30/12/2012

pokaż mi swoje emocje: wena,

W takie popołudnia jak tamto - zimne, ciemne i ponure jak samo piekło, Jason zawsze rozpalał w kominku. Siadał wygodnie w w fotelu z kubkiem czarnej kawy i wsłuchiwał się w trzask płomieni, które trawiły polana. Zapach lasu rozchodził się po całym pokoju. Przyjemne ciepło, silnie kontrastujące z listopadowym chłodem, dawało ukojenie zmarzniętym palcom po długim, samotnym spacerze. W takich momentach Jasona dopadało to szalone uczucie, że może wszystko. Stawał się bogiem. Miał się za cholernego twórcę, który trzyma w rękach ludzki los.

24/12/2012

jeden dzień,

- Cholera, gdzie są moje skarpety! - burknęła Zosia, wściekle miotając się po pokoju i przerzucając stertę śmieci z jednej góry na drugą. Nienawidziła, kiedy jej ulubione różowe wełniane skarpety uciekały pod łóżko i wciskały się w zakazane kąty. Było to szczególnie frustrujące, kiedy jej stopy przeistaczały się w dwa purpurowe sople, ponieważ na dworze temperatura spadała poniżej dwudziestu stopni, a cieć znów znów nie napalił w piecu na czas. Był wczesny poranek Wigilii Bożego Narodzenia. W tym momencie jednak najważniejszym problemem Zosi był fakt, że jest jej zimno w stopy i nic innego się nie liczyło. Nawet to, że jest tak cholernie sama. Sama w święta. Nie mogła wyobrazić sobie gorszego koszmaru.

23/12/2012

december,


source

Gdzie jesteśmy? Gdzieś zawieruszeni w zimowej zawierusze. Chaotyczni, niepoukładani, zagubieni, nie potrafiący obrać prawidłowego kierunku. W wirze płatków śniegu, prezentów, jedzenia dwóch ton i kalendarzyka małżeńskiego. Biegniemy nie odwracając się za siebie, bijemy pięściami na oślep, płyniemy rwani przez prąd codzienności.
Od ścian odbija się kojący głos Grzesia, który jest dla mnie najświąteczniejszym głosem na świecie. Chłonę go jak gąbka. Delektuję się jego słodkim dźwiękiem. Lśnią kolorowe lampeczki. Blask rozjaśnia ciemność. Długie, ciemne, zimne, grudniowe dni. Dom pachnie piernikiem, miodem, suszoną śliwką, plastikową choinką, szelestem papieru prezentowego i mimo wszystko dziwną, smutną, nieświąteczną atmosferą. Nerwowość przenika, tyle jeszcze do zrobienia. Zamieszanie, usiądziemy koniec końców, pogadamy. Będą uśmiechy przyklejone do zawiedzionej twarzy, będzie dziwna nuta w głosie. Niepokój.  Gorycz, że znów jest nie tak jak powinno być. 
Tak ciężko zebrać wszystkich tych najbliższych. Podziały. Podziały. Podziały. Chciałabym, żeby te podziały gdzieś się podziały. Zebrać wszystkich tych ludzi, z którymi chciałabym usiąść przy jednym stole. Dla mnie te święta to czas sztucznej rozłąki, dziwacznej przynależności i ograniczenia tradycją. Mój Mężczyzna gdzieś poza zasięgiem mojego wzroku, kilka ważnych osób spędzających ten czas gdzieś bardzo daleko, za siedmioma niemal morzami. Kilku samotnych. I wśród nich ja. Bo kto za definicję najbliższych podał jedynie rodzinę? Święta mówią "jednoczcie się, bądźcie blisko". Ja słyszę: "powinnaś być tu, z nimi. Inni to nie najbliżsi.". Buntuję się. Tak bardzo chciałabym spędzić ten czas z ludźmi, których ja uważam za moich najbliższych. 
Grudzień. Miesiąc podsumowań, jakiś kolejny kamień milowy, jakiś koniec. Nigdy nie robię podsumowań, bo mam pamięć jak złota rybka. Usiądę jednak w sylwestrową noc gdziekolwiek ją spędzę, choć na dziesięć minut, w ciszy i daleko od rumoru podniesionych wesołych głosów. Zamknę oczy, wciągnę mroźne powietrze głęboko i zachłannie do płuc. Odetchnę za ten nowy rok. 

21/12/2012

Zbieg Okoliczności,

Gdzieś daleko, za masą centrów handlowych i innych dziwnych wytworów cywilizacji znajduje się zakład karno-poprawczy Okoliczność. W tym miejscu dzieją się rzeczy zaskakujące, niecodzienne i zupełnie nie od parady. Więzieniami są dziwne stworzenia, bo sytuacje z przyszłości, które jeszcze czekają na swoją kolej. Często odsiadują wyroki dożywocia i nigdy nie doczekują swojego wielkiego dnia. Czasami jest to kara krótka i szybko zostają wypuszczone. To są te małe sytuacje, które wnoszą do naszego życia jakieś drobne zmiany. Niektórzy z tych więźniów bardzo, ale to bardzo nie chcą spędzić życia w celi. Knują, planują, kopią tunele podziemne. Aż w końcu im się udaje. I dopadają ludzi po przemierzeniu makrokosmosu. Uderzają z całej siły. Atakują na kibelku, na zakupach, podczas sprzątania i spotkania z przyjaciółmi. Spadają na nas jak grom z jasnego nieba i prawdopodobnie stamtąd właśnie mogą pochodzić. Tak właściwie nikt nie wie, gdzie znajduje się okoliczność. Przypadkiem trafiamy tam, prowadzi nas do tego jakaś niby to codzienna sytuacja. A w tym dymie codzienności wpada na nas Uciekinier. Buntownik, którzy chce zmienić swoje i twoje życie. Zbieg (z) Okoliczności.

20/12/2012

wypieki z mojej półki,




Generalnie ja i moja Kuchnia nie za bardzo za sobą przepadamy. Dlatego też, kiedy dina pojawia się w kuchni, wszyscy inni wybywają jak najdalej można. Dlaczego? Bo moje kuchenne rewolucje naprawdę różnie się kończą. Kiedyś (proszę nie pytać jak, bo byłam odwrócona plecami) ciasto WYSKOCZYŁO na ścianę. True story.

19/12/2012

love actually,

Dla mnie, to jest jeden z tych filmów. Ma Rickmana. Ma Firtha. A trzeba wiedzieć, że dla mnie Rickman i Firth mogliby pojawić się w reklamie środków na przeczyszczenie albo patelni - i tak będę gapić się jak w obrazek. Ma też Neesona. Och. Ma piękne kobiety, piękną Anglię.
I piękne historie, które ujmują mnie za serce. Ja wiem, bywam żałosna z tą swoją wiarą w dobry, kochający się świat. W ludzi, którzy wyznają sobie, co czują nie przez sms. Którzy lecą do Portugalii. Którzy mówią to prosto w oczy. Którzy w przypadku problemu potrafią się do niego przyznać. Jak niewiele w naszym życiu miłości. Rozczulam się. Drażnię sama ze sobą. Przez 135 minut łzy cisną mi się do oczu, mam zaciśnięte gardło. I koniec końców, płaczę jak dziecko. Bo kto nie chciałby przeżyć takiej cudownej, niecodziennej, filmowej miłości.
Zwykle o tym tu nie piszę. O filmach, o mnie - tak w innym, niebełkotliwym wymiarze. Teraz jest godzina druga w nocy. Pozostały dni dwa to tak zwanego końca świata. Spędzę go na sprzątaniu. Jak zwykle.  Pobawię się z siostrą. Później z moimi przyjaciółmi. A jak już zacznie strzelać meteorytami, albo ziemia zacznie mi klekotać pod nogami, albo nastanie wielka pajęcza apokalipsa, to ucieknę pod kołdrę z człowiekiem, który nadaje temu szajsowatemu światu znaczenie. Mocno się wtulę w jego ramiona. I zasnę. Kolejny mały dzień codziennej radości. 
I ucieknę z tobą od szumu i zapachu papierosów w każdy piątek. 
I w środę i w niedzielę też. Bo tak.

17/12/2012

gift,

Przeraziłam się dzisiaj. Miałam wątpliwości. Przez moment, maleńkie, ale wątpliwości. Oczywiście, oddam Ci moją nerkę, bo jesteśmy zgodne, bo wiem, że tego nie zmarnujesz, bo jesteś dla mnie kimś ważnym. Oddam Ci bezinteresownie pół litra krwi co 3 miesiące, bo wiem, że jesteś Bogu ducha winnym człowiekiem, który w niczym nie zawinił, a który potrzebuje tej krwi, bo może umrzeć. Wiem, że pożyczę Ci notatki, bo miałeś problemy w domu, pomogę nadrobić stracone zajęcia z powodu choroby. Pożyczę Ci kilka złotych, pożyczę moją ulubioną sukienkę. Pożyczę lub dam, bo coś dla mnie znaczysz. Twoje życie jest dla mnie ważne.

can't you see?


