30/12/2012

pokaż mi swoje emocje: wena,

W takie popołudnia jak tamto - zimne, ciemne i ponure jak samo piekło, Jason zawsze rozpalał w kominku. Siadał wygodnie w w fotelu z kubkiem czarnej kawy i wsłuchiwał się w trzask płomieni, które trawiły polana. Zapach lasu rozchodził się po całym pokoju. Przyjemne ciepło, silnie kontrastujące z listopadowym chłodem, dawało ukojenie zmarzniętym palcom po długim, samotnym spacerze. W takich momentach Jasona dopadało to szalone uczucie, że może wszystko. Stawał się bogiem. Miał się za cholernego twórcę, który trzyma w rękach ludzki los.

24/12/2012

jeden dzień,

- Cholera, gdzie są moje skarpety! - burknęła Zosia, wściekle miotając się po pokoju i przerzucając stertę śmieci z jednej góry na drugą. Nienawidziła, kiedy jej ulubione różowe wełniane skarpety uciekały pod łóżko i wciskały się w zakazane kąty. Było to szczególnie frustrujące, kiedy jej stopy przeistaczały się w dwa purpurowe sople, ponieważ na dworze temperatura spadała poniżej dwudziestu stopni, a cieć znów znów nie napalił w piecu na czas. Był wczesny poranek Wigilii Bożego Narodzenia. W tym momencie jednak najważniejszym problemem Zosi był fakt, że jest jej zimno w stopy i nic innego się nie liczyło. Nawet to, że jest tak cholernie sama. Sama w święta. Nie mogła wyobrazić sobie gorszego koszmaru.

23/12/2012

december,


source

Gdzie jesteśmy? Gdzieś zawieruszeni w zimowej zawierusze. Chaotyczni, niepoukładani, zagubieni, nie potrafiący obrać prawidłowego kierunku. W wirze płatków śniegu, prezentów, jedzenia dwóch ton i kalendarzyka małżeńskiego. Biegniemy nie odwracając się za siebie, bijemy pięściami na oślep, płyniemy rwani przez prąd codzienności.
Od ścian odbija się kojący głos Grzesia, który jest dla mnie najświąteczniejszym głosem na świecie. Chłonę go jak gąbka. Delektuję się jego słodkim dźwiękiem. Lśnią kolorowe lampeczki. Blask rozjaśnia ciemność. Długie, ciemne, zimne, grudniowe dni. Dom pachnie piernikiem, miodem, suszoną śliwką, plastikową choinką, szelestem papieru prezentowego i mimo wszystko dziwną, smutną, nieświąteczną atmosferą. Nerwowość przenika, tyle jeszcze do zrobienia. Zamieszanie, usiądziemy koniec końców, pogadamy. Będą uśmiechy przyklejone do zawiedzionej twarzy, będzie dziwna nuta w głosie. Niepokój.  Gorycz, że znów jest nie tak jak powinno być. 
Tak ciężko zebrać wszystkich tych najbliższych. Podziały. Podziały. Podziały. Chciałabym, żeby te podziały gdzieś się podziały. Zebrać wszystkich tych ludzi, z którymi chciałabym usiąść przy jednym stole. Dla mnie te święta to czas sztucznej rozłąki, dziwacznej przynależności i ograniczenia tradycją. Mój Mężczyzna gdzieś poza zasięgiem mojego wzroku, kilka ważnych osób spędzających ten czas gdzieś bardzo daleko, za siedmioma niemal morzami. Kilku samotnych. I wśród nich ja. Bo kto za definicję najbliższych podał jedynie rodzinę? Święta mówią "jednoczcie się, bądźcie blisko". Ja słyszę: "powinnaś być tu, z nimi. Inni to nie najbliżsi.". Buntuję się. Tak bardzo chciałabym spędzić ten czas z ludźmi, których ja uważam za moich najbliższych. 
Grudzień. Miesiąc podsumowań, jakiś kolejny kamień milowy, jakiś koniec. Nigdy nie robię podsumowań, bo mam pamięć jak złota rybka. Usiądę jednak w sylwestrową noc gdziekolwiek ją spędzę, choć na dziesięć minut, w ciszy i daleko od rumoru podniesionych wesołych głosów. Zamknę oczy, wciągnę mroźne powietrze głęboko i zachłannie do płuc. Odetchnę za ten nowy rok. 

