29/01/2014

to wcale nie musi być trudne!

Nie lubię się do tego przyznawać, ale nie jestem osobą, która wielbi sport i nie wyobraża sobie życia bez niego. Nie lubię się do tego przyznawać, bo w społeczeństwie, gdzie co trzecia polecana do zalajkowania strona to motywatornia - wstyd się przyznać, że stroni się od siłowni a zamiast 50 pompek i 100 brzuszków wolę posiedzieć i poczytać, albo obejrzeć film. Cokolwiek, co nie wymaga pocenia się i ruszania z wygodnej pozycji, jaką jest leżenie w ramionach swojego mężczyzny i oglądanie entego odcinka ulubionego serialu. Taki mały leniwiec ze mnie, któremu - generalnie mówiąc - to zwisa.
Tak właściwie to nie powinno, bo... cóż, do tego też nie lubię się przyznawać, ale wcale nie taki mały leniwiec. I nie tylko sport mi zwisa... Spora nadwyżka powierzchni erotycznej bywa upierdliwa, zwłaszcza kiedy próbuję zawiązać buty, czy wcisnąć się w spodnie, które nosiłam x lat temu. Ech, taki łasuch ze mnie. Lubię jeść, co jest moim przekleństwem. Genetyczna skłonność do baleronikowego ciała w połączeniu z uwielbieniem pizzy i czekolady może, jak w moim przypadku, zakończyć się przepakowaniem. Przykre, ale prawdziwe.
Motywatornie dookoła... tyle ładnych brzuchów i jędrnych łydek, i takich smukłych ud i, co tu wiele kryć, naprawdę seksownych pośladków. "Gdzie ja takie piękności będę oglądać, jak mi Internetu zabraknie?!" - nagle mnie uderzyła taka myśl. W szaleństwie, jakie mnie dopadło, doszłam do jednego wniosku: sama się muszę tak odpicować, bo przecież nikt tego za mnie nie zrobi (niestety...)
I oto jestem. Powiedzmy, że w zadowalającym stopniu zmotywowana, bo przecież internety mogą się kiedyś skończyć. 

26/01/2014

moja polska muza,

Marny ze mnie patriota. Serio, żałosny. Jakiś czas temu (rany, już miesiąc minął!) pisałam o muzyce, którą chciałabym usłyszeć na żywo. Swoją drogą, szykuje się część druga, kiedy nagle sobie uświadomiłam, jak wiele piosenek pominęłam, a które mogłyby się za to poważnie obrazić... Jedna z czytelniczek słusznie zauważyła, że w zestawieniu tak niewiele jest polskiej muzyki. Obiecałam wydanie polskie.
Minął miesiąc. Pojawił się problem. Ja nie słucham polskiej muzyki. Potwornie było to sobie to uświadomić. To znaczy, nie słucham na co dzień. Zdarza mi się, że jakaś polska piosenka wryje mi się w banię i wtedy maltretuję ją dobrych kilka(naście) dni mniej więcej osiem dni w tygodniu, dwadzieścia dziewięć godzin  na dobę. Po czym odchodzi do lamusa a ja wracam do moich ukochanych, zagranicznych zespołów. Polaczek-cebulaczek, który cudze chwali a swego nie zna.
Właściwie to niedokładnie tak... bo ja znam polską muzę. Z czasów szalonego gimnazjum, na przykład :D Jest kilka zespołów, do których chętnie wracam. Zazwyczaj się do tego nie przyznaję, bo wiecie, jakie to hiciory szalały na rynku prawie dziesięć lat temu... (?! :O) Także proszę usiąść wygodnie. Posypią się klasyki, ale nie zabraknie też takich perełek, że pozwala Was z krzeseł :D
(piosenki są zalinkowane, śmiało klikać, powinny otwierać się w nowym oknie ;))

22/01/2014

mam coś do powiedzenia: stop, ja wysiadam!

