05/10/2016

sainthood,

Praca uzależniona od roku szkolnego ma to do siebie, że z pierwszym dniem września zaczyna się coś nowego - przychodzą do głowy jakieś postanowienia i plany do zrealizowania. To taki dziwny rodzaj Nowego Roku - mistyczne przejście przez niewidzialne drzwi, gdzie zaczyna się Nowe Jutro.


A tak mniej mistycznie... Za dużo książek i ładnych ubrań, za mało hajsów. Za mało słońca, za dużo deszczu. Za dużo do zrobienia, zbyt mało czasu. Lecę, lecę, lecę bez trzymanki. Odbijam się od terminów. Od magisterki i od niepozmywanych naczyń, które zalegają w zlewie. Tak właściwie to te naczynia nawet mi nie przeszkadzają, bo nie mam czasu posiedzieć w kuchni. Bałagan i nieuporządkowane sprawy. Praca, praca, praca. I ta przerażająca myśl, że jeszcze 9 miesięcy do urlopu... praca uzależniona od roku szkolnego jest również smutna, wiecie? Marzenie nieustannie kołatające się gdzieś pomiędzy myślami, aby na chwilę uciec. Gdzieś daleko, zabrać mojego Męża, mojego psa i zaszyć się w miejscu, gdzie nie ma zasięgu. Gdzieś, gdzie mogłabym wyłączyć troski i na chwilę być... wyluzowana. Za mało luzu, za dużo stresu. Zbyt mało miałam czasu na reset... Inaczej - może tego czasu nie było wcale tak mało, ale za tak intensywny rok oczekiwałabym więcej.
Ten rok będzie równie zagoniony. Choć mam takie wrażenie, że będzie lepiej niż w roku poprzednim. Ta najgorsza część magisterki już niemal za mną (obiecuję - sobie, Wam i Pani Promotor), że zakończę niedokończone sprawy do końca października. Jestem na dobrej drodze! Wiele innych spraw również można już odhaczyć jako "wykonane" i tak naprawdę zostaje tego całkiem niewiele. Dałam radę wcześniej, to i teraz rozwalę system. Udowodnię sobie po raz kolejny, że wystarczy chcieć.
Tak poza tym, wszystko jest na właściwym torze. Jestem dziwnie spokojna. Wiem, że to będzie dobry rok. Ciężki, ale dobry. Mam dobre przeczucie.


 

C Z Y T E L N I C Y