Często mam wrażenie, że za bardzo polegamy na zmysłach, które nas zawodzą. Za bardzo ufamy niedoskonałemu wzrokowi, zawodnemu węchowi czy płatającemu figle słuchowi, który potrafi być naprawdę nieprzewidywalny.
Za bardzo wierzymy czemuś, co istnieje, nie pozwalając sobie na odrobinę szaleństwa i wiary w coś, co jest dalekie, nieosiągalne, ale piękne. Nie raz pędząc gdzieś w pośpiechu wydaje mi się, że widzę kogoś po drugiej stronie ulicy, kogo tak bardzo chciałabym zobaczyć. Nie raz wydaje mi się, że w zatłoczonym autobusie czy w centrum handlowym ktoś woła moje imię. Nie raz, kiedy z głodu boli mnie żołądek czuję babciny obiad i zieloną herbatę. Nie raz czuję wibrujący telefon. Ktoś dzwoni, jak jednak telefon milczy. Tak często wydaje mi się, że już nie wiem, czemu mam wierzyć.
To nie tak, że nie lubię moich zmysłów. Uwielbiam w ciemności pochłaniać muzykę, wąchając skórkę pomarańczy i pałaszując cynamonowo-bakaliowe ciasteczko. Uwielbiam intensywne zapachy, które mnie otaczają. Uwielbiam nuty przesiąknięte barwną, lekką dźwięcznością, która zdaje się nie mieć końca. Uwielbiam, kiedy jesienne słońce wpada do pokoju, ogrzewając zmarznięte policzki, oślepiając zaspane oczy. Uwielbiam elektryzujący dotyk dłoni, który przyprawia o zawrót głowy. Uwielbiam miękkość włosów i szorstkość policzków. Uwielbiam ciepło i uwielbiam ciszę. Uwielbiam to wszystko czuć.
Wiem jednak, że to nie wszystko i że to coś, czego gołym okiem nie można zobaczyć pulsuje we mnie i w tobie. I że każdy może odnaleźć w sobie i w tym miłym człowieku obok, który stoi zmarznięty na przystanku, pocierając zniecierpliwione ręce tą jasną, gorącą aurę. I choć jej nie zobaczy, uwierzy w nią. Nie zobaczy jej, lecz ją poczuje. Tak naprawdę poczuje.


12/12/2012

fizyka życia,

Żył kiedyś pewien fizyk X. Było to tak dawno, że nikt z żyjących w obecnych czasach nie pamięta już o jego fantastycznie barwnej egzystencji. O tak, niesamowity był to człowiek. Nieopisanie pracowity, ogromnego serca oraz z niebywałą słabością do płci pięknej. Oglądał się za spódniczkami, kiedy tylko nie analizował równań długich jak tasiemce lub też kiedy nie spał, co jednak zdarzało mu się dość rzadko. Z tego, co mi wiadomo, Pan X zwykł sypiać nie więcej niż trzy godziny w ciągu doby z przyczyny dość prostej, aczkolwiek niezrozumiałej dla osoby szaro-zwykłej, która lubi drzemać i przysypia, kiedy tylko ma ku temu sposobność. Otóż naszemu uczonemu szkoda było czasu na takie głupoty jak sen. "Życie, życie, życie... Kilka chwil, które mijają niezauważone. Kilka minut, które jak piasek przesypują się między palcami, które nie potrafią go zatrzymać. Życie to tylko parę zmiennych x, y czy z. Nieplanowane sytuacje, przypadkowo spotkane osoby, jakieś nieprzewidziane zwroty akcji, które robią zamieszanie, z którym czasem tak trudno sobie poradzić. To jest właśnie życie." - Mawiał szalony naukowiec. Według niego my, ludzie od zawsze, jak Syzyf robimy sobie pod górkę - kombinujemy jak kobyły, kiedy droga jest tak oczywista, że aż banalna. Tu wystarczy coś ułatwić, tam coś uprościć.

11/12/2012

Przewodniczka Istnienia,

(polecam czytać przy : klik)




- Ty będziesz jego jedyną właściwą drogą. Będziesz go prowadzić i podnosić z licznych bolesnych upadków. Będziesz czuwała nad jego sercem, nad jego duszą i tymi uczuciami, złymi i dobrymi, które toczą w nim nieustanną walkę. Poniesiesz go lekką falą, jak rozbitka, ku bezpiecznej plaży, ze wzburzonego morza. Będziesz drogowskazem w niepewnej chwili, głosem w głowie, melodyjnym szeptem rozumu w momencie zwątpienia. Ty, istota nieskazitelna, podniesiesz zgubionego człowieka i wyrwiesz go z więzów zła i goryczy. Ty, byt czysty jak łza, będziesz z nim, gdy znajdzie się na dnie. Ty, najlepsza wśród złotych, zostałaś wybrana i staniesz się dla niego Przewodniczką Istnienia. 

- Czy podołam? Czy nie wyrasta to ponad moje siły? Czy zdołam dotrzeć do zagubionego człowieczego serca? 

- Poradzisz sobie. Wiem, co mówię. Jestem tego całkowicie pewny. 