21/12/2012

Zbieg Okoliczności,

Gdzieś daleko, za masą centrów handlowych i innych dziwnych wytworów cywilizacji znajduje się zakład karno-poprawczy Okoliczność. W tym miejscu dzieją się rzeczy zaskakujące, niecodzienne i zupełnie nie od parady. Więzieniami są dziwne stworzenia, bo sytuacje z przyszłości, które jeszcze czekają na swoją kolej. Często odsiadują wyroki dożywocia i nigdy nie doczekują swojego wielkiego dnia. Czasami jest to kara krótka i szybko zostają wypuszczone. To są te małe sytuacje, które wnoszą do naszego życia jakieś drobne zmiany. Niektórzy z tych więźniów bardzo, ale to bardzo nie chcą spędzić życia w celi. Knują, planują, kopią tunele podziemne. Aż w końcu im się udaje. I dopadają ludzi po przemierzeniu makrokosmosu. Uderzają z całej siły. Atakują na kibelku, na zakupach, podczas sprzątania i spotkania z przyjaciółmi. Spadają na nas jak grom z jasnego nieba i prawdopodobnie stamtąd właśnie mogą pochodzić. Tak właściwie nikt nie wie, gdzie znajduje się okoliczność. Przypadkiem trafiamy tam, prowadzi nas do tego jakaś niby to codzienna sytuacja. A w tym dymie codzienności wpada na nas Uciekinier. Buntownik, którzy chce zmienić swoje i twoje życie. Zbieg (z) Okoliczności.

20/12/2012

wypieki z mojej półki,




Generalnie ja i moja Kuchnia nie za bardzo za sobą przepadamy. Dlatego też, kiedy dina pojawia się w kuchni, wszyscy inni wybywają jak najdalej można. Dlaczego? Bo moje kuchenne rewolucje naprawdę różnie się kończą. Kiedyś (proszę nie pytać jak, bo byłam odwrócona plecami) ciasto WYSKOCZYŁO na ścianę. True story.

19/12/2012

love actually,

Dla mnie, to jest jeden z tych filmów. Ma Rickmana. Ma Firtha. A trzeba wiedzieć, że dla mnie Rickman i Firth mogliby pojawić się w reklamie środków na przeczyszczenie albo patelni - i tak będę gapić się jak w obrazek. Ma też Neesona. Och. Ma piękne kobiety, piękną Anglię.
I piękne historie, które ujmują mnie za serce. Ja wiem, bywam żałosna z tą swoją wiarą w dobry, kochający się świat. W ludzi, którzy wyznają sobie, co czują nie przez sms. Którzy lecą do Portugalii. Którzy mówią to prosto w oczy. Którzy w przypadku problemu potrafią się do niego przyznać. Jak niewiele w naszym życiu miłości. Rozczulam się. Drażnię sama ze sobą. Przez 135 minut łzy cisną mi się do oczu, mam zaciśnięte gardło. I koniec końców, płaczę jak dziecko. Bo kto nie chciałby przeżyć takiej cudownej, niecodziennej, filmowej miłości.
Zwykle o tym tu nie piszę. O filmach, o mnie - tak w innym, niebełkotliwym wymiarze. Teraz jest godzina druga w nocy. Pozostały dni dwa to tak zwanego końca świata. Spędzę go na sprzątaniu. Jak zwykle.  Pobawię się z siostrą. Później z moimi przyjaciółmi. A jak już zacznie strzelać meteorytami, albo ziemia zacznie mi klekotać pod nogami, albo nastanie wielka pajęcza apokalipsa, to ucieknę pod kołdrę z człowiekiem, który nadaje temu szajsowatemu światu znaczenie. Mocno się wtulę w jego ramiona. I zasnę. Kolejny mały dzień codziennej radości. 
I ucieknę z tobą od szumu i zapachu papierosów w każdy piątek. 
I w środę i w niedzielę też. Bo tak.

17/12/2012

gift,

Przeraziłam się dzisiaj. Miałam wątpliwości. Przez moment, maleńkie, ale wątpliwości. Oczywiście, oddam Ci moją nerkę, bo jesteśmy zgodne, bo wiem, że tego nie zmarnujesz, bo jesteś dla mnie kimś ważnym. Oddam Ci bezinteresownie pół litra krwi co 3 miesiące, bo wiem, że jesteś Bogu ducha winnym człowiekiem, który w niczym nie zawinił, a który potrzebuje tej krwi, bo może umrzeć. Wiem, że pożyczę Ci notatki, bo miałeś problemy w domu, pomogę nadrobić stracone zajęcia z powodu choroby. Pożyczę Ci kilka złotych, pożyczę moją ulubioną sukienkę. Pożyczę lub dam, bo coś dla mnie znaczysz. Twoje życie jest dla mnie ważne.

can't you see?