Jakiś czas temu, zainspirowana i przerażona wizją Orwella, która staje się koszmarną rzeczywistością, pisałam o paranoi i moim świętym przekonaniu, że Wielki Brat vel. Kamerka Internetowa mnie obserwuje. Dziś, w ramach bardzo intensywnej pracy nad moją pracą licencjacką (która wreszcie formalnie zaistniała! - ma stronę tytułową z moim nazwiskiem #uszanowanko i prawie jednostronicowy wstęp #tylewygrać), 
  • najpierw pojechałam do biblioteki (WOW), trafiłam tam bez dżipiesa
  • spędziłam tam trzy godziny (WOW2), 
  • po czym napisałam całkiem zgrabny i fajowy wstęp i stronę tytułową. (według wymagań UG, oczywiście, Times New Roman 12 musi być!)
Po powrocie z biblioteki miałam oczywiście dalej bardzo pilnie pracować, ale jakoś tak wyszło, że (i tutaj zaczyna się wcześniej wspominana "intensywna praca") jakimś dziwnym cudem wylądowałam na kanapie mając przed oczami film, który od dłuższego czasu chciałam obejrzeć... no i jak tu pracować?! 
Oczywiście, praca stanęła w miejscu a wena, która zainspirowała mnie do napisania super-wstępu, ustąpiła miejsca wenie, która wypełnia mnie mocą twórczą do napisania tego postu. Wyobraźcie sobie, że dziś nie będzie o dupie Maryni. Dziś będzie kulturalnie i o filmie/przez film ect. (wbrew przeciwnościom losu - to jest, niechętna do współpracy klawiatura, która zjada co trzecią literkę, wrr).

(uwaga, spoiler alert!)

21/01/2014

a wszystko przez tę sól!

Próbujemy w domu zdrowo się żywić. Mamy dużo warzywek, białka, taki gar do gotowania na parze, zioła, różne naprawdę pyszne rzeczy. Niestety, pewnego złego nawyku nie możemy się wyzbyć. 

SÓL

Wiadomym jest, dzięki nieustannej propagandzie dietetyków i Internetu, że sól zatrzymuje wodę w organizmie, przez to tętnice stają się zbyt "pełne" i zaczyna rosnąć ciśnienie. Jej nadmiar przeciąża również nerki. Naukowcy podejrzewają też, że sól ma wpływ na powstawanie nowotworów żołądka, cukrzycy typu II, otyłości, powoduje udary mózgu i zwiększa drażliwość systemu nerwowego. Niektórzy porównują jej trucicielską moc do.. silnie toksycznego gazu - chloru. Wypłukuje również wapń z organizmu i może przyczyniać się do zachorowania na osteoporozę. Dlaczego? Nerki wydalając sód z organizmu wydalają też wapń. (źródło)
Podsumowując, sól jest zła i soli nie powinno się jeść w ilości większej niż 5 g na dobę (według WHO). Aby jakoś zmniejszyć te destrukcyjne skutki działania soli, Matka Rodzicielka (której oprócz soli, cała szalona rodzinka skutecznie podnosi ciśnienie) postanowiła zainwestować w sól niskosodową. Sól morską. Sól rzekomo lepszą. Oczywiście, określoną mianem "dietetycznej" (dzięki temu droższej) - co Bracki oczywiście musiał skwitować faktem, że jest taka ohydna właśnie dlatego, że jest dietetyczna!

F-a-n-t-a-s-t-y-c-z-n-i-e, teraz już nie tylko czytamy o diabolicznej naturze soli, ale i wszyscy stosujemy się do zaleceń speców z WHO, jemy mniej soli i solimy solą o niskiej zawartości sodu. Będziemy zdrowsi i nie umrzemy na nadciśnienie tętnicze albo na udar mózgu spowodowany rakiem żołądka. 
Pojawił się jeden mały problem. Ta sól nie soli. 
Chodzi o to, że mimo (na przykład) że posoli się wodę do makaronu - woda jest niesłona. Zupełnie. Zmienia smak, ale z pewnością nie na słony. Powiedziałabym wręcz, że mdły. Nie żebym smakowała solonej wody. Jadłam rosołek posolony (?) tym ciekawym wytworem. Może raczej powinnam powiedzieć popotasiony. (bo to taka śmieszna sól z dużą zawartością potasu była) Smakował jak mydło (nie, żebym jadła mydło - po prostu był ohydny).  
Powiedziałabym, ze cała akcja zaczęła się trochę mijać z celem, bo żeby jedzenie było choć odrobinę słone trzeba było sypać naprawdę dużą ilość soli. Tak więc unikając soli podwoiliśmy ilość spożywanej przyprawy. Seems legit. 
Matka Rodzicielka z ciśnieniem wyższym niż zwykle, bo ta sól zdublowała swoją moc - wewnętrzne i zewnętrzne działanie, rozumiecie. Ziemniaki mdłe, brokułek mdły. Nic nie smakuje jak powinno - jest zwyczajnie paskudne.
Dla mnie może nie mdłe, ale po prostu FUJ - wielką fanką soli raczej nie jestem, więc brak słoności mi nie przeszkadzał - za to ten ohydny posmak - BARDZO. 