ROZDZIAŁ I: GABRIEL

Dni mijały spokojnie i niemal bezproblemowo. Mała wioska na Mazurach, jak co roku ściągnęła do siebie tą samą grupę ludzi. Wśród nich znajdował się on. Czuł się jak młody Bóg i chwilami myślał, że lepiej już nie będzie. Wakacje trwały. Z daleka od miejskiego syfu i narzekającej na wszystko matki i nadprogramowo ambitnego i wymagającego ojca, wylegiwał się w hamaku, sennie podnosząc powieki, aby liczyć płynące po niebie obłoczki, leniwe tak jak on. Jedynym problemem mogła być plaga komarów albo niemal czterdziestostopniowe upały. Letni wietrzyk od niechcenia szeleścił liśćmi jabłoni i wplątywał się w zlepione potem włosy. Upał stawał się nie do zniesienia. Było duszno i parno. Był niemal pewien, że wieczorem będzie burza. Uchylił jedno oko, po chwili drugie. Zmobilizował wszystkie siły i stoczył się na trawę. Podreptał do jeziora. Orzeźwiająca kąpiel zdecydowanie była tym, czego było mu do szczęścia potrzeba. 
Gabriel Grabkowski, student medycyny i syn najbardziej cenionych ludzi w mieście W. Mogłoby się wydawać, że ma wszystko: dom, rodzinę, przyjaciół, kasę, urodę i zdrowie. Mylnie można by stwierdzić, że jest szczęśliwy, co byłoby oczywiście nieprawdą. Mężczyzna przemierzał jezioro, coraz bardziej oddalając się od brzegu. Słońce wisiało wysoko na niebie, leniwe chmurki gdzieś się rozpłynęły. Gabek czuł pracę kurczących się mięśni. Płynął coraz szybciej, aby poczuć zmęczenie. Wśród chlupotu wody usłyszał wrzaski dobiegające od strony wsi. Niechętnie zawrócił i już wolniej płynął w kierunku brzegu. 
Na plaży stała ona – kobieta o idealnych kształtach i doskonałych rysach twarzy. Miodowe włosy spływały po jej kościstych ramionach, układając się w sprężyste fale. Brzoskwiniowa skóra połyskiwała w sierpniowym słońcu. Perfekcyjną figurę dziewczyny podkreślała lekka sukienka, która uwydatniała atuty Natalii – wąską jak u osy talię i idealnie pasujące do niej biodra. Nakrapiany piegami nos i różowe usta stanowiły niemożliwie doskonałą całość. Patrzyła w dal błękitnymi, niewidzącymi oczami. Przy jej nodze siedział czarny pies, który wesoło merdał ogonem na widok zmierzającego ku brzegowi mężczyzny. Dłoń dziewczyny delikatnie łaskotała Kodę za uchem, a suczka trącała mokrym nosem nogę właścicielki. Natalia zaśmiała się wesoło i poklepała swoją towarzyszkę po grzbiecie. 
Kiedy dostrzegł stojącą na plaży dziewczynę, znów przyśpieszył a jego serce mocnej zabiło. W mgnieniu oka znalazł się na brzegu a pochmurne myśli oddaliły się, przygaszone jej blaskiem. Stanął przed nią i otulił ciasno mokrymi ramionami. Natalia zachichotała cicho. 
- Szaleńcze, będę cała mokra! 
- Nie szkodzi, cukiereczku. Sukienkę można zdjąć. – Zarechotał. 
- Chciałabym znów zobaczyć twój uśmiech. – Gabriel zobaczył, jak smutek wlał się w piękne oczy jego narzeczonej. Kochał się w jej oczach. Mógł w nich wszystko zobaczyć. Kiedy była smutna, robiły się szare, jak październikowe niebo. Kiedy się cieszyła, figlarnie błyszczały w nich maleńkie iskierki, były wtedy tak słodko błękitne i wesoło błądziły mimo tego, że nie widziały już od długiego czasu. Mógł w nie patrzeć godzinami. Za nic nie oddałby chwil, kiedy po prostu siedział i się na nią gapił. Była taka piękna. 
- Nie smuć się. Zobaczysz mnie, swoją suknię ślubną, nasze dzieciaki. – Jego głos złagodniał. Natalia smukłymi palcami dotknęła jego ust, policzków. Wodziła nimi po mocno zarysowanej żuchwie i spiczastym nosie, który odziedziczył po ojcu. – Do operacji zostało jeszcze tylko kilka tygodni. – Starał się, aby w głosie nie usłyszała strachu, który wypełniał jego smutne serce. 
- To jeszcze prawie dwa miesiące, Gabi. – Po policzku spłynęła jej gorzka łza. 
- Nie płacz, bo pęknie mi serce, moja słodka. Nie płacz, tylko mnie posłuchaj. – Szepnął łagodnym głosem. – Za dwa miesiące odzyskasz wzrok. Wybierzesz najpiękniejszą suknię, najpiękniejszy kościół. Weźmiemy ślub i wyjedziemy. Będziemy mieli gromadkę dzieciaków, sad za domem. Przecież o tym marzysz, prawda? Nie płacz, proszę. – Kciukiem otarł kropelkę, która powoli toczyła się po szczupłym policzku kobiety. 
Tak jak przewidywał, wieczorem niebo przykryła gęsta i ciężka warstwa granatowych chmur, które kłębiły się nad polami i jeziorami. Cienkie błyskawice przecinały ciemności, głuchą ciszę panującym w domku przerywały groźne pohukiwania grzmotów, które powoli się oddalały. Zimny deszcz przecinał powietrze, głośno uderzając o parapet. Krople ściekały po wielkich oknach, tworząc najróżniejsze wzory. Porywisty wiatr szarpał bezbronne drzewa, głośno świszcząc. Zielone liście i jednorazowe torebki miotały się bezwładnie, targane przez wichurę. 
Gabriel i Natalia siedzieli obok siebie na kanapie naprzeciwko największego z okien. Pokój wypełniał zapach malinowej herbaty i cynamonowych ciasteczek, które upiekł Hubert, starszy brat Gabrysia. Można też było poczuć zapach świeżych jabłek i róż, które stały w wiklinowym koszyku. Ogień wesoło trzaskał w kominku, wypełniając pokój ciepłym światłem rozpraszającym ciemności burzy. Koda leżała na stopach swojej pani. Oddychała spokojnie i miarowo. Oboje wiedzieli, że drzemie. 
- Jak wygląda teraz niebo? – Spytała cicho Natka, patrząc w jakiś odległy punkt. – Tak bardzo kocham burzę. Myślisz, że jeszcze ją zobaczę? 
- Nie ma innej opcji. – W jego głosie było słychać tyle ciepła. – Niebo jest granatowo-szare i wygląda na bardzo zagniewane. Wiesz, dlaczego się złości? Bo płaczesz, a ono nie lubi płaczu pięknych kobiet. 
Natalia uśmiechnęła się lekko. Podwinęła nogi na kanapę, obejmując je ramionami. Koda czujnie na nią spojrzała, jednak widząc, że wszystko jest w porządku, znów położyła łeb na łapach i leniwie zamknęła oczy. Blondynka upiła łyk ukochanej, malinowej herbaty, delektując się jej smakiem i zapachem. Oparła głowę na ramieniu narzeczonego. Objął ją w talii i głęboko się zamyślił. 
Tak bardzo ją kochał. Była tak delikatna, niewinna, bezbronna jak te liście miotane przez wiatr. Tak wiele było w niej nadziei. Jak długo miał ją jeszcze okłamywać mówiąc, że wszystko będzie dobrze? Ile czasu miało upłynąć, zanim dowie się, że już nigdy nie zobaczy gwałtownej burzy ani pierwszego kroku ich dziecka, o którym tak bardzo marzą? Obiecywał jej nieustannie piękną przyszłość, doskonale wiedząc, że nie ma szans na jej nadejście. Tak bardzo cieszył się, że nie widzi bólu, który wykrzywiał jego twarz za każdym razem, kiedy okłamywał ją słowami „oczywiście, kochanie”. Nie chciał kłamać. Od zawsze byli ze sobą szczerzy. Od liceum, od kiedy tylko się poznali, ich związek był zbudowany na szczerości i zaufaniu, których wszyscy im zazdrościli. A teraz podle kłamał. Wolał jednak to niż odebrać Natalii wszystko, co miała – wiarę i nadzieję. 
Usnęła, zanim burza ucichła. Ujął jej kruche ciało i przeniósł do łóżka, otulając ciepłym kocem. W pokoju na piętrze panował nieprzyjemny chłód. Zbiegł po schodach, starając się nie robić hałasu. 
Wyszedł przed dom. Elektryczne powietrze pachniało deszczem i lasem. Gabriel usiadł na drewnianych schodach i ukrył twarz w dłoniach. 
- Hej, stary, dobrze się czujesz? – Usłyszał nad uchem szorstki głos Huberta. Spojrzał na brata. Zobaczył w jego zielonych oczach przejęcie i troskę. Nie chciał go martwić. 
- Jasne. Po prostu nie mogłem spać. – Uśmiechnął się blado i odwrócił się od brata, patrząc gdzieś w dal. Nad horyzontem pojawiało się nieśmiało słońce, które dodawało mu otuchy. Poczuł zapach herbaty malinowej. Wziął od brata kubek i upił łyk gorącego napoju. Odnalazł w sobie jakąś siłę. Podniósł się zdecydowanym ruchem, wciskając naczynie w ręce Huberta, który nadal stał w na schodach i patrzył na pędzące chmury. 
W sypialni pachniało malinami i perfumami Natalii. Przez zasłony wpadały promienie słońca, kiedy Gabriel ułożył się obok narzeczonej i przytulił ją do siebie. 
- Coś się stało? Nie było cię. – Szepnęła zaspanym głosem. 
- Kocham Cię. – Mruknął i zapadł w głęboki sen.

_________________________________________________
Proszę o cierpliwość, chwilowo nie mam czasu za bardzo, 
gnają mnie terminy a więc na projekt trzeba będzie chwilkę zaczekać. 
W zamian za to, mały zamiennik, aby czytelnicze wtorki pozostały niezachwiane. 
Mam nadzieję, że się spodoba. :) 

07/12/2012


pomiędzy piekłem a piekłem
drzwi stoją dla mnie otworem
jedną z dwóch dróg mam wybrać
lecz płonąc, nie mogę


spala mnie miłość większa niż niemoc
która otoczyła mnie tamtego poranka
niszczy mnie ból który rozdziera
mój smutek i niemoc na dwoje


nasza droga nie może się spotkać
zbyt dalecy, zbyt bliscy za razem
dźwięki, szelesty wciąż grają
nieznaną melodię szkaradnej twarzy

06/12/2012

Albert,

W jego pamięci nadal brzmiał lubieżny chichot tych rozpalonych dziewczyn, które miękły niczym przejrzałe maliny na dźwięk jego głosu, które oblewały się szkarłatnym rumieńcem jak zbyt długo wystawiona na słońce wiśnia, które płonęły na samą myśl o potoku słodkich jak miód słów, które spływały z jego ust zupełnie od niechcenia, zupełnie tak naturalnie, jakby był do tego stworzony. Zupełnie tak, jakby jego przeznaczeniem było pojenie tych dziewiczych, czystych serc słowami niosącymi historie gorących romansów, których nigdy nie przyszło mu przeżyć. Te piękne słowa miały już zawsze subtelnie wnikać w miejsca, o których istnieniu te piękne, roześmiane dziewczęta nie miały jeszcze pojęcia. Albert poruszał romantyczną część serca, którą później zarumienione dziewczęta chciały oddać mu w całości, aby czarował słowami tylko ich uszy. Z nikim nie chciały się nim dzielić. Mimo to, Albert był zupełnie sam.
Na spotkania autorskie przychodziły rzesze dziewczyn o zarumienionych z podniecenia policzkach. Zajmowały miejsca najbliżej stolika Alberta Niechciejskiego - wysokiego, przeciętnie przystojnego bruneta po studiach, upiększonego wydatnymi kośćmi policzkowymi i dwudniową szczeciną na bladych policzkach, posiadacza ujmującego uśmiechu i czarujących, zielonych oczu. Gdyby przeszedł obok z tych dziewcząt chodnikiem w poniedziałkowy poranek, połowa z nich nie zwróciłaby na niego uwagi, "bo nie", druga zaś połowa również nie zarejestrowałaby jego obecności, "bo mają faceta". Kiedy przychodziło jednak do odczytów, spotkań autorskich, tłumy fanek namiętnych historii pióra Niechciejskiego napierały drzwiami i oknami niczym rozochocona szarańcza, która chciała pożreć go w całości, razem z jego romansami wyrytymi głęboko w sercu. 
Alberta cieszyły te spotkania. Z resztą, które męskie ego nie fruwałoby gdzieś pod sufitem, widząc pokaźne zbiorowisko kobiet, które ślinią się na jego widok. Rumiane kobietki niemal rozchylały przed nim usta i niekochane serca. On im dawał coś, czego nie dostawały od życia. Moment rozkoszy niesionej słowem, moment fascynacji literackiej lub ekstazy przeżywanej razem z bohaterami wychodzącymi spod pióra Alberta. Brunetki, rude, blondyny, wysokie i okrągłe, niskie i szczupłe, mężatki i singielki -  wszystkie wyczekiwały momentu, kiedy Albert zacznie czytać. Wtedy rozanielone westchnienia milkły jak ja uderzeniem magicznej różdżki i wszystkie panie, wpatrzone były w jeden punkt - dla nich przez tych kilka chwil w całym wszechświecie istniał tylko Albert i jego cudowne słowa.
Kiedy czar pryskał i kiedy nadchodził ten nieunikniony moment, że żony musiały wrócić do mężów a singielki do swojego marnego, singielskiego życia, Albert Niechciejski również wracał do swojej rzeczywistości. Zbierał resztki czaru z ziemi i udawał się do mieszkania na strychu starej kamienicy, gdzie za zamkniętymi drzwiami pisał o pięknej, gorącej, spełnionej miłości przepełnionej rozlewającymi ciepło w sercu słowami. Namiętnie uderzał w klawisze maszyny do pisania lub odręcznie przelewał na papier historie, które śniły mu się nocami. Nieprzeżyte minuty miłości. Sam, zupełnie sam.