Często mam wrażenie, że za bardzo polegamy na zmysłach, które nas zawodzą. Za bardzo ufamy niedoskonałemu wzrokowi, zawodnemu węchowi czy płatającemu figle słuchowi, który potrafi być naprawdę nieprzewidywalny.
Za bardzo wierzymy czemuś, co istnieje, nie pozwalając sobie na odrobinę szaleństwa i wiary w coś, co jest dalekie, nieosiągalne, ale piękne. Nie raz pędząc gdzieś w pośpiechu wydaje mi się, że widzę kogoś po drugiej stronie ulicy, kogo tak bardzo chciałabym zobaczyć. Nie raz wydaje mi się, że w zatłoczonym autobusie czy w centrum handlowym ktoś woła moje imię. Nie raz, kiedy z głodu boli mnie żołądek czuję babciny obiad i zieloną herbatę. Nie raz czuję wibrujący telefon. Ktoś dzwoni, jak jednak telefon milczy. Tak często wydaje mi się, że już nie wiem, czemu mam wierzyć.
To nie tak, że nie lubię moich zmysłów. Uwielbiam w ciemności pochłaniać muzykę, wąchając skórkę pomarańczy i pałaszując cynamonowo-bakaliowe ciasteczko. Uwielbiam intensywne zapachy, które mnie otaczają. Uwielbiam nuty przesiąknięte barwną, lekką dźwięcznością, która zdaje się nie mieć końca. Uwielbiam, kiedy jesienne słońce wpada do pokoju, ogrzewając zmarznięte policzki, oślepiając zaspane oczy. Uwielbiam elektryzujący dotyk dłoni, który przyprawia o zawrót głowy. Uwielbiam miękkość włosów i szorstkość policzków. Uwielbiam ciepło i uwielbiam ciszę. Uwielbiam to wszystko czuć.
Wiem jednak, że to nie wszystko i że to coś, czego gołym okiem nie można zobaczyć pulsuje we mnie i w tobie. I że każdy może odnaleźć w sobie i w tym miłym człowieku obok, który stoi zmarznięty na przystanku, pocierając zniecierpliwione ręce tą jasną, gorącą aurę. I choć jej nie zobaczy, uwierzy w nią. Nie zobaczy jej, lecz ją poczuje. Tak naprawdę poczuje.


12/12/2012

fizyka życia,

Żył kiedyś pewien fizyk X. Było to tak dawno, że nikt z żyjących w obecnych czasach nie pamięta już o jego fantastycznie barwnej egzystencji. O tak, niesamowity był to człowiek. Nieopisanie pracowity, ogromnego serca oraz z niebywałą słabością do płci pięknej. Oglądał się za spódniczkami, kiedy tylko nie analizował równań długich jak tasiemce lub też kiedy nie spał, co jednak zdarzało mu się dość rzadko. Z tego, co mi wiadomo, Pan X zwykł sypiać nie więcej niż trzy godziny w ciągu doby z przyczyny dość prostej, aczkolwiek niezrozumiałej dla osoby szaro-zwykłej, która lubi drzemać i przysypia, kiedy tylko ma ku temu sposobność. Otóż naszemu uczonemu szkoda było czasu na takie głupoty jak sen. "Życie, życie, życie... Kilka chwil, które mijają niezauważone. Kilka minut, które jak piasek przesypują się między palcami, które nie potrafią go zatrzymać. Życie to tylko parę zmiennych x, y czy z. Nieplanowane sytuacje, przypadkowo spotkane osoby, jakieś nieprzewidziane zwroty akcji, które robią zamieszanie, z którym czasem tak trudno sobie poradzić. To jest właśnie życie." - Mawiał szalony naukowiec. Według niego my, ludzie od zawsze, jak Syzyf robimy sobie pod górkę - kombinujemy jak kobyły, kiedy droga jest tak oczywista, że aż banalna. Tu wystarczy coś ułatwić, tam coś uprościć.

11/12/2012

Przewodniczka Istnienia,

(polecam czytać przy : klik)




- Ty będziesz jego jedyną właściwą drogą. Będziesz go prowadzić i podnosić z licznych bolesnych upadków. Będziesz czuwała nad jego sercem, nad jego duszą i tymi uczuciami, złymi i dobrymi, które toczą w nim nieustanną walkę. Poniesiesz go lekką falą, jak rozbitka, ku bezpiecznej plaży, ze wzburzonego morza. Będziesz drogowskazem w niepewnej chwili, głosem w głowie, melodyjnym szeptem rozumu w momencie zwątpienia. Ty, istota nieskazitelna, podniesiesz zgubionego człowieka i wyrwiesz go z więzów zła i goryczy. Ty, byt czysty jak łza, będziesz z nim, gdy znajdzie się na dnie. Ty, najlepsza wśród złotych, zostałaś wybrana i staniesz się dla niego Przewodniczką Istnienia. 

- Czy podołam? Czy nie wyrasta to ponad moje siły? Czy zdołam dotrzeć do zagubionego człowieczego serca? 

- Poradzisz sobie. Wiem, co mówię. Jestem tego całkowicie pewny. 



