23/04/2017

story of my life,

Byliście kiedyś na takiej imprezie, która zakończyła się rodzeniem w łazience? Bo ja tak.
I mówię całkiem poważnie. Usiądź wygodnie, bo jak opowiem Ci, co mi się wczoraj przydarzyło, padniesz ze zdziwienia. 
Opowiem Ci historię Błażejka vel Anrei. Historię, która nigdy nie powinna mieć miejsca, ale mam nadzieję, że przyczyniliśmy się do jej szczęśliwego finału.
Przeczytajcie tę historię. Wiem, że jest długa. Ale myślę, że warta poznania.
 
Noc z piątku na sobotę. Spotkanie ze znajomymi. Siedzimy u nas, bo pogoda nie zachęca do wyjścia. Śnieg, deszcz, wiatr. Generalnie nieciekawie. Nieciekawie... łagodnie powiedziane. Na sam widok tego co się działo za oknem przychodziło mi do głowy jedno słowo: apokalipsa. 
Około drugiej w nocy zadzwonił brat jednego z naszych gości (miał po niego przyjechać). Mówi że się spóźni, bo czeka na policję. Znalazł psa o 2 w nocy uwiązanego przed wejściem do sklepu z owadem w logo. Radiowóz przyjechał. Albo raczej przejechał, nie zatrzymując się. 
Nasza decyzja? Zawijamy pieska do siebie. Kolega ją przywiózł. Trochę obawiałam się jak zareaguje nasz Kapsel, ale okazało się, że mały pies umie ustawić dużego do pionu w 3 sekundy :D Błażejek vel Andrea dostała jeść, pić, daliśmy jej miejsce, gdzie mogła się położyć. Powiem wam, że dawno nie widziałam tak mądrego psa (oczywiście oprócz Kapsla, ale to jest oczywiste xD). Była bardzo posłuszna. Ufna. Przyjacielska. Widać, że żyła w domu pełnym ludzi, bo zachowywała się jakby nigdy nic mimo pełnej chałupy głośnych ludzi. Położyła się na posłaniu i spała. Zrobiliśmy kilka fotek, wrzuciliśmy je na popularną stronę w rodzaju spotted. Zadzwoniłam na policję, aby zgłosić to, że taka sytuacja miała miejsce. Dyżurny jednak nie podzielał mojego zaangażowania. Wiecie, chciałam przekazać ze piesek jest u nas gdyby ktoś go szukał. Usłyszałam jednak, że to nie jest w ich kompetencjach i heja. A co do tego że radiowóz się nie zatrzymał. Okazało się, że wcześniej pieska na policję zgłosiła kierowniczka sklepu. Policja przyjechała, zapadła decyzja napoić, nakarmić i niech zostanie do rana, a rano zajmie się nim straż miejska. Wiecie, rozumiem, że policja nie jest schroniskiem, ale cholipa. Armagedon na dworze. Dwa zgłoszenia. Radźcie sobie sami... Stwierdziliśmy, że popołudniu odwieziemy ją do schroniska, a póki co niech odpocznie i nabierze sił.
Impreza powoli dobiegła końca, wszyscy zamroczeni udaliśmy się na spoczynek. I tu zaczyna się hardkor. Serio. Nie wiem ile spałam. Pół godziny, godzinkę, może chwilę dłużej. Z pewnością zdecydowanie za krótko aby odespać wrażenia poprzedniej nocy. A wesoło dopiero miało się zrobić. Budzi mnie kolega. "Dina, zobacz co się dzieje w twojej łazience". To co zobaczyłam przerosło moje najśmielsze oczekiwania. 
Błażejek rodził. Domyślaliśmy się, że jest w ciąży. Ale nie przyszło nam do głowy, że zacznie rodzić tej samej nocy! Mój mąż sprawdził się w roli psiej położnej. Sunia urodziła u nas trzy szczeniaczki. 
Powiem wam szczerze, że byłam totalnie zszokowana. Nie wiedziałam jak to ogarnąć. Sprawy się skomplikowały. Bo o ile z jednym dodatkowym pieskiem jakoś dalibyśmy radę, to już z czterema trochę ciężej. Dzwoniłam do schroniska. Weterynarza. A wiecie, w sobotę między 7 a 8 rano ciężko kogoś znaleźć. Dodzwoniłam się jednak do weterynarza naszego Kapsla. I pan doktor powiedział mi, co robić dalej. Jako że telefon alarmowy straży miejskiej nie odpowiadał, ubrałam się na prędkości i pobiegłam do urzędu miasta. Udało mi się złapać strażnika, porozmawiać, załatwić pomoc dla pieska. Straż wezwała pomoc ze schroniska, Centrum Pomocy Zwierząt. Po jakiejś godzinie przyjechał pracownik i zabrał ze sobą pieska i szczeniaki. 
Wiecie, zrobiło mi się smutno. Pomyślcie, jaki by ją spotkał los, gdyby nie ten kolega i to że podjęliśmy decyzję o jej zabraniu. Urodziła by w deszczu, porzucona przez swojego właściciela, przywiązana do wózka sklepowego. Szczeniaki nie miałyby najmniejszej szansy na przeżycie. Mieliście widzieć jak ona łapczywie jadła i piła. Puszkę, którą nasza zjada na dwa jedzenia, Błażejek wciągnął w całości w 20 sekund. 
I jeszcze coś. Pod postem na stronie spotted rozgorzała burza na temat tego, jaką bestią jest właściciel pieska. Powiem wam tak: nie mam zamiaru go usprawiedliwiać, bo żadne stworzenie nie zasługuje na taki los jaki spotkał pieska; nie mieści mi się w głowie porzucić zwierzę, w dodatku ciężarne. Jednakże nie znamy jego sytuacji. A widzę, jak zachował się pies - nie bała się, była bardzo ufna. Nie zachowywała się jak skrzywdzone zwierzę. Musiała mieć dobre życie, ten właściciel musiał ją kochać. Może nie miał warunków aby się nią zająć. Zobaczcie, przywiązał ją pod daszkiem, koło dworca, przy wejściu do sklepu. Jak dla mnie to pokazuje, że miał nadzieję, że ktoś się nad nią zlituje. Nie zostawił jej przywiązanej do drzewa w lesie na pewną śmierć. Nie usprawiedliwiam, nie rozgrzeszam... jednakże próbuję trzymać się myśli, że ludzie nie są zwierzętami, potworami. Muszę się trzymać tej wiary, bo inaczej chyba straciłabym wiarę w to wszystko.
Z drugiej strony mam burzę komentarzy aby "ukarać bestię". A czy ktokolwiek inny zabrał tego psa do siebie? Zadzwonił na straż miejską? Dał jej wody? Ktoś pokazał jej serce? Nie chcę oceniać tych wszystkich ludzi: ani właściciela, ani tych komentujących, którzy z wielką chęcią przywiązaliby właściciela do płota. Jednakże nie bądźmy tacy surowi i chętni do wydawania wyroków.