forever sun,

Tam, daleko; tam, gdzie oko dorosłe nie sięga, ma swój bieg rzeka, która płynie pod prąd. Krystalicznie czysta woda jest schronieniem dla tęczowych Śpiewających Ryb. Pod niebem szybują wielkie, różowe pelikany i turkusowe mewy. Przerażona locha w kolorze pomarańczy zagania małe prosiaki do domu. Kraina, która swój początek wzięła u źródeł Rzeki Najczystszej; dom tych wszystkich tęczowych stworzeń jest bogaty w smutek. Spowija go bowiem Niemal Wieczny Cień.
Kraina Półcienia jest pogrążoną w żalu, corocznie umierającą ziemią. Wielkie, włochate pająki, niczym strażnicy mroku biegają jak szalone i szczują zlęknione stworzenia światła. Wyschnięte drzewa sieją grozę na skrajach dróg, którymi nikt nie chadza. Struchlałe stworzenia kryją się pod ziemią. Umierają ze strachu przed Mrokiem. Nikt nie lubi mroku. Jest zimno. I cicho. Jakby całe życie Krainy Półcienia umierało każdego dnia, w każdej minucie, z każdym tchnieniem. Nieustająca noc, smolista, cuchnąca stęchlizną. Smutna, płaczliwa, odbierająca wszelkie nadzieje na to, że coś się zmieni. Zmarznięta ziemia spowita jest szarym kurzem, którym od niechcenia pomiata leniwy wietrzyk, który śpiewa o tym, co niesie przyszłość. Trzeba w tym miejscu też wspomnieć o  innych mieszkańcach Krainy Półcienia. Promyki znalazły sobie dom w wydrążonych konarach obumarłych dębów. Te małe duszki, słodkie dzieciaczki, nic sobie robią z obezwładniającego mroku i cienia. Ich radość odbija się blaskiem. One są tchnieniem życia w duszącą ciemność. Ich śmiech jest jedynym niezbitym dowodem, że Kraina Półcienia ciągle na coś czeka. Na to, że historia zatoczy koło; że blask pokona Wieczną Ciemność.
Każdego roku przez społeczność Krainy Półcienia przechodzi nieopanowany szał ekscytacji. Wszystkie stworzenia: uśmiechnięte mrówki, śpiewające ryby, pomarańczowe prosiaki, pelikany i mewy a także Promyki wychylają swoje ciekawskie noski, ryjki i skrzela ze swoich kryjówek, aby obserwować Czary. Magiczny moment, kiedy Srebrna Kula ustępuje miejsca Źródłu Radości i celowi oczekiwań mieszkańców Krainy Półcienia. Trzeba przyznać, że ten widok jest niezwykle imponujący. Zza lasu, przemarzniętego horyzontu wychyla się Światłość. Zalewa swoim ciepłem całą krainę. Zmarznięta ziemia skrzy się w nagłym wybuchu światła. Szare drzewa mruczą, otulone pierzyną ciepła i życia. Wściekłe pająki umykają w cień. Promyki wybiegają z radością, tańczą w blasku radości. Wydają się jeszcze jaśniejsze niż zazwyczaj.  Harce i śmiechy wypełniają przez tych kilka chwil każdy zakątek Krainy Półcienia. Tęczowe ryby zawodzą radośnie. Mewy wywijają piruety i podniebne akrobacje. Mrówkojady jednają się z mrówkami. Szczęście, szczęście wszędzie! 
One wiedzą, że muszą cieszyć się każdą sekundą tego Objawienia. Chłonąć każdy promień, każdą cząstkę ciepła zamknąć w swoim sercu, aby grzała go przez kolejny rok. Do kolejnego Lśnienia!




pozostając w klimacie

04/12/2012

projekt oprawca: Dalila

Tysiąc burz w mojej głowie. Wichura, ulewa, grad, ciskające wściekle gromy. Pod nimi stado spłoszonych, dzikich koni uciekających w popłochu przed rządnym ich niewinnej krwi drapieżnikiem. Uciekają, uderzając kopytami w wyjałowioną ziemię. Suchą i głośną. Martwą. Stopklatka. Młot pneumatyczny wczesnym rankiem pod moim oknem. To powinno być zabronione. Brak bariery dźwiękoszczelnej i autostrada hamujących z piskiem gwiazd.  One tak uparcie nie chcą spaść.
I nieprzenikniona ciemność. Gęsta, głęboka, niemal namacalna, niebezpiecznie doskonała czerń spowija bezwładne ciało i wypełnia po brzegi rozczuloną pustkę. Mogłabym w niej nieodwracalnie zanurzyć się po same nozdrza. Zatonąć, opaść na dno. Bezwładna, ubezwłasnowolniona, wypełniona nocą. Czuję moją obcą dłoń gdzieś po drugiej stronie mroku. Odległą. Nieprzyległą. Próbuję poruszyć zesztywniałym palcem. Czuję opór. Nie mogę. Niczym u Gombrowicza, nieprzyzwoite ucho wyszło na jaw. Wylało się z niego gęste cierpienie, czarny smutek. Nie potrafię pokonać tej ciemności w sobie. Czuję wielki głaz o nieokreślonej fakturze. Może szorstki, może porowaty, może odrobinę pomarszczony. Z całą pewnością zimny, obcy, pokonany, rozbity na kawałki. Tam, gdzie jeszcze wczoraj biło moje serce. Nie mogę się ruszyć. Zamykam niewidzące oczy. Smoliste łzy uciekają w popłochu.
Nagły, krótki wybuch blasku wybudza mnie z odrętwienia. Nie wiem, jak długo leżałam, dławiąc się bezczynnością, bezcelowością i stagnacją. Jak długo żyłam-nie-żyjąc. Czuję coś, czego dawno nie czułam. Ból. Punktowy, pulsacyjny, nieprzyzwoicie przyjemny ból, który promieniując z pępka, torturuje moje zmumifikowane za nie-życia ciało. Drobinki wybuchu wirują, drażnią zaspane spojówki. Chcę mój sen. Moją ciemnię. Moją pustelnie. Mój grób za życia. Chcę znów zostać ogłuszona atramentową doskonałością. Wybuch odszedł tak nagle, jak przyszedł. Przeminął. Przebudził. Rzucona jak kukiełka, szmaciana marionetka w otchłań lodowatych fal, dryfuję. Wstrząsa mną dreszcz. Kolejny, silniejszy. Nade mną las, pode mną niewygodna ściółka. Pełznę niczym robak. Coś mnie unosi. Grawitacja zdaje się już nade mną nie panować. Silne wstrząsy zwiastują nieuniknione trzęsienie ziemi. Zlodowaciała ziemia pęka. Rozchyla przede mną ramiona nicości. Zaprasza. Chodź, spadnij razem ze mną na samo dno. Tam, gdzie już nic nie ma. Coś mnie tam ciągnie. Ciemność. Tęsknota za grobową deską, która nigdy nie była mi pisana. Jak niewiele potrzeba do szczęścia. Mały wstrząs, mały uskok, mała niczym dziurka od klucza przestrzeń, w którą można się niezauważonym wcisnąć. I zniknąć. 
Nie mieszczę się. Mój okrągły, żywy brzuch nie pozwala mi odejść. Nadal skrzy się nieznanym ciepłem. Wybuchem wielkiej nadziei. Zmiany. Nadchodzą nieuniknione zmiany. Nie, nie chcę! Puść mnie, Brzuchu!  Rzucam się buntowniczo, z wyboru. I wtedy... Rozczulam się. Czuję małą nóżkę, która wypełnia Pustkę. A może to zaciśnięta piąstka małej Wojowniczki, która będzie walczyć o życie do samego końca? Do pierwszego krzyku do ostatniego tchnienia?
***

Czuję się, jakbym była pod wodą. Niewyraźne słowa układają się w niezrozumiałe zdania. Nieznajome głosy krążą nad moją głową. Ociężałe powieki przepuszczają smugi sztucznego światła. Cuchnie.
- Pani córka miała wiele szczęścia. Gdyby ten chłopak zjawił się później, ta sytuacja mogłaby mieć tragiczny koniec. Zarówno matka jak i maleństwo powinny wyjść z tego cało. Oczywiście, córka pozostanie u nas, musimy monitorować rozwój dziecka. Niedotlenienie było krótkie, ale mogło pozostawić po sobie ślad. Pani córka pozostanie pod opieką psychiatry. 
Uchylam oczy. Jak przez mgłę widzę znajomą sylwetkę mamy i jakiegoś obcego faceta, który z zaciekawieniem przygląda się monitorowi. Za drzwiami majaczy się bezkształtna sylwetka. Chłopak, a może dziewczyna w czarnym kapturze, przygarbiona, przygląda mi się dziko. Tak sądzę.
- Lilka! Lilka! - pisk mojej mamy wyje mi w głowie niczym wściekła syrena alarmowa - Wszystko będzie dobrze!
Przymykam oczy. Gdzieś daleko pozostały jeszcze resztki snu i gęstej ciemności wypełniającej płuca. Zaczynam żałować, że nie rzuciłam się w tą cholerną Nicość. I znów czuję lekkie kopnięcie. I mam nadzieję, że jakoś to się ułoży.