ROZDZIAŁ I: GABRIEL

Dni mijały spokojnie i niemal bezproblemowo. Mała wioska na Mazurach, jak co roku ściągnęła do siebie tą samą grupę ludzi. Wśród nich znajdował się on. Czuł się jak młody Bóg i chwilami myślał, że lepiej już nie będzie. Wakacje trwały. Z daleka od miejskiego syfu i narzekającej na wszystko matki i nadprogramowo ambitnego i wymagającego ojca, wylegiwał się w hamaku, sennie podnosząc powieki, aby liczyć płynące po niebie obłoczki, leniwe tak jak on. Jedynym problemem mogła być plaga komarów albo niemal czterdziestostopniowe upały. Letni wietrzyk od niechcenia szeleścił liśćmi jabłoni i wplątywał się w zlepione potem włosy. Upał stawał się nie do zniesienia. Było duszno i parno. Był niemal pewien, że wieczorem będzie burza. Uchylił jedno oko, po chwili drugie. Zmobilizował wszystkie siły i stoczył się na trawę. Podreptał do jeziora. Orzeźwiająca kąpiel zdecydowanie była tym, czego było mu do szczęścia potrzeba. 
Gabriel Grabkowski, student medycyny i syn najbardziej cenionych ludzi w mieście W. Mogłoby się wydawać, że ma wszystko: dom, rodzinę, przyjaciół, kasę, urodę i zdrowie. Mylnie można by stwierdzić, że jest szczęśliwy, co byłoby oczywiście nieprawdą. Mężczyzna przemierzał jezioro, coraz bardziej oddalając się od brzegu. Słońce wisiało wysoko na niebie, leniwe chmurki gdzieś się rozpłynęły. Gabek czuł pracę kurczących się mięśni. Płynął coraz szybciej, aby poczuć zmęczenie. Wśród chlupotu wody usłyszał wrzaski dobiegające od strony wsi. Niechętnie zawrócił i już wolniej płynął w kierunku brzegu. 
Na plaży stała ona – kobieta o idealnych kształtach i doskonałych rysach twarzy. Miodowe włosy spływały po jej kościstych ramionach, układając się w sprężyste fale. Brzoskwiniowa skóra połyskiwała w sierpniowym słońcu. Perfekcyjną figurę dziewczyny podkreślała lekka sukienka, która uwydatniała atuty Natalii – wąską jak u osy talię i idealnie pasujące do niej biodra. Nakrapiany piegami nos i różowe usta stanowiły niemożliwie doskonałą całość. Patrzyła w dal błękitnymi, niewidzącymi oczami. Przy jej nodze siedział czarny pies, który wesoło merdał ogonem na widok zmierzającego ku brzegowi mężczyzny. Dłoń dziewczyny delikatnie łaskotała Kodę za uchem, a suczka trącała mokrym nosem nogę właścicielki. Natalia zaśmiała się wesoło i poklepała swoją towarzyszkę po grzbiecie. 
Kiedy dostrzegł stojącą na plaży dziewczynę, znów przyśpieszył a jego serce mocnej zabiło. W mgnieniu oka znalazł się na brzegu a pochmurne myśli oddaliły się, przygaszone jej blaskiem. Stanął przed nią i otulił ciasno mokrymi ramionami. Natalia zachichotała cicho. 
- Szaleńcze, będę cała mokra! 
- Nie szkodzi, cukiereczku. Sukienkę można zdjąć. – Zarechotał. 
- Chciałabym znów zobaczyć twój uśmiech. – Gabriel zobaczył, jak smutek wlał się w piękne oczy jego narzeczonej. Kochał się w jej oczach. Mógł w nich wszystko zobaczyć. Kiedy była smutna, robiły się szare, jak październikowe niebo. Kiedy się cieszyła, figlarnie błyszczały w nich maleńkie iskierki, były wtedy tak słodko błękitne i wesoło błądziły mimo tego, że nie widziały już od długiego czasu. Mógł w nie patrzeć godzinami. Za nic nie oddałby chwil, kiedy po prostu siedział i się na nią gapił. Była taka piękna. 
- Nie smuć się. Zobaczysz mnie, swoją suknię ślubną, nasze dzieciaki. – Jego głos złagodniał. Natalia smukłymi palcami dotknęła jego ust, policzków. Wodziła nimi po mocno zarysowanej żuchwie i spiczastym nosie, który odziedziczył po ojcu. – Do operacji zostało jeszcze tylko kilka tygodni. – Starał się, aby w głosie nie usłyszała strachu, który wypełniał jego smutne serce. 
- To jeszcze prawie dwa miesiące, Gabi. – Po policzku spłynęła jej gorzka łza. 
- Nie płacz, bo pęknie mi serce, moja słodka. Nie płacz, tylko mnie posłuchaj. – Szepnął łagodnym głosem. – Za dwa miesiące odzyskasz wzrok. Wybierzesz najpiękniejszą suknię, najpiękniejszy kościół. Weźmiemy ślub i wyjedziemy. Będziemy mieli gromadkę dzieciaków, sad za domem. Przecież o tym marzysz, prawda? Nie płacz, proszę. – Kciukiem otarł kropelkę, która powoli toczyła się po szczupłym policzku kobiety. 