Rezultaty? Zdrowa, dietetyczna sól wylądowała w koszu razem z kłębkiem nerwów Matki Rodzicielki. Atmosfera oczyszczona, tętnice niekoniecznie, jedzenie smakuje jak dawniej. Tyle by było z braku soli w naszym życiu. Ot co.


bardzo trafne podsumowanie posta!


Dość już tego smutnego poniedziałkowego postu pełnego depresji!
Post odszedł, natomiast depresja pozostała.
Stan licencjatu 0/7. Stan umysłu -9876543. Samopoczucie: fatalne.
Zadatki na przyszłość: katastrofix.

20/01/2014

blue-whole-week,

najlepsze zajęcie, kiedy nagle
najdzie cię ochota
pisać
licencjat
T.T



Oooo tak, dziś wszystko zrzucić na poniedziałek! Każde jedno nieszczęście! O, cóż za szczęście! 

W sumie to mi go trochę żal... bo on taki smutny a jeszcze całe zło świata jest na niego zrzucane... Musi się czuć wystarczająco podle, bo nikt go nie lubi tylko dlatego, że jest poniedziałkiem... I to jakim poniedziałkiem... najgorszym w ciągu roku... Biedactwo!

14/01/2014

mam coś do powiedzenia: czy czarna wizja Orwella stała się rzeczywistością?

Ostatnio obracam się poniekąd w temacie antyutopii. Poniekąd wymusza to na mnie moja praca licencjacka i działanie na tekście Mechanicznej Pomarańczy. Zgłębiając temat, natknęłam się na informację, że w oszałamiającej powieści Orwella "Rok 1984"* również można zobaczyć przykład nowomowy. Zainteresowana faktem, postanowiłam to sprawdzić. 
Nie jestem pierwszą osobą, która po lekturze Orwella staje przed poważnym kryzysem egzystencjalnym. Nie jestem ostatnią osobą, która sięgając po jego książki zadaje sobie kilka ważnych pytań. Nie jestem jedyną osobą, która po zetknięciu się z "1984" dochodzi do wniosku, że obraz, który wyłania się ze stron powieści upiornie przypomina naszą rzeczywistość. Jako jedna z wielu próbuję krzyczeć: Orwell nie zostawił nam instrukcji a przestrogę. Osobiście zastanawiam się, jak Orwell zareagowałby na współczesność. I nie potrafię sobie tego wyobrazić.
(uwaga, post zawiera spoilery i informacje dotyczące fabuły!)

02/01/2014

kartony już mam, teraz reszta.

Postrzelały fajerwerki, zabolała głowa od kaca, pocałowaliśmy się i życzyliśmy drugiemu tego, czego chcielibyśmy dla siebie albo tego, czego życzymy jemu, bo tak. Czy wjechał z buta czy wlazł tylnymi drzwiami (przespanie północy albo coś) - mamy ten nowy rok. W postanowienia jestem słaba, więc nie o tym będzie. Ani siebie ani Was nie mam zamiaru oszukiwać, że UHUHU przyszedł styczeń (wyższa forma rzeczownika jutro: magiczna kraina, gdzie świat staje na głowie i staje się lepszy) - odmienię swoje życie nie do poznania. 
Jak się uda czegoś dokonać w tym roku - nie omieszkam się podzielić tym, pochwalić się trochę czy coś. Szczerze, marnym byłabym Lwem, gdybym tego nie zrobiła. Mam tę typową lwią cechę, że lubię się chwalić i lubię komplementy. 
UCH, ale dziś również nie o tym.
Prasowałam. Takie tam zajęcie, żeby odwlec trochę powrót do rzeczywistości. Skończyły mi się ciuchy (ale jeszcze nie ten stopień desperacji, żeby prasować obrusy) i już miałam stać się dina-konstruktywna i nie położyć się na podłodze a osiągnąć coś, tak na dobry start. No i wtedy, kiedy już miałam myśleć, co dziś twórczego zrobię - olśniło mnie. Z roboty więc nici, ale za to będzie post!

C Z Y T E L N I C Y