03/12/2012

morderca,



ciągniesz mnie w nieznane
ciepło twojego serca
jesteśmy już prawie na miejscu
tyły miejskich garaży

wyjmujesz nóż i celujesz
głuchy krzyk z piskiem odbija się echem
moje zbrukane serce marnieje na chodniku

upadam nad tlącym się jeszcze 
niewyraźnym kawałkiem lodu
czuję chłód na skroni
czy to pot? to lufa

przestrzeliłeś moje marzenia
z hukiem odszedł mój świat




ostatnimi czasy bardzo poezją tu zajeżdża
dość mocno, mogłabym nawet powiedzieć
jutro miła odmiana dla fanów "projektu oprawca"
naprawdę nie sądziłam, moi kochani, że jest was tak wielu
za każde miłe słowo - dziękuję


Republika - Odchodząc



29/11/2012

katharsis,




Nie zsyłaj mi, Panie, Twych aniołów cichych 
Nie proszę o łaskę, o miłość, o szczęście 
W mej słodkiej pustelni niech mam swoje miejsce 
Z daleka od gwaru i kwiatów urodziwych 

Chcę znaleźć porządek, spokój, harmonię 
W wodach czystości zanurzyć ramiona 
Zmyć brud i hańbę, zostać oczyszczona 
Wiem, że wtedy cały świat dogonię


2010



27/11/2012

projekt oprawca: Alba

Zimny, szary, listopadowy. Taki dzień nie może być dobry. Taki dzień z góry spisany jest na porażkę.  Wstałam lewą nogą. Z reszta, jaka to różnica. Z nieba siąpi lodowaty deszcz. Wieje przenikający przez płaszcze wiatr, powietrze jest ostre. Nieprzyjemne. Wszystko jest nieprzyjemne. Spojrzenia przechodniów, których mijam w drodze do pracy. Oceniające, podłe. Wszystko jest podłe. Mój humor, moi dwulicowi przyjaciele, moje śmierdzące dymem i wilgocią mieszkanie, mój niedożywiony kot i moja nieodmienna samotność. Mam dość. Mam dość wszystkiego i wszystkich.
Drążącą ręką próbuję się nieudolnie upiększyć. Próbuję na sobie samej zrobić dobre wrażenie. Próbuję zrobić jakiekolwiek wrażenie. To już jakiś początek. Agresywny, czerwony lakier na paznokciach zbyt długo wysycha. Już coś zepsułam. Jakiś nieudany zaciek, jakaś brzydko zadarta fałda na palcu serdecznym. Niezdarną dłonią maluje bezbarwne powieki. Muszę. Zamglone oczy potrzebują wyrazu. Patrzę na kościste, jakby nie-moje palce. Długie, szpetne, wychudzone badyle. Do niczego się już nie nadają. Niezdarnie łapię pędzel i kreślę na twarzy nieregularne wzory. Uwydatniam moje niewydatne kości policzkowe, oczyszczam z wieczornej mgły spopielałe powieki. Nabieram koloru. Nie jestem tak paskudnie bezbarwna. Teraz jestem kiczowata. Przemalowana jak clown w depresji. W desperacji. Jestem desperatką. Ze wściekłością ochlapuję bladą skórę lodowatą wodą. Resztki makijażu spływają po zmęczonej twarzy, po szyi, po zbyt małych piersiach. Po braku piersi. Z lustra zerka na mnie karykatura człowieka. Patrzę na nią z pogardą. Ona na mnie też. Rozcieram gniewnie czerwoną szminkę. Mam w dupie taką kobiecość.
Mówiła, że mam poczuć się kobieco. Spróbować zaimponować moimi kobiecymi atutami. Komu? Tym wszystkim ludziom, którzy przechodzą przeze mnie jak przez chmurę? Szefowi, który ma mnie za nic? Matce, która sprzedałaby mnie za butelkę taniego wina? Mam zaimponować sama sobie? To ma pomóc mi poczuć się lepiej? Już naprawiłam sobie twarz. Mam pozornie-widzące oczy, pozornie-uśmiechające się, grzeszne usta. Rozplątałam szary kołtun smutnych włosów. Troskliwie gładziłam je szczotką. Niemal czułam ich łaszące pomruki, chcemy więcej. Teraz lśnią. Mienią się odcieniami brązu i czerwieni. Wszystko rozkwita, gdy otrzyma odpowiednią ilość troski. Teraz ubrałam moją ulubioną sukienkę. Stanęłam przed lustrem. Znów prysł czar. Wisi. Nie pasuje. Krzywdzę ją. Zasługuje, aby zdobić kogoś piękniejszego. 
Jestem zbyt nieidealna.
Kiedy ostatnio kwitłam? Kiedy to było? Wtedy, kiedy szorstkie dłonie w chłodne wieczory ścierały ze mnie trudy minionych godzin? Kiedy oddech pachnący kawą i przetrawioną nikotyną wplątywał się w moje niecierpliwe dłonie, scałowując z nich to, co chciałam ofiarować człowiekowi, który mieszkał ze mną w małej kawalerce przy Brzozowej? 
Ubieram eleganckie buty. Już jestem spóźniona na spotkanie. Zmieniłam sukienkę na jeansy i sweter. Na moją strefę bezpieczeństwa. Pędzę zaludnionym chodnikiem chwiejnym, niepewnym slalomem. Gubię kroki. Potykam się na patykowatych nogach. Jestem niedostrzeganym cieniem. Jestem chodzącym smutkiem. Zaraźliwą desperacją. Zazdrośnie zerkam na te kobiety, które bez godzin miziania twarzy milionem specyfików wyglądają jak królowe świata. Śledzę spojrzenia, które mężczyźni im posyłają. Liczą na tak wiele, nic nie dostaną. Patrzą na niewłaściwą kobietę. Ja tak wiele mogłabym im dać za chwilę uwagi.
W drodze do pracy wchodzę do piekarni. Zerkam na czekoladowe babeczki, na ciasta, które przypominają mi dom rodzinny. Na złocisty chleb, który uświadamia mi, jak bardzo jestem sama. Wychodzę z tanią kawą z automatu. Muszę się pospieszyć. 
Nie mogę. Nie mogę się zebrać. Wiem, że moja obecna praca jest niewystarczająca. Zupełnie tak, jak ja. Nie jest w stanie mnie utrzymać. Mnie i mojego kota. Muszę iść na to spotkanie. Nowe możliwości, zmiany. Mówiła, że to będzie dobre. Powinnam iść na przód. Ruszyć się. Działać. Cholera. Zwalniam kroku. Niemal stoję. Zatrzymuję się przed gmachem wielkiej korporacji. Jest naprawdę ogromny. Przytłacza mnie. Uciekam z płaczem. Jakiś głos woła coś za mną. Nie chcę słyszeć. Uciekam, ile sił w nogach nie odwracając się za siebie.
Dwie różowe i dwie białe. Gorzko. Sennie. Duchota. Gęsty dym z papierosa niebezpiecznie mnie otula. Zapijam gorycz zimną kawą. Oddech wraca do siebie. Już, Albo. Już jesteś bezpieczna. Miękki głos pieści moje zszargane nerwy. Bezbarwne powieki leniwie opadają. Jestem zmęczona. Przez przymknięte powieki widzę kartkę, która przypomina o wizycie. Z potoku niewyraźnych myśli wyłania się coś konkretnego. Co ja jej powiem? Znów stchórzyłam. Znów pokazałam, jak wielkim zerem jestem. 
Znów się boję. Boję się nicości, która mnie przejmuje. Wypełnia moją pustkę. Kontroluje, niszczy. Zabija. Kot wtula się w moje kościste, lodowate żebra. Bije we mnie ogniem, miękkością. Zasypiam.


odpowiedź na pytanie "czym jest projekt oprawca"? TU
pod listem gończym


____________________________________________

czytam: Nathaniel Hawthorne - Szkarłatna Litera 

anonymity,


Czym jestem...?

Jestem moim jedenastocyfrowym numerem PESEL. Jestem zbiorem liter i cyfr, które składają się na numer mojego dowodu osobistego. Jestem klientką kupującą ubrania na 159 cm wzrostu, buty w rozmiarze 37. Jestem moim dziewięciocyfrowym numerem telefonu śmiesznie zapisanym na liście kontaktów na Twoim nowym smartphonie. Albo siedmiocyfrowym numerem w komunikatorze Gadu-Gadu. Jestem niepoważnym adresem e-mail. Jestem numerem identyfikacji klienta banku internetowego. Jestem loginem na soup.io, na allegro i na last.fm. Jestem studentem numer 207718.  Jestem 0 Rh+. Jestem?



26/11/2012




Cóż z życia, gdy żyjąc, nie smakować życia
Nie widzieć, nie czuć nie można mi było?
Cóż miłość, gdy czując, nie czułam mrowienia?
Bez szczęścia, tych oczu, tylko Nic się tliło
W mym sercu niejasnym zimnym promieniem
W mgnieniu oka zgasło, nie żyłam chwil kilka
Czułam jak nicość wypełnia me płuca,
Krztusząc się wolnością znów pragnęłam życia.