Tak jak przewidywał, wieczorem niebo przykryła gęsta i ciężka warstwa granatowych chmur, które kłębiły się nad polami i jeziorami. Cienkie błyskawice przecinały ciemności, głuchą ciszę panującym w domku przerywały groźne pohukiwania grzmotów, które powoli się oddalały. Zimny deszcz przecinał powietrze, głośno uderzając o parapet. Krople ściekały po wielkich oknach, tworząc najróżniejsze wzory. Porywisty wiatr szarpał bezbronne drzewa, głośno świszcząc. Zielone liście i jednorazowe torebki miotały się bezwładnie, targane przez wichurę. 
Gabriel i Natalia siedzieli obok siebie na kanapie naprzeciwko największego z okien. Pokój wypełniał zapach malinowej herbaty i cynamonowych ciasteczek, które upiekł Hubert, starszy brat Gabrysia. Można też było poczuć zapach świeżych jabłek i róż, które stały w wiklinowym koszyku. Ogień wesoło trzaskał w kominku, wypełniając pokój ciepłym światłem rozpraszającym ciemności burzy. Koda leżała na stopach swojej pani. Oddychała spokojnie i miarowo. Oboje wiedzieli, że drzemie. 
- Jak wygląda teraz niebo? – Spytała cicho Natka, patrząc w jakiś odległy punkt. – Tak bardzo kocham burzę. Myślisz, że jeszcze ją zobaczę? 
- Nie ma innej opcji. – W jego głosie było słychać tyle ciepła. – Niebo jest granatowo-szare i wygląda na bardzo zagniewane. Wiesz, dlaczego się złości? Bo płaczesz, a ono nie lubi płaczu pięknych kobiet. 
Natalia uśmiechnęła się lekko. Podwinęła nogi na kanapę, obejmując je ramionami. Koda czujnie na nią spojrzała, jednak widząc, że wszystko jest w porządku, znów położyła łeb na łapach i leniwie zamknęła oczy. Blondynka upiła łyk ukochanej, malinowej herbaty, delektując się jej smakiem i zapachem. Oparła głowę na ramieniu narzeczonego. Objął ją w talii i głęboko się zamyślił. 
Tak bardzo ją kochał. Była tak delikatna, niewinna, bezbronna jak te liście miotane przez wiatr. Tak wiele było w niej nadziei. Jak długo miał ją jeszcze okłamywać mówiąc, że wszystko będzie dobrze? Ile czasu miało upłynąć, zanim dowie się, że już nigdy nie zobaczy gwałtownej burzy ani pierwszego kroku ich dziecka, o którym tak bardzo marzą? Obiecywał jej nieustannie piękną przyszłość, doskonale wiedząc, że nie ma szans na jej nadejście. Tak bardzo cieszył się, że nie widzi bólu, który wykrzywiał jego twarz za każdym razem, kiedy okłamywał ją słowami „oczywiście, kochanie”. Nie chciał kłamać. Od zawsze byli ze sobą szczerzy. Od liceum, od kiedy tylko się poznali, ich związek był zbudowany na szczerości i zaufaniu, których wszyscy im zazdrościli. A teraz podle kłamał. Wolał jednak to niż odebrać Natalii wszystko, co miała – wiarę i nadzieję. 
Usnęła, zanim burza ucichła. Ujął jej kruche ciało i przeniósł do łóżka, otulając ciepłym kocem. W pokoju na piętrze panował nieprzyjemny chłód. Zbiegł po schodach, starając się nie robić hałasu. 
Wyszedł przed dom. Elektryczne powietrze pachniało deszczem i lasem. Gabriel usiadł na drewnianych schodach i ukrył twarz w dłoniach. 
- Hej, stary, dobrze się czujesz? – Usłyszał nad uchem szorstki głos Huberta. Spojrzał na brata. Zobaczył w jego zielonych oczach przejęcie i troskę. Nie chciał go martwić. 
- Jasne. Po prostu nie mogłem spać. – Uśmiechnął się blado i odwrócił się od brata, patrząc gdzieś w dal. Nad horyzontem pojawiało się nieśmiało słońce, które dodawało mu otuchy. Poczuł zapach herbaty malinowej. Wziął od brata kubek i upił łyk gorącego napoju. Odnalazł w sobie jakąś siłę. Podniósł się zdecydowanym ruchem, wciskając naczynie w ręce Huberta, który nadal stał w na schodach i patrzył na pędzące chmury. 
W sypialni pachniało malinami i perfumami Natalii. Przez zasłony wpadały promienie słońca, kiedy Gabriel ułożył się obok narzeczonej i przytulił ją do siebie. 
- Coś się stało? Nie było cię. – Szepnęła zaspanym głosem. 
- Kocham Cię. – Mruknął i zapadł w głęboki sen.