01/04/2017

będzie z tego miłość,

Odebrałam dziś niespodziewany acz miły telefon, zdecydowanie długo wyczekiwany. Poczułam przypływ szczęścia. Elektrowstrząsy radości. 
Teraz też tak mam. Kortez mi to robi. Nie żebym miała cokolwiek przeciwko. Wręcz przeciwnie, to jest... to jest piękne. Ja wiem, że jak zwykle mam zapłon, że po prostu... brak słów, ale mówię wam, będzie z tego miłość. 


Wygrzewałam się dziś w słońcu i poszłam na długi wieczorny. Słupek na termometrze pokazywał o 21:00 całe 14 stopni. Poczułam życie w żyłach. Poczułam moc, energię i siłę... której ostatnio trochę mi brakuje, bo chyba złapałam jakiś syf, mam jakieś nieproszone moce ciemności w oskrzelach, charczę jak stara lokomotywa.
Muszę iść już spać, bo jutro pobudka skoro świt (a właściwie to w środku nocy), ale nie mogę... no bo Kortez. Cudownie otula głosem. Czuję, że się rozpływam. To jest jakiś ewenement. Fenomen. Zjawisko.


Ściskam was, posłuchajcie sobie Korteza,
bandaż na rany duszy,
buziaki, dina


C Z Y T E L N I C Y