/206 dni samotności/


dr. 2010



Coma - Pasażer


uświadomiłam sobie, jak wiele wody już upłynęło. z przerażenia i zdziwienia 
dramatycznie złapałam się za głowę
~730

24/11/2012

stars are chaotic beauty,

Gwiazdom często się nudzi. Wiszą sobie tak wysoko, ani pogadać, ani pośmiać się. "Ależ to nasze życie nudne!" - narzekają gwiazdy. - "A jakie długie!".
Podczas tego długiego życia, zdarzy się, że nagle jakaś sąsiadka gwiazdy Iksińskiej, zupełnie nagle i całkiem niespodziewanie, wybuchnie dynamicznie i hucznie, jak fajerwerki w sylwestra, robiąc masę hałasu i niszcząc wszystko na swojej drodze. Czasem się jakaś narodzi. Czasem coś wpadnie do Niby-Wszech-I-Wogóle Czarnej Dziury i przepadnie jak kamfora. Zassie się wtedy taka, wessie wszystko w siebie i myśli, że stanie się przez to lepszą. Nadyma się, pochłaniając wszystko, o co zahaczy.
Trzysta miliardów trylionów zylionów lat świetlnych od śmierdzącej Ziemi, która doprowadza się do totalnej autodestrukcji, pewna gwiazda Gieksińska rzekła nostalgicznie, gapiąc się w Nicość, do swojej gazowej sąsiadki, Rycińskiej: "Chyba zaraz przekroczę masę krytyczną i zapadnę się do środka, a na moich obrzeżach świat będzie się kończył. Ponadto, muszę dodać, że najpierw się wydmę, pęknę i dopiero zgasnę". Stara Rycińska spojrzała na nią sponad okularów, odrywając się od szydełkowania: "Zrób przy tym chaos. Będzie większy porządek, niż teraz na świecie panuje. Niech wyjdzie choć coś dobrego z tego wszechogarniającego huku".

22/11/2012

co mi mówi moja głowa?

Odlatuję myślami gdzieś daleko, oczy błądzą. Pod powieką, po ścianach, suficie, gdzieś po linii horyzontu, jakiś maleńki punkt za oknem staje się centrum wszechświata. Czasem udaję, że patrzę prosto w oczy, a tak naprawdę jestem bardzo, bardzo daleko. Czasem się zatracam. Czasem śnię. Czasem spotykam ludzi, którzy nie wiedzą, że tam są. Tam, czyli w mojej głowie. Zastanawiam się, co oni tam robią, kiedy nie są ze mną? Szukają mojej piątek klepki? Układają górę myśli na półkach, żeby coś jeszcze się zmieściło? Ucinają sobie krótkie pogawędki lub długie dyskusje na błahe tematy? Próbują mi coś wpoić, coś wybić z głowy, coś uświadomić? A może wtedy wcale ich tam nie ma?
Co oznacza, że spotkałam tą czy tamtą, konkretną lub niekonkretną osobę? Przypadkowego przechodnia, panią z kiosku, znajomego poznanego w wakacje, przyjaciela ze szkoły, koleżankę, z którą dzieliłam ławkę lub taką, z którą dzieliłam sekrety? Wracają słodko-gorzkie wspomnienia? A może podświadomość mówi mi: tęsknisz. A może coś w rodzaju jesteś im coś winna. Albo oni też za tobą tęsknią. Wracam z nimi do miejsc, które w głowie gdzieś upchnęłam i chciałam nie-pamiętać. Tam, gdzie od ścian i powiek odbijają się zapomniane głosy, gdzie dłoń, której dotyku nie znałam, klepie mnie po ramieniu i chce prowadzić gdzieś na manowce.  
Co mi mówi moja głowa? Wraca niepamięć? Wraca to, co uleciało z czasem i to, co na siłę wypierałam z pamięci? A co jeśli nie chcę? Nie chcę i nie mam siły walczyć? A jeśli chcę spotkać kogoś, kto już dawno u mnie nie był? U mnie w głowie. I wcale nie mówię to o zdrowym rozsądku.




P.S: Jeśli jeszcze ktoś się nie załapał i nie zna nowiny, na blogu publikowane są fragmenty "projektu: oprawca". Część pierwszą można znaleźć TU, kolejne już wkrótce. W pasku bocznym można znaleźć dział "PROJEKT: OPRAWCA". Znajduje się tam odnośnik, który będzie odsyłał do zebranych postów. Polecam serdecznie.

21/11/2012

chciałabym być traktowana bardziej s e r i o,



Może brakuje mi klasy. Elegancji i wyczucia smaku. Może brakuje mi jakiegoś kobiecego polotu. Makijażu dojrzałej kobiety a nie dziewczynki, której drży ręka, kiedy próbuje pomalować rzęsy. Może w mojej garderobie brakuje eleganckich, dojrzałych ubrań. Może pora wymienić moje młodzieżowe koszulki na coś bardziej "poważnego"? Może brakuje mi dowodu osobistego na każdym kroku. Może brakuje mi poważnej fryzury, zamiast wiecznie rozwianych włosów albo niedbałego koczka. Może brakuje mi zamiłowania do poważnych filmów, Chopina albo literatury rosyjskiej. Może brakuje mi  poważnych tematów do rozmowy. Może lat. Może ogarnięcia. 
Po prostu chciałabym być traktowana bardziej serio


poważna fryzura na dziś
Plain White T's - "Hey There Delilah"


P.S: Jeśli jeszcze ktoś się nie załapał i nie zna nowiny, na blogu publikowane są fragmenty "projektu: oprawca". Część pierwszą można znaleźć TU, kolejne już wkrótce. W pasku bocznym można znaleźć dział "PROJEKT: OPRAWCA". Znajduje się tam odnośnik, który będzie odsyłał do zebranych postów. Polecam serdecznie.

20/11/2012

projekt: oprawca,

Gabinet nie pomaga. Jest ciemny, zimny, przesiąknięty zapachem pleśni, zepsucia, niemoralnych zachowań.  Czuję się oszołomiona lodowatością tego miejsca. Jak mam się otworzyć, skoro boję się, że zamarznie mi serce? I tak czuję się zimna jak lód. Bryła lodu przychodzi po pomoc. Niczym królowa śniegu uśmiercam każde ciepło, które stanie mi na drodze. Zasłony. Zgniłozielone, wiszą tak, jakby nie chciały. Są jak mgła, która nie pozwala spojrzeć dalej. Ograniczają spojrzenie na błękitne niebo. Na wolne niebo. Nogi biurka. Pogryzione przez myszy. Nadgryzione przez ząb czasu. Obleśne. Co ja tu robię? Ach, tak. Przyszłam po pomoc. Usiądę, mniej detali będzie mi się narzucać. Fotel jest brudny. Śmierdzi potem wilgotnych, zdenerwowanych dłoni. Przypalony papierosami sprawia wrażenie, że nikt go nie kocha. Jest samotny. Sam został w swojej prostocie i nieszczęściu. Obok stoi drugi. Równie brudny i niekochany. Nie mogą sobie pomóc. Zniszczenie przeniknęło je na wskroś. Mogą liczyć jedynie na łaskawość czasu.
Siedzę na tym fotelu. On mnie otula. Emanuje nieznanym dotąd ciepłem. Samotny, zniszczony, pragnie dzielić się ze mną tym, co zostało z jego misji. Łączy się ze mną w mojej samotności i bólu. On cierpi tak jak ja. Zza biurka przygląda mi się młoda kobieta. Ma przenikliwe oczy, którymi rzuca w moją stronę badawcze spojrzenia. Patrzy na mnie tak, jakby chciała poznać mój sekret. Ma piękne włosy i uśmiech, który topi wściekłość, która niczym złośliwy guz naciska na moje życie. Bombarduje serce kawałkami gniewu, które ostre, sprawiają, że powoli wykrwawiam się. Ostatki sił broczą, tętno zanika niewyraźnie. Nie wiem, czy nadal żyję. Oddech płytki, krótki, urwany. Drążące dłonie szukają pocieszenia. Nie wystarczy już sen. 
Z ust wylewają się słowa. Nerwowo bawię się palcami. Tyle pozostało mi z zabawy życiem - natrętne ugniatanie palców. Są sine, zmarznięte. Chcą już do domu. Potok słów zalewa maleńką kobietę, która słucha. Po raz pierwszy w życiu, ktoś mnie słucha. Nie muszę krzyczeć. Wystarczy, że jestem. Słowa, niczym woda niebezpieczne, zbliżają się do punktu krytycznego. Mój Oprawca wychodzi ze mnie. Wylewa się w słowach, gorących łzach. Jestem w amoku. Boję się własnych słów. Boję się prawdy, która naga, wychodzi na jaw. Chcę zniknąć.
Kobieta ma ciepłe dłonie. Wiem, bo delikatnie uścisnęła mnie, żegnając się i mówiąc: do zobaczenia. Nie wiem, skąd wiedziała, że mam zamiar wrócić. Znów płakać, palić papierosy i opowiadając o nieszczęściu obcej kobiecie. Wiem, że muszę do niej wrócić. Tylko ona może mi pomóc wrócić mi do siebie. Znów stać się sobą.
Na korytarzyku siedzi ciężarna dziewczyna. Patrzę w jej oczy i widzę śmierć. Żal, nienawiść, wyniszczenie. Gdyby fotel miał oczy, właśnie tak by wyglądały. Chciałabym jej pomóc. Jednak najpierw, muszę pomóc samej sobie. Oprawca musi ponieść karę.

