22/08/2014

przyszło słowo, słowo poszło,



Wiesz, jak to jest z pisaniem?
Pędzisz przez miasto i masz w głowie poukładanych tysiąc historii, których głosy kołatają się pod zatroskanymi włosami. Tysiąc historii poukładanych słowo po słowie w zgrabne zdania, które czekają na światło dzienne. Czekają aby móc wreszcie krzyczeć w blasku słońca i szeptać bajki na dobranoc, kiedy księżyc odbywa swoją mroczną wędrówkę po niebie. Z każdym krokiem więcej słów, z każdym przebytym kilometrem coraz więcej pełnych absurdu zdań. 
Załatwiasz swoje sprawy, kupujesz chleb albo pralkę, rzucasz pracę lub szukasz pracy, umawiasz się na oglądanie mieszkania lub pędzisz na spotkanie z przyjaciółką a opowieści tańczą w parach, tańczą trójkami, łączą się i ewoluują, przeistaczając się w ten rodzaj miękkich jak poduszka po ciężkim dniu historyjek, które chcesz podać dalej.
Nawet zapisujesz sobie w biegu na jakimś paragonie lub na liście zakupów, albo w kalendarzu na telefonie w drodze na autobus jakieś hasłowe wyrażenia, pojedyncze, nieskładające się w nic słowa. Chcesz wyrzucić z głowy nadmiar chaotycznych wyrażeń, które namnażają się w tempie niesamowitym.
I wtedy wracasz do domu. Siadasz na kanapie, przed komputerem, zostawiając zakupy na stole w kuchni i nie zdejmując butów, aby nie uciekły pomysły, chcesz działać.
Jednak... jest za późno. Już po słowach.

Bo słowa są jak ptaki - muszą być wolne.


zbieram inspiracje!



12/08/2014

bardzo poważnie, bardzo dorośle!

Dzień jak co dzień. Ja siedzę i wcinam borówki z jogurtem, Luby pichci coś w kuchni na tak głębokim oleju, że można by się w nim utopić... Sama już zjadłam... dzisiaj mam guilty pleasure day i fundnęłam sobie zapieksę na obiad. Cóż, będzie trzeba odpokutować za te ostatnie dni pobłażania sobie, bo się zacznę turlać w końcu...
W sumie to wczoraj mi się wzięło na sport. Postanowiłam pojeździć sobie na roleczkach. Mamy tu taką fajną trasę. Zawsze jeździłam tylko do połowy, bo za połową jest duża jak na moje możliwości górka, z której bałam się zjechać. Wyobraźcie sobie, że wczoraj się odważyłam... trzy razy! Po czym tak się wyrżnęłam na prostym, że włażenie na trzecie piętro jest dla mnie katorgą. Już pierwsze... co ja mówię, parter! mnie wykańcza... Ale! Mam nadzieję, że jeszcze ze dwa dni poboli i znów będę mogła łazić po schodach bez miny kota na pustyni wiadomo co robiącego.
Jednakże, dzień dzisiejszy był inny niż zazwyczaj tak właściwie. Wszystko zaczęło się wczorajszego poranka, kiedy dostałam telefon, który mnie wręcz uskrzydlił. Zaproszenie na rozmowę. Okrzyk radości musiało słyszeć całe osiedle.


yessss yesss yesss

I nagle uświadomiłam sobie bolesną prawdę. NIE MAM ŻELAZKA! Fuck fuck fuck, czym ja sobie koszulę wyprasuję. Jak się zerwałam (pomimo, że strasznie mi się nie chciało zwlekać z wyra) i poleciałam na miasto w poszukiwaniu tegoż sprzętu, to aż się za mną kurzyło. Zakupiłam i mam. Ochrzczone już, sprawdziło się i na rozmowę poszłam w koszuli wyprasowanej na listek.
Koszula jednak nie dodała mi pewności siebie i mój rozmówca chyba ze trzy razy mówił mi "niechże się pani nie denerwuje!". Nie wiem, co mi odbiło. Naprawdę przyjazne nastawienie. Miła atmosfera. A ja siedzę i czuję jak skrapla mi się stres na czole. 
Mimo to, okazało się, że mam zajebiście dużo zalet, które są mile widziane i że mój rozmówca jest zainteresowany współpracą. Mam nadzieję, że dalej wszystko potoczy się równie dobrze jak dziś i że bez większych perturbacji w końcu się trochę ustatkuję. 
Wzięło mnie na ambicję, trochę bardziej rześko spojrzałam na moją sytuację i od września stopniowo w życie wprowadzam mój plan doskonalenia się. Póki co wszystko jest jeszcze w fazie przygotowawczej, ale jest szczerze lepiej niż zwykle i czuję się z tym świetnie. Moje życie rusza naprzód a ja za nim nadążam! Niesamowite!