_________________________________________________
Proszę o cierpliwość, chwilowo nie mam czasu za bardzo, 
gnają mnie terminy a więc na projekt trzeba będzie chwilkę zaczekać. 
W zamian za to, mały zamiennik, aby czytelnicze wtorki pozostały niezachwiane. 
Mam nadzieję, że się spodoba. :) 

07/12/2012


pomiędzy piekłem a piekłem
drzwi stoją dla mnie otworem
jedną z dwóch dróg mam wybrać
lecz płonąc, nie mogę


spala mnie miłość większa niż niemoc
która otoczyła mnie tamtego poranka
niszczy mnie ból który rozdziera
mój smutek i niemoc na dwoje


nasza droga nie może się spotkać
zbyt dalecy, zbyt bliscy za razem
dźwięki, szelesty wciąż grają
nieznaną melodię szkaradnej twarzy

06/12/2012

Albert,

W jego pamięci nadal brzmiał lubieżny chichot tych rozpalonych dziewczyn, które miękły niczym przejrzałe maliny na dźwięk jego głosu, które oblewały się szkarłatnym rumieńcem jak zbyt długo wystawiona na słońce wiśnia, które płonęły na samą myśl o potoku słodkich jak miód słów, które spływały z jego ust zupełnie od niechcenia, zupełnie tak naturalnie, jakby był do tego stworzony. Zupełnie tak, jakby jego przeznaczeniem było pojenie tych dziewiczych, czystych serc słowami niosącymi historie gorących romansów, których nigdy nie przyszło mu przeżyć. Te piękne słowa miały już zawsze subtelnie wnikać w miejsca, o których istnieniu te piękne, roześmiane dziewczęta nie miały jeszcze pojęcia. Albert poruszał romantyczną część serca, którą później zarumienione dziewczęta chciały oddać mu w całości, aby czarował słowami tylko ich uszy. Z nikim nie chciały się nim dzielić. Mimo to, Albert był zupełnie sam.
Na spotkania autorskie przychodziły rzesze dziewczyn o zarumienionych z podniecenia policzkach. Zajmowały miejsca najbliżej stolika Alberta Niechciejskiego - wysokiego, przeciętnie przystojnego bruneta po studiach, upiększonego wydatnymi kośćmi policzkowymi i dwudniową szczeciną na bladych policzkach, posiadacza ujmującego uśmiechu i czarujących, zielonych oczu. Gdyby przeszedł obok z tych dziewcząt chodnikiem w poniedziałkowy poranek, połowa z nich nie zwróciłaby na niego uwagi, "bo nie", druga zaś połowa również nie zarejestrowałaby jego obecności, "bo mają faceta". Kiedy przychodziło jednak do odczytów, spotkań autorskich, tłumy fanek namiętnych historii pióra Niechciejskiego napierały drzwiami i oknami niczym rozochocona szarańcza, która chciała pożreć go w całości, razem z jego romansami wyrytymi głęboko w sercu. 
Alberta cieszyły te spotkania. Z resztą, które męskie ego nie fruwałoby gdzieś pod sufitem, widząc pokaźne zbiorowisko kobiet, które ślinią się na jego widok. Rumiane kobietki niemal rozchylały przed nim usta i niekochane serca. On im dawał coś, czego nie dostawały od życia. Moment rozkoszy niesionej słowem, moment fascynacji literackiej lub ekstazy przeżywanej razem z bohaterami wychodzącymi spod pióra Alberta. Brunetki, rude, blondyny, wysokie i okrągłe, niskie i szczupłe, mężatki i singielki -  wszystkie wyczekiwały momentu, kiedy Albert zacznie czytać. Wtedy rozanielone westchnienia milkły jak ja uderzeniem magicznej różdżki i wszystkie panie, wpatrzone były w jeden punkt - dla nich przez tych kilka chwil w całym wszechświecie istniał tylko Albert i jego cudowne słowa.
Kiedy czar pryskał i kiedy nadchodził ten nieunikniony moment, że żony musiały wrócić do mężów a singielki do swojego marnego, singielskiego życia, Albert Niechciejski również wracał do swojej rzeczywistości. Zbierał resztki czaru z ziemi i udawał się do mieszkania na strychu starej kamienicy, gdzie za zamkniętymi drzwiami pisał o pięknej, gorącej, spełnionej miłości przepełnionej rozlewającymi ciepło w sercu słowami. Namiętnie uderzał w klawisze maszyny do pisania lub odręcznie przelewał na papier historie, które śniły mu się nocami. Nieprzeżyte minuty miłości. Sam, zupełnie sam.