19/11/2012

change lust,

"Myślę, że chciałam iść za horyzont. Zobaczyć coś nowego. Zobaczyć coś, co mnie zaskoczy. W czterech ścianach czułam się ograniczona. Coś w środku mówiło mi, że mijam się z moim życiem. Wiedziałam, że przepuszczam je między palcami i pozwalam mu kończyć się, nie biorąc w tym udziału. Żyć, ale nie żyć. Paradoks istnienia.
- Wiesz, tak się ostatnio zastanawiałam. Gdyby tak zmienić swoje życie. Uciec od tego, co mam teraz. Zacząć wszystko od nowa. Jakby to było? - mruknęłam nagle, przerywając martwą ciszę. Podniosłam oczy znad gazety i upiłam łyk kawy. Spojrzałam na Jaspera.
- Myślę, że to odważne. Sam nie postawiłbym wszystkiego na jedną kartę. Zostawić to, co zdobyłem i wyjechać, żeby sprawdzić siebie? Nie czuję potrzeby, żeby dowiedzieć się czy moje życie ma sens. Kocham je takim jakie jest i nic bym w nim nie zmienił. - powiedział, nie odrywając wzroku od monitora. "


18/11/2012

music,


Cicha melodia pulsuje gdzieś wewnątrz mnie. Czuję ją we krwi, w każdej najmniejszej cząstce tej chwili. Toczy się, dociera do miejsc, o których istnieniu nie miałam zielonego pojęcia. Inne dźwięki wplatają się w nią, napływając z zewnątrz. Harmonia tych pojedynczych, małych spraw napełnia mnie spokojem i paradoksalną ciszą. Jest cicho, a jednak coś gra. Otacza mnie też jakiś zapach.
Jest słodko-kwaśny, nienachalny, ciepły i kojący. Zmysły pracują na najwyższych obrotach. Pod przymkniętymi powiekami przemykają barwy. Tysiące kolorów, które układają się w niesamowite obrazy. Niemal słyszę te kolory. Czyż to nie piękne? Ich cichy, doskonale znajomy głos przyprawia mnie o miły dreszcz. Czuję, jakby kropla lodowatej wody ściekała mi w dół pleców. Pościel jest jeszcze zimniejsza niż zagubiona deszczówka. Jest mi obca, choć tak bardzo znajoma. Moje, lecz nie moje. Paradoks sytuacji powoduje niezręczną ciszę i moja-nie-moja melodia milknie. Widzę jej konkretny kształt w niekonkretnym momencie. W ciemności widzę jej oddalający się cień. Boję się stracić to, co znam. W mroku nadal nucę niedosłyszalnie piosenkę. Czuję, że nadal jestem w domu. Uwięziona przez cztery ściany ciemności próbuję drapać. Rozpaczliwie miotam się w poszukiwaniu światła i nasłuchuję wołania ciepłej melodii, która wyprowadzi mnie z ślepej uliczki otępienia. Czuję zobojętnienie. Zabrakło barw, świateł i cieni. Zabrakło ukochanej piosenki i ciepłego oddechu eteru. Zawisłam gdzieś na włosku nad niebezpieczną przepaścią. "Nie boję się" - powtarzam sobie uparcie. Zaklinam się tak długo, że zaczynam w to wierzyć. Nie wiem, ile czasu mija. Świat nadal trwa, a muzyka razem z nim.

16/11/2012

kto ma bardziej rację?

Jest sobie hipotetyczny mąż i jego hipotetyczna żona. To całkiem przypadkowe, hipotetyczne małżeństwo jest ze sobą bardzo szczęśliwe i nigdy się nie kłóci. Pewnego hipotetycznego dnia, hipotetyczny mąż obiecuje hipotetycznej żonie, że zabierze ją do kina, bo ją bardzo kocha i wie, że chciała zobaczyć ten hipotetyczny film. Umawiają się na pewien hipotetyczny dzień oddalony o kilka dób.Następnego poranka pada propozycja z góry. Jedźmy na super wypasiony... seans, powiedzmy.
Super wypasiony seans filmowy, dużo fajniejszy od tego, który hipotetyczny mąż obiecał hipotetycznej żonie. Problem leży w tym, że tylko mąż chce tam jechać. Żona nie lubi tego filmu i bardzo jej zależało na tym filmie, na który hipotetyczny mąż obiecał ją zabrać. Hipotetyczna żona nie wie, co robić. Wie, że hipotetyczny mąż bardzo chce zobaczyć ten drugi film, bardzo go lubi i kiedyś go przegapił. Teraz ma okazję go zobaczyć. Z drugiej strony, hipotetyczna żona jest rozżalona i zawiedziona, bo chciała iść z mężem. Jest smutna tym bardziej, że obiecał, że pójdzie używając argumentu "kocham". Znaczy, że nie kocha? Że kocha bardziej film niż żonę? Wie, że nie. Ale ciężko się pogodzić, ze zmianą wspólnych planów na plan "każdy pójdzie w swoją stronę". 
Kto ma bardziej rację? Zły mąż, który jest zły, bo chce jechać na swój film? Czy hipotetyczna żona, bo mąż nie chce iść z nią, choć jej obiecał?

Versatile Blogger Award

Przyznaję, że jestem totalnie zaskoczona i zaszczycona. Blogowanie blogowaniem, ale zwykle na bocznym torze, gdzieś z tyłu a tu nagroda bloggerów od babki, która zdecydowanie radzi sobie z blogowaniem. W tym miejscu chciałabym powiedzieć dziękuję Melancholii: za to wyróżnienie i za kilka innych spraw. Postaram się spełnić wymogi, oczekiwania. Po prostu zasłużyć sobie na to wyróżnienie.


Fakt # 1
Entomofobia
Po polsku? Paniczny lęk przed owadami. Dosłownie paniczny. Kiedy śnią mi się osy (moje przekleństwo) budzę się zlana zimnym potem. Pająki we śnie budzą mnie momentalnie. Już przebudzona czuję jak po mnie łażą, jak chcą mnie zjeść i nie zasnę spokojnie, dopóki nie będę wiedziała, że nie ma żadnego robala w mojej pościeli. Poza snem? Osa w pokoju - mnie nie ma w pokoju. Najbardziej najadłam się wstydu, kiedy do pokoju wleciała osa, ja bałam się ją zabić i prosiłam ojca mojego faceta, żeby ją zniszczył. No cóż, każdy ma swoje wady, ehehhe. Generalnie, robaki są ohydne, obrzydliwe, ble i fuj.

Fakt #2 
Tatuaż
Mam, kocham i uwielbiam. U siebie a zwłaszcza u kogoś. Na facebooku lwią część moich "lajków" otrzymują panie i panowie z pięknymi dziarami. Przyznać muszę, że to cholernie uzależnia. Pierwszy tatuaż (i jak do tej pory jedyny, niestety :( ) ma już ze dwa lata i od dłuższego czasu obiecuje mu braciszka lub siostrzyczkę :D Mam już projekt, idealną lokalizację, uzbieraną część funduszy. Pozostaje uzbroić się w cierpliwość i w międzyczasie wymyślać kolejne cudowne wizje. Prawdę powiedziawszy, mam już nawet drobne przebłyski geniuszu. :D

Fakt #3
Uzależnienie od muzyki
Kiedyś mój przyjaciel powiedział: ty bez muzyki żyć nie potrafisz. W rzeczy samej. Wszystko, co wpadnie mi w ucho jest przeze mnie męczone, dopóki nie wymęczę (masło maślane). Muzyka 24/7. A to na telefonie, a to na komputerze. Jak jest okazja to chętnie na żywo. Nie ograniczam się. Jestem tolerancyjna jeśli chodzi o brzmienia muzyczne. Nie jestem zdeklarowanym niczym jeśli chodzi o subkulturę związaną z muzyką. Powiedziałabym, że jestem bliżej nieokreśloną mieszanką wszystkiego. No, jednego gatunku nie trawię po prostu. Disco polo to zdecydowanie nie moje rytmy.

Fakt #4
Glany
Mój big, big love - moje ośmiodziurowe Rangersy na potrójnej podeszwie. Niezależnie od pogody, czy upał czy mróz moje buciory dzielnie mi towarzyszą. Przebiegałam w nich pół wakacji i na każdym kroku, co mnie dziwiło właściwie, słyszałam pytanie: "nie jest ci w tym za gorąco?!". Nie, nie jest. Wydałam na nie pieniądze dzielnie zbierane na Woodstock (i pojechały ze mną na Woodstock :D). Kocham je z całego serca. Czuję się w nich kompletna. Spełniona. Wyższa (o tym za chwilę). Silniejsza. Trochę je wykorzystuję, bo używam ich nie tylko do chodzenia. Glany są na przykład świetnymi ciężarkami na nogi do ćwiczeń. Ciężkie, wielofunkcyjne :D Są już z lekka dobite, sfatygowane, sznurowadła wołają o pomoc, przydałoby się wypastować i jakoś o nie zadbać szczególnie, ale mi się wydaje, że glan im brudniejszy, tym bardziej charakterny :D Z resztą, jak wszystkie glany. Mam kolejny cel - tym razem Steele 30-dziurkowe. Proszę trzymać kciuki :D Środek wymienny? Martensy :D Nie dziwota.

