapsel już odpadł a więc i ja się odmeldowuję. 

Ściskam was serdecznie, dina.




24/02/2017

her morning elegance,


And she fights for her life
as she puts on her coat
And she fights for her life on the train
She looks at the rain as it pours

Totalna zmiana krajobrazu. Mróz już nie ściska. Luty przelewa się w butach strugami deszczu. Wkrada się ze kurtkę podmuchem silnego wiatru. Wszechobecna biel ustąpiła miejsca szarości. Ogrom szarości. Z jednej strony dobrze, idzie wiosna. Z drugiej, mam mokre stopy. Złości mnie to. Brakuje mi słońca i miękkości zielonej trawy. I suchych stóp też mi brakuje. Każdy dzień jest walką o przetrwanie. Nierówną walką z deszczem, który olewa moje zdanie. Taki tam krótki wstęp meteorologiczny.
Poranna kawa stawia mnie na nogi. Ten miesiąc dał mi w kość. Niby taki krótki, tego tamtego. Wcale nie. Kiedy ma się dużo pracy, 28 dni to naprawdę dużo. Znacie to: czytasz książkę i nagle w pięć minut mija 5 godzin. Kiedy w pracy zamkniesz oczy na 5 minut, mija sekunda. Tak się właśnie czuję. Usilnie znajduję w sobie power, żeby iść i ruszyć się. Wczoraj odkryłam dobrodziejstwo zumby. dęs dęs bejbe. Pomimo ultra długiego dnia, wyszłam z zajęć naładowana masą pozytywnej energii, której wybitnie potrzebowałam. Ładuję akumulatory solidną porcją muzyki. Korzystam z każdego dnia na maksa. Staram się codziennie zrobić coś dla siebie. Choć uśmiech nie zawsze przychodzi z łatwością i czasem łzy same cisną się do oczu, próbuję. Każda mała rzecz może być powodem do radości. Wszystko czego potrzeba to tylko odnaleźć w sobie siłę.
Polecacie coś lekkiego do poczytania przy kawie? Coś bym poczytała, ale nie wiem co. :(






12/02/2017

hello february,

Z refleksem szachisty wjeżdżam z lutowym postem, tak jak luty wjechał z buta z takim mrozem, że cierpię nieopisane katusze. Nie wiem jak u was, ale w moich okolicach temperatura spadła poniżej dziesięciu stopni, co objawia się tym, że poranny spacer do pracy kończy się niemalże odmrożeniami. Boli, kochani, boli.

Tutaj powinien pojawić się jakiś bajerancki obrazek z zupki, ale się nie pojawi, ponieważ zupka wysiadła i nie ma ładnych obrazków. Nie wiedziałam, że mój świat bez rytualnego skrolowania soup.io przy porannej kawie stanie się taki smutny. Zamiast tego, dobra muzyczka.

(zakochałam się w tym kawałku na nowo)

Z nieco lepszym rezultatem niż post "hello february" w połowie miesiąca wjechałam w sportowe poczynania Co ciekawe, w lutym 2016 roku miałam podobny zryw - to chyba taki mój miesiąc krytyczny :D. Nie porzuciłam moich podrygów po trzech dniach, jak to niestety zazwyczaj ma miejsce (i jak to miało miejsce w styczniu...-_-). Co więcej, czuję przypływ mocy i coraz bardziej mi się chce! Fantastyczne uczucie i polecam każdemu, kto ma opory przed odrobiną ruchu w swoim życiu. Wracam do formy z lutego zeszłego roku i mam wielkie nadzieje, że w tym roku pobiję moje tamte "rekordy". 
Wiecie, to jest takie śmieszne uczucie. Miałam już takich zrywów naprawdę sporą ilość. Wiem z czym to się je. Zazwyczaj oczywiście kończyły się one fiaskiem, bo jestem dziewczęciem ze słomianym zapałem, niestety. Tym razem jest jednak inaczej. Jakby mi jakiś trybik w głowie przeskoczył. Rozszerzyło mi się myślenie, otworzyły mi się oczy. Czuję się dobrze jak nigdy dotąd. Czerpię z tego wysiłku siłę, o dziwo. 

Z nadzieją czekam na wiosnę. Chcę chłonąć promienie słońca, które ostatnio nie rozpieszcza. Potrzebuję jeszcze więcej czasu i jeszcze więcej energii. Lecę przed siebie i po raz pierwszy od dawna mam wrażenie, że nic nie jest w stanie mnie zatrzymać. 
Moja magisterka (bo i ona musiała się tu pojawić!) też czeka na wiosnę. Ostatnie dwa tygodnie to pasmo klęsk na tym froncie. Muszę się ogarnąć, bo będę się musiała pożegnać z magistrem w tej połowie roku, czego baardzo nie chcę.

Z tego co obejrzałam i przeczytałam to na pewno Me Before You, które polecam jako przyjemny zabijacz czasu. Książkę pochłonęłam w dosłownie kilka godzin, a film wycisnął ze mnie krokodyle łzy. Jutro wybieram się do kina na Lego Batman, mam przeczucie, że może być zabawnie :D

Ściskam Was w ten zimowy wieczór,
dina

C Z Y T E L N I C Y