forever sun,

Tam, daleko; tam, gdzie oko dorosłe nie sięga, ma swój bieg rzeka, która płynie pod prąd. Krystalicznie czysta woda jest schronieniem dla tęczowych Śpiewających Ryb. Pod niebem szybują wielkie, różowe pelikany i turkusowe mewy. Przerażona locha w kolorze pomarańczy zagania małe prosiaki do domu. Kraina, która swój początek wzięła u źródeł Rzeki Najczystszej; dom tych wszystkich tęczowych stworzeń jest bogaty w smutek. Spowija go bowiem Niemal Wieczny Cień.
Kraina Półcienia jest pogrążoną w żalu, corocznie umierającą ziemią. Wielkie, włochate pająki, niczym strażnicy mroku biegają jak szalone i szczują zlęknione stworzenia światła. Wyschnięte drzewa sieją grozę na skrajach dróg, którymi nikt nie chadza. Struchlałe stworzenia kryją się pod ziemią. Umierają ze strachu przed Mrokiem. Nikt nie lubi mroku. Jest zimno. I cicho. Jakby całe życie Krainy Półcienia umierało każdego dnia, w każdej minucie, z każdym tchnieniem. Nieustająca noc, smolista, cuchnąca stęchlizną. Smutna, płaczliwa, odbierająca wszelkie nadzieje na to, że coś się zmieni. Zmarznięta ziemia spowita jest szarym kurzem, którym od niechcenia pomiata leniwy wietrzyk, który śpiewa o tym, co niesie przyszłość. Trzeba w tym miejscu też wspomnieć o  innych mieszkańcach Krainy Półcienia. Promyki znalazły sobie dom w wydrążonych konarach obumarłych dębów. Te małe duszki, słodkie dzieciaczki, nic sobie robią z obezwładniającego mroku i cienia. Ich radość odbija się blaskiem. One są tchnieniem życia w duszącą ciemność. Ich śmiech jest jedynym niezbitym dowodem, że Kraina Półcienia ciągle na coś czeka. Na to, że historia zatoczy koło; że blask pokona Wieczną Ciemność.
Każdego roku przez społeczność Krainy Półcienia przechodzi nieopanowany szał ekscytacji. Wszystkie stworzenia: uśmiechnięte mrówki, śpiewające ryby, pomarańczowe prosiaki, pelikany i mewy a także Promyki wychylają swoje ciekawskie noski, ryjki i skrzela ze swoich kryjówek, aby obserwować Czary. Magiczny moment, kiedy Srebrna Kula ustępuje miejsca Źródłu Radości i celowi oczekiwań mieszkańców Krainy Półcienia. Trzeba przyznać, że ten widok jest niezwykle imponujący. Zza lasu, przemarzniętego horyzontu wychyla się Światłość. Zalewa swoim ciepłem całą krainę. Zmarznięta ziemia skrzy się w nagłym wybuchu światła. Szare drzewa mruczą, otulone pierzyną ciepła i życia. Wściekłe pająki umykają w cień. Promyki wybiegają z radością, tańczą w blasku radości. Wydają się jeszcze jaśniejsze niż zazwyczaj.  Harce i śmiechy wypełniają przez tych kilka chwil każdy zakątek Krainy Półcienia. Tęczowe ryby zawodzą radośnie. Mewy wywijają piruety i podniebne akrobacje. Mrówkojady jednają się z mrówkami. Szczęście, szczęście wszędzie! 
One wiedzą, że muszą cieszyć się każdą sekundą tego Objawienia. Chłonąć każdy promień, każdą cząstkę ciepła zamknąć w swoim sercu, aby grzała go przez kolejny rok. Do kolejnego Lśnienia!