06/08/2014

bulwers,

Wiecie co? Ja naprawdę szanuję starszych ludzi. Patrzę na nich z podziwem, bo ich doświadczenie życiowe jest imponujące. Sama mam najfajniejszą babcię na świecie, jest w dechę i robi świetne placki. Odwiedzę ją w najbliższy weekend i już nie mogę się doczekać, bo jedziemy do niej z Lubym i w ogóle super!
Niemniej jednak, to co teraz napiszę nie będzie uprzejme ani pełne respektu. No bo kurde blaszka. Ja jestem naprawdę uczciwym człowiekiem. Sumiennym i dokładnym. Znam się na mojej robocie i wykonuję ją jak umiem najlepiej. A przede wszystkim bardzo dokładnie, bo w tej pracy nie ma miejsca na pomyłki. Kiedy moi nie zawsze ogarnięci klienci mają jakiś problem, pomogę im jeśli umiem, chociaż wcale nie należy to do zakresu moich obowiązków i chociaż tworzy się kilometrowa kolejka. Staram się najuprzejmiej jak tylko się da mówić po raz dziesięciotysięczny to nie jest faktura. Wydaje mi się, nie wiem, może się wybielam albo czegoś nie widzę, że jestem naprawdę ogarnięta. Co jest dość zadziwiające, zważywszy na to, że moje życiowe ogarnięcie nie idzie w parze z tym "pracowym". Z chwilą kiedy przekraczam próg pracy, włącza mi się OGAR-EKSTRA. 
Ale do diaska, żeby mnie złodziejką nazywać? Łooo, normalnie poczułam się dotknięta. Dotknięta do głębi. Do kurde szpiku kości.
Ale od początku. Była u mnie wczoraj kobietka, miła emerycinka, babinka naprawdę miła. Miałam wczoraj masę ludzi, więc samej transakcji nie pamiętam, ale kojarzę twarz. Była z pewnością. Dziś przyszła do mnie znów. I mówi mi, że zostawiła tu 300 zł. Ja jej tłumaczę, że każdego dnia o 16 liczę pieniądze no i kasa mi się zgadza. Żadnych nadprogramowych 300 zł. A ona mi tu zaczyna jakieś dziwne rzeczy opowiadać. Że ona za mieszkanie płaciła. Że ja jej nie dałam paragonu. A ja jej mówię, że musiałam dać, bo zawsze wpinam w książeczkę (taka z przelewami, ze spółdzielni). A ona mi mówi, że ona nie miała tej książeczki. I nie dociera do niej, że ja bez tego nie mogłam od niej wziąć pieniędzy, bo nie jestem w stanie w ogóle zrobić przelewu. A jak nie jestem w stanie zrobić przelewu, to nie pobieram należności. No według mnie to brzmi logicznie. Nie ma przelewu, nie ma wpłaty. A pani się upiera, że zostawiła mi pieniądze za przelew, którego nie zleciła. I nie przetłumaczysz. 
A wiecie, co jest najlepsze? Że powiedziała mi, że zabrałam te pieniądze i że mam ponieść za to odpowiedzialność. 
WHAAAAT?!
Brakowało jeszcze, żeby mnie policją poszczuła. Wiecie co? Normalnie się zbulwersowałam. Przez sklerozę starszej pani. Okazało się, po telefonie do mojej koleżanki, że ta pani (najprawdopodobniej ta sama) dość często przychodzi następnego dnia i mówi, że zostawiła pieniądze.

A żeby nie było tak smutno i bulwersowo, to na koniec śmieszna historyjka. Siedzę sobie, chwilę przed końcem pracy. W okienko puka pan, na oko 30 na karku, solara, biała koszuleczka i rzecze do mnie:
"Panienko, mamy tu super perfumy, pierwsza klasa"
Super. Nie, dziękuję.
"Ale super okazyjne ceny, panienko"
Super. Nie, dziękuję.
"Nie wiesz co tracisz panienko."

MADE MY DAY! :D


A tak w ogóle to muszę się pochwalić, bo złożyłam CV i czekam na jakiś odzew, nie mogę się doczekać!
(made my day even more!)


01/08/2014

dobrodziejstwo weekendu,

Niniejszym stwierdzam, że weekend jest cudowny. 
Dina odkryła Amerykę, chciałoby się powiedzieć.

Cóż, nie będę odbierać tego przywileju Kolumbowi. Należy mu się. Niemniej jednak, po zeszłym tygodniu, ponosząc pełną odpowiedzialność za moje słowa, stwierdzam, że ten weekend to najpiękniejsza rzecz jaka przytrafiła mi się w tym tygodniu.
Pewnie byłoby inaczej, gdybym nie przegrała 2 złotych w zdrapkach (-.-) a wygrała na przykład stówkę albo dwie... no ale, nie wygrałam. 
Ale mamy piątek, który okazał się wyjątkowo łaskawy, i dzień w pracy minął wyjątkowo szybko i, o dziwo, przyjemnie. Piątek oznacza to, że przez najbliższe dwa dni nie będę musiała użerać się z Energą i średnio kumatymi klientami, którzy przychodzą z przewodnikiem po nowej fakturze na nazwisko Kowalski z 2012 roku i chcą ją płacić. I weź tłumacz po raz setny, że to nie jest faktura.
Na piękny początek weekendu czeka mnie super przyjemna wizyta towarzyska z zapiekanką z kurczakiem w tle (mój przegłodzony żołądek w tym momencie traktuje ją jako mające się spełnić boskie proroctwo).

Będę się byczyć i z pewnością nawet nie zerknę na komputer - po ośmiu godzinach przed monitorem przez ostatnich pięć dni mam dość. No, może obejrzę jakiś film z Lubym w niedzielny wieczór jako przygotowanie się do poniedziałkowej szarej rzeczywistości.






obrazkowy miszmasz na dziś by soup.io

C Z Y T E L N I C Y