Fakt #5
Kawo, herbato i kakaoholiczka
Dziennie wychodzi jakieś 5 litrów serwowanych wymiennie. Mleko z kawą, kawa z mlekiem, kawa bez mleka, herbata malinowa, zielona (*.*), czerwona, kakao prawdziwe (żadne rozpuszczalne szmelce) - gorzkie lub słodzone miodem. Od wyboru do koloru właściwie non stop. Kawy i herbaty nie słodzę. Taka ciekawostka. 

Fakt #6
Niespełniona pisarka
Tym trudnym rzemiosłem trudnię się już 7 lat, czyli od czasu pierwszego bloga. Tak, coś około tego. Początkowo proza, później próby w poezji, później luźne, niczym nie powiązane ze sobą opowiadania. Teraz obstaję raczej przy pisaniu bloga. To mnie rozluźnia, cieszy. Właściwie, pisanie to jedyna stała w moim życiu. Wszystko inne do tej pory się zmieniało, prędzej czy później. Mam takie marzenie: napisać kiedyś coś do końca. Coś cholernie dobrego.

Fakt #7
Mam kompleks na punkcie swojego wzrostu
Staram się go obracać w żarty w stylu: "jak wy staliście w kolejce po wzrost, to ja stałam w kolejce po poczucie humoru/inteligencję/urok osobisty/cycki (hahaha)" albo "rosnę wspak" albo "jeszcze dwie kostki czekolady i będę szersza niż wyższa". Moje nędzne 159 cm wzrostu sprawia, że przy większości ludzi czuję się jak mrówka. Staram się jak mogę, wyprężam kręgosłup ile wlezie, ale 161 cm nie mogę przebić. 


Dziękuję za uwagę!

15/11/2012

open your eyes,





Maleńka, ledwo zauważalna ciupinka, dzięki której tak wiele można zobaczyć. Sama w sobie niepozorna, delikatna, nietrwała, zależna. A jednak - potężna. Zmienia wszystko dookoła. Bez niej czujesz się bezradny. Zupełnie bezradny.
Spójrz tylko, jak niewiele potrzeba, aby przejrzeć na oczy. Tak niewiele, to taki maleńki kroczek, a jednak idzie za tym potęga świadomości, jasności i klarowności. Skok w przepaść, długie spadanie w nieznaną, przerażającą otchłań, zachłyśnięcie się prawdą jak lodowatą wodą po wypłynięciu na głębiny. Blask prawdy o świcie, promień słońca po burzy. Otwórz oczy.

Dlaczego po omacku krążąc w mrokach cieni, przerażeni i nadzy, 
tak bardzo boimy się przyznać prawdzie, że ze ślepotą nam do twarzy?

13/11/2012

wewnętrzne zagotowanie,

Nienawidzę wręcz, kiedy moje myśli o słodkim obibokowaniu burzy jedno słowo: szkoła. Już mi tak dobrze było przez ostatnich kilka dni. Olewka totalna, cudowna błogość robienia-co-mi-się-żywnie-podoba. Już prawie poczułam się wolna. I co? To co zawsze uderza z wzmożoną siłą. Takie są efekty, kiedy wraca się do siebie po tym, jak człowiek poczuje się za dobrze.
 Szlag mnie trafia, chcę się zakopać pod kołdrę, nadal mieć czas na czytanie, słuchanie muzyki, przekopywanie się przez otchłań własnej osobowości. Pić herbatę od rana do wieczora, wymyślać niestworzone historie o tym, jaką to mam wenę, jak zawzięcie się uczę i jak bardzo chce-mi-się-ruszyć-dupę-z-miejsca. Marzenie ściętej głowy. Bardzo jestem w tym momencie smutna, zła, wzburzona. Cholera. Już mi za dobrze było, no.
Nie to, że nie lubię szkoły. Rozumiem, że edukacja jest ważna, muszę przecież zapewnić sobie byt i szczęśliwą przyszłość. Zadaję sobie tylko jedno pytanie. Dlaczego bezpieczna przyszłość kosztuje mnie szczęśliwą teraźniejszość? 


10/11/2012

saturday morning,



Nie lubię wcześnie wstawać w soboty. Dlaczego? Bo albo odsypiam piątkową zabawę i to wciąż o kilka godzin za mało, albo po prostu chcę pospać, poczuć smak wolności i tego, że nie trzeba od ósmej siedzieć na historii literatury amerykańskiej.
Tak więc, jeśli to byłaby normalna sobota, wywiesiłabym Młodszą na balkonie do góry nogami, przykutą kostkami do szczebelków, żeby dyndała tam na wietrze, dopóki nie zaczęłaby przyznawać mi, że jestem królową świata, ale dziś nie mam na to czasu. Dziś mam misję - kupić czapkę (i może rękawiczki ^^), która będzie pasować do kurtki. Tak, zawsze miałam z tym problem i do tej pory byłam mistrzem dobierania do siebie rzeczy z całkiem różnej mańki. Pora to zmienić, ehhe. Tak więc czeka mnie bieganie po sklepach, które wręcz uwielbiam... 
Kiedy już muszę rano wstać, lubię delektować się wczesną porą. Tym, że jeszcze wszędzie jest cicho, że nikt nie skacze mi nad głową. W spokoju zjeść śniadanie, bez pośpiechu, poganiania, kata nad dobrą duszą. Wypić zieloną herbatę (która na zdjęciu wygląda jak kompost o.O) z ulubionego kubka z układem pierwiastków. Tyle chemii w twoim życiu, przypomina.


05/11/2012

savings,

Forma jest różna, treść ta sama, cel zawsze wysoko postawiony. Słoik, butelka, kubek, metalowa puszka, pudełko po ciasteczkach. I masa mniej lub bardziej drobnych pieniędzy odłożonych na różne szczytne cele. Ja zbieram na nowe 30-dziurkowe glany pieczarki, na Woodstock 2013 (jak bozia da), na tatuaż, na bardziej szczytne cele, które mają to do siebie, że są bardziej osobiste i niekoniecznie do dzielenia się nimi na forum publicznym nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że mało kto to czyta, bla, bla, bla.
Zeszłoroczne oszczędzanie pokazało mi, jak bardzo upośledzona jest moja słaba silna wola, moje zdolności do gospodarowania pieniędzmi. Moja WOODSTOCK PUSZKA stała się czymś bardziej w rodzaju puszki ratunkowej na wszelkiego rodzaju tzw. "niespodziewane wydatki" - małe weekendowe szaleństwo, coś dla brzusia łakomczusia, coś dla zaspokojenia manii zakupoholizmu. Koniec końców, moje oszczędności zbierane przez ROK! (zaczęłam od razu po PW 2011 od sierpnia do sierpnia) wyniosły 120 zł (ehehehehehe) i zostały wydane na moje Traktorki. W tym roku póki co idzie mi całkiem całkiem. Mamy początek listopada a ja mam 80 złotych ulala :D Z tym, ze w tym roku docelowo mam w planach zagęszczenie wydatków na sezon letni: tattoo i Woodstock '13 jak bozia da. Jednym słowem SHIT. I trzeba zacisnąć pasa. Buu :(



23/10/2012

no motivation



Cóż, zadziwiam samą sobie. Otóż, nie opieprzam się jak dzika, jak zwykle to mam w zwyczaju. Wtedy, kiedy mam masę rzeczy do zrobienia, a zupełnie nic mi się nie chce i kiedy tylko mam ochotę leżeć, pachnieć, natrzeć się nawilżającym balsamem i mieć wszystko w szerokim poważaniu. Wydaje się, że na dłuższą chwilę, a może nawet chwil kilka muszę zupełnie zapomnieć o tej fascynującej i cudownej formie spędzania wolnego czasu, bo zwyczajnie nie mogę sobie na nią pozwalać tak często i swobodnie jak dotychczas. A jest tak kuszące, jak czekolada. Jedna chwila i już nie masz ochoty przestawać.
Jedyne o czym dziś potrafię myśleć to to, żeby nie spalić ubrań podczas prasowania, masa słówek na określenie aparycji (ileż wspaniałych synonimów na wychudzonego czy też korpulentnego człowieka!) oraz plusy i minusy cenzury we współczesnym społeczeństwie. Czeka mnie jeszcze jedno z dwóch: Hamlet lub artykuł na temat wartości stylistycznych Deklaracji Niepodległości. Obie opcje tak fascynujące, że doprawdy, nie wiem, na co się zdecydować. -.-
Na koniec krótka, acz treściwa refleksja na temat nieudolności życiowej. 




18/10/2012

that place


london eye

Wrócić tam. Chociaż na parę chwil. Czuję jakąś dziwną, odległą, platoniczną tęsknotę za czymś, co ledwo znam a co jest mi cholernie bliskie. Z sentymentem przeglądam stare zdjęcia, uśmiecham się do siebie. Zupełnie inaczej bym to wszystko zaplanowała. Tak właśnie myślę. Tak z perspektywy czasu. Dziś nie zmarnowałabym ani minuty w tym mieście, chłonąc je jak gąbka wodę. I zadbam o to, by to nie było tylko głupie gdybanie niepokrywające się z rzeczywistością. Chcę, muszę, zrobię wszystko, aby tam znów być.

28/09/2012

C Z Y T E L N I C Y