pozostając w klimacie

04/12/2012

projekt oprawca: Dalila

Tysiąc burz w mojej głowie. Wichura, ulewa, grad, ciskające wściekle gromy. Pod nimi stado spłoszonych, dzikich koni uciekających w popłochu przed rządnym ich niewinnej krwi drapieżnikiem. Uciekają, uderzając kopytami w wyjałowioną ziemię. Suchą i głośną. Martwą. Stopklatka. Młot pneumatyczny wczesnym rankiem pod moim oknem. To powinno być zabronione. Brak bariery dźwiękoszczelnej i autostrada hamujących z piskiem gwiazd.  One tak uparcie nie chcą spaść.
I nieprzenikniona ciemność. Gęsta, głęboka, niemal namacalna, niebezpiecznie doskonała czerń spowija bezwładne ciało i wypełnia po brzegi rozczuloną pustkę. Mogłabym w niej nieodwracalnie zanurzyć się po same nozdrza. Zatonąć, opaść na dno. Bezwładna, ubezwłasnowolniona, wypełniona nocą. Czuję moją obcą dłoń gdzieś po drugiej stronie mroku. Odległą. Nieprzyległą. Próbuję poruszyć zesztywniałym palcem. Czuję opór. Nie mogę. Niczym u Gombrowicza, nieprzyzwoite ucho wyszło na jaw. Wylało się z niego gęste cierpienie, czarny smutek. Nie potrafię pokonać tej ciemności w sobie. Czuję wielki głaz o nieokreślonej fakturze. Może szorstki, może porowaty, może odrobinę pomarszczony. Z całą pewnością zimny, obcy, pokonany, rozbity na kawałki. Tam, gdzie jeszcze wczoraj biło moje serce. Nie mogę się ruszyć. Zamykam niewidzące oczy. Smoliste łzy uciekają w popłochu.
Nagły, krótki wybuch blasku wybudza mnie z odrętwienia. Nie wiem, jak długo leżałam, dławiąc się bezczynnością, bezcelowością i stagnacją. Jak długo żyłam-nie-żyjąc. Czuję coś, czego dawno nie czułam. Ból. Punktowy, pulsacyjny, nieprzyzwoicie przyjemny ból, który promieniując z pępka, torturuje moje zmumifikowane za nie-życia ciało. Drobinki wybuchu wirują, drażnią zaspane spojówki. Chcę mój sen. Moją ciemnię. Moją pustelnie. Mój grób za życia. Chcę znów zostać ogłuszona atramentową doskonałością. Wybuch odszedł tak nagle, jak przyszedł. Przeminął. Przebudził. Rzucona jak kukiełka, szmaciana marionetka w otchłań lodowatych fal, dryfuję. Wstrząsa mną dreszcz. Kolejny, silniejszy. Nade mną las, pode mną niewygodna ściółka. Pełznę niczym robak. Coś mnie unosi. Grawitacja zdaje się już nade mną nie panować. Silne wstrząsy zwiastują nieuniknione trzęsienie ziemi. Zlodowaciała ziemia pęka. Rozchyla przede mną ramiona nicości. Zaprasza. Chodź, spadnij razem ze mną na samo dno. Tam, gdzie już nic nie ma. Coś mnie tam ciągnie. Ciemność. Tęsknota za grobową deską, która nigdy nie była mi pisana. Jak niewiele potrzeba do szczęścia. Mały wstrząs, mały uskok, mała niczym dziurka od klucza przestrzeń, w którą można się niezauważonym wcisnąć. I zniknąć. 
Nie mieszczę się. Mój okrągły, żywy brzuch nie pozwala mi odejść. Nadal skrzy się nieznanym ciepłem. Wybuchem wielkiej nadziei. Zmiany. Nadchodzą nieuniknione zmiany. Nie, nie chcę! Puść mnie, Brzuchu!  Rzucam się buntowniczo, z wyboru. I wtedy... Rozczulam się. Czuję małą nóżkę, która wypełnia Pustkę. A może to zaciśnięta piąstka małej Wojowniczki, która będzie walczyć o życie do samego końca? Do pierwszego krzyku do ostatniego tchnienia?
***

Czuję się, jakbym była pod wodą. Niewyraźne słowa układają się w niezrozumiałe zdania. Nieznajome głosy krążą nad moją głową. Ociężałe powieki przepuszczają smugi sztucznego światła. Cuchnie.
- Pani córka miała wiele szczęścia. Gdyby ten chłopak zjawił się później, ta sytuacja mogłaby mieć tragiczny koniec. Zarówno matka jak i maleństwo powinny wyjść z tego cało. Oczywiście, córka pozostanie u nas, musimy monitorować rozwój dziecka. Niedotlenienie było krótkie, ale mogło pozostawić po sobie ślad. Pani córka pozostanie pod opieką psychiatry. 
Uchylam oczy. Jak przez mgłę widzę znajomą sylwetkę mamy i jakiegoś obcego faceta, który z zaciekawieniem przygląda się monitorowi. Za drzwiami majaczy się bezkształtna sylwetka. Chłopak, a może dziewczyna w czarnym kapturze, przygarbiona, przygląda mi się dziko. Tak sądzę.
- Lilka! Lilka! - pisk mojej mamy wyje mi w głowie niczym wściekła syrena alarmowa - Wszystko będzie dobrze!
Przymykam oczy. Gdzieś daleko pozostały jeszcze resztki snu i gęstej ciemności wypełniającej płuca. Zaczynam żałować, że nie rzuciłam się w tą cholerną Nicość. I znów czuję lekkie kopnięcie. I mam nadzieję, że jakoś to się ułoży.

03/12/2012

morderca,



ciągniesz mnie w nieznane
ciepło twojego serca
jesteśmy już prawie na miejscu
tyły miejskich garaży

wyjmujesz nóż i celujesz
głuchy krzyk z piskiem odbija się echem
moje zbrukane serce marnieje na chodniku

upadam nad tlącym się jeszcze 
niewyraźnym kawałkiem lodu
czuję chłód na skroni
czy to pot? to lufa

przestrzeliłeś moje marzenia
z hukiem odszedł mój świat




ostatnimi czasy bardzo poezją tu zajeżdża
dość mocno, mogłabym nawet powiedzieć
jutro miła odmiana dla fanów "projektu oprawca"
naprawdę nie sądziłam, moi kochani, że jest was tak wielu
za każde miłe słowo - dziękuję


Republika - Odchodząc



C Z Y T E L N I C Y