11/03/2014

# 7 filmów, które wyciskają ze mnie łzy,

Lubię położyć się wygodnie i odpalić film. Z filmami jest jak z muzyką: są takie, które dają kopa, są takie które wzruszają lub złoszczą lub cokolwiek innego. Mam taką grupę filmów, które nazywam cebulkami. Nie trudno się domyślić, że to te, które z takiego czy innego powodu wyciskają ze mnie łzy. 
Generalnie jestem typem płaczka, ale te filmy (mniej (częściej) lub bardziej ambitne) są prawdziwymi cebulami i sprawiają, że zalewam się prawdziwym morzem łez, zaciskają gardło no i generalnie, grubo....

Oglądałam ten film pewnie strasznie dużo razy. I za każdym razem ryczę od samego początku do samego końca, z podobnym rozrzewnieniem jak przed laty płakałam, kiedy Leo w Titanicu odpływał w nicość. Romansidło jak romansidło, ale co, jeśli nie takie cuś ma wyciskać łzy z przepełnionej uczuciami baby (np. podczas PMSa -.-). Poza tym, jest Butler, i piękne widoki (te oprócz Gerarda ;>). No i ten film ma coś, co działa na mnie bardzo osobiście. Może dlatego zawsze strasznie go przeżywam.
(wciąż zabieram się za książkę, muszę się w końcu ogarnąć)

Obejrzeć go chciałam, bo akurat złapałam zajawkę na McAvoy'a. No i wpadłam jak śliwka w kompot. Jako, że jestem osobą z pamięcią złotej rybki i mogę oglądać filmy co 3 miesiące, będąc zaskoczona zakończeniem - ten film obowiązkowo sobie odświeżam. Ryczę pod koniec, bo za każdym razem zakończenie mnie tak jakoś uderza. Teraz już wiem, jak ta historia się kończy, ale i tak zawsze mam nadzieję, że będzie inaczej (sic...) i beczę jak dzidzia.

Klasyka, nie trzeba wiele słów. Gardło zaciska się samo ;) Tego akurat nie oglądam zbyt często, bo nie chcę, żeby mi się przejadł.

Końcówka - naprawdę żarta cebula. ;) Mam naprawdę wielki, olbrzymi sentyment do tego filmu. (ooo, kolejny z McAvoy'em, oooops :D)

Tego filmu nie trzeba przedstawiać. To, jak właśnie zauważyłam, póki co jedyny film, który nie wprawia mnie w płacz w powodu (mniej lub bardziej) relacji damsko-męskich. Ten film budzi we mnie autentyczną wściekłość. Wyję ze złości. Pamiętam, jak oglądałam go pierwszy raz. Komputer o mały włos nie poleciał za okno. Oczywiście, tonęłam we łzach.

Rozpuszcza mnie tą piosenką, historią samą w sobie, końcówką (nie pytajcie... szloch i podpuchnięte oczy). Jak głuptas włączam ten film, doskonale wiedząc, że minie chwileczka i będę płakać. Nie umiem nie. 

Bohaterstwo, które rozłzawia mnie, choć oglądam film dwudziesty raz i już nie chcę płakać - nie mam na to wpływu. Mój J. powiedział kiedyś, że to jeden z tych filmów (a może jedyny...) na którym facet może uronić łezkę. Chciałam być twarda i się nie popłakać. Jak się pod koniec zapytał, czy płaczę, to nie mogłam głosu z siebie wydobyć, tak miałam zaciśnięte gardło... 


Generalnie, to mogłabym wymieniać duuuuużo i długo, bo fakt jest taki, że wzruszam się potwornie łatwo i mocno i pewnego dnia popłakałam się oglądając Lilo i Stitch. Także, generalnie, no comment - płaczka wzruszy nawet Shrek (na którym też kiedyś płakałam...). Mam zamiar obejrzeć Ghost z 1990, coś czuję, że będę płakać...
A Wy? Macie takie filmy, które wywołały w Was falę łez?
Podzielcie się w komentarzach, muszę zmienić trochę repertuar, bo te moje już przestają na mnie działać po latach ;)

C Z Y T E L N I C Y