16/06/2017

wiekopomna chwila,

Dzisiejszy dzień był swego rodzaju ukoronowaniem rozdziału mojego życia pt "Magisterka". To jeszcze co prawda nie koniec, bo przede mną jeszcze obrona, ale dziś to do mnie tak na poważnie dotarło. Że już skończyłam pisać. Że zaliczyłam rok. Poszłam oprawić moje dzieło życia. Zebrałam do kupy i spakowałam cały plik świstków, których będę potrzebowała jutro w dziekanacie. Poszłam zrobić dorosłe zdjęcie. Jutro jadę na uczelnie, prawdopodobnie ostatni raz przed obroną.
Spojrzałam na tę pracę, przewertowałam kartki. Cholernie dużo pracy mnie to kosztowało. Studia stanowiły jeden z najważniejszych fragmentów mojego życia. Kartka za kartką uświadamiam sobie, że to już koniec tej przygody. Ostatnia prosta. Zaraz przekroczę linię mety.
I pojawia się to natrętne pytanie: co dalej?

A ja nie wiem.

07/06/2017

jak kura na grzędzie, + "Awaria małżeńska" N. Socha, M. Witkiewicz

Ta książka wpadła mi w ręce zupełnie przypadkiem. Na początku trochę sceptycznie nastawiona, wzięłam się jednak za jej lekturę, jako że alternatywą były kryminały, na które zupełnie nie mam na ten moment nastroju. Potrzebowałam czegoś lżejszego. I nie mogłam trafić lepiej.

source
"Awaria małżeńska" jest genialnym zabijaczem czasu. Bardzo szybko się ją czyta (dosłownie w kilka godzin, powaga), jest przyjemna i zabawna. Opowiada ona historię dwóch małżeństw, które nie wyrabiają na życiowych zakrętach, a których los splata się w niecodziennych okolicznościach. Ich życie wywraca się do góry nogami a przed bohaterami pojawia się nie lada wyzwanie: uporać się z nowym porządkiem
Muszę powiedzieć, że ta pełna humoru książka miała dla mnie trochę wymiar terapeutyczny. Wątki z życia codziennego poruszane na łamach tej książki jakoś tak pokazały mi życie domowe w innym świetle. Bo wiecie, ja jestem trochę taką Kurą Domową, która wkurza się czasem, bo Kogut nie garnie się do pomocy w ogarnięciu Kurnika. Na ogół mi to nie przeszkadza, bo jestem Kurą z gatunku "zrobię to lepiej sama", ale momentami opadają mi skrzydła, kiedy przychodzę do domu po porannej zmianie i dosłownie padam na dziób a zastaję istny chlew "bo nic nie mówiłaś". No szlag może trafić. I zrzędzę wtedy jak ta kwoka, i zrzędzę. I psuje to powietrze. I strzelam piorunami. Tylko to zrzędzenie niczego konstruktywnego do życia nie wnosi. I niby to wiem, ale jakbym nie wiedziała. I może na chwilę to zrzędzenie skutkuje, ale nie na długo i nie zawsze. I dalej robię lepiej sama. "Awaria małżeńska" uświadomiła mi, że to zrzędzenie może zalewać oczy atramentem wściekłości i goryczy i nie pozwala dostrzegać, że cholera, może jednak nie mam racji. To trochę tak jak z samospełniającą się przepowiednią. Jakoś tak zobaczyłam, że podchodzę do sprawy nie z tej strony i chyba pora zejść z tej grzędy i przestać zrzędzić. 
Generalnie jak potrzebujecie lekkiej lektury na deszczowe popołudnie (a takie dziś się przynajmniej na Kaszubach zapowiada) albo na przydługą podróż pociągiem to naprawdę niezła opcja. Co prawda myślę, że niejeden tata mógłby się pogniewać na mnie za to, że śmieszy mnie ta książka i niejedna mama i żona może się ze mną nie zgodzić. Ja też nie w każdym aspekcie zgadzam się z tym, jak sytuacja została przedstawiona w tej historii. Mimo tego, uważam ją za miły przerywnik, wywołujący uśmiech na twarzy. 

ściskam was mocno,
dina


03/06/2017

to był maj...


source
Mamy czerwiec. Mamy arbuzy i pierwsze truskawki. Studenci niebawem zaczynają sesję. Ja ostatnią w mojej edukacji. 
Dziwnie mi z tą myślą. I szczerze mówiąc, nie jestem do niej specjalnie przekonana. Jestem typem człowieka, który uwielbia się uczyć. Może nie lubię tej presji czasu i stresu związanego z egzaminami, ale lubię być studentem. Lubię czytać. Lubię moje studia. Będzie mi mega dziwnie bez tego rytuału siadania w niedzielę po zajęciach i ogarniania co-tam-trzeba-jeszcze-zrobić. Nie wiem, czy to będzie moje ostatnie słowo w tej kwestii. Mam wrażenie, że jak z czymś wyskoczę, to sama siebie zaskoczę. Się zobaczy.
Bo z jednej strony mam dość. Wkurzam się, że jeszcze to i tamto. Że nie mam czasu na przeczytanie czegoś luźniejszego; niezwiązanego ze szkołą. Mam dość pisania prezentacji i głupiego wychodzenia na środek, żeby spalić się ze wstydu. Ale z drugiej strony, będę za tym ogromnie tęsknić. 
Magisterka napisana. Nie sądziłam, że nastąpi to w tym życiu. Ale udało się, teraz jeszcze tylko przemóc traumę związaną z obroną. Jeszcze dobre półtorej miesiąca mam na oswojenie się z tą myślą. Jakby dwa lata to było za mało, cholera. 
W mojej pracy czerwiec to miesiąc odliczania. Wszyscy myślą już o wakacjach i o błogim lenistwie. Nie inaczej jest ze mną. Pamiętam, jak w podstawówce robiłam takie kalendarze do odliczania. Znacie to? Później odrywałam karteczki i patrzyłam jak zmniejsza się ilość dni do dnia "0". Trochę tego nawyku zachowałam. Budzę się rano, patrzę w sufit i myślę "jeszcze tylko dwadzieścia trzy dni... dwadzieścia dwa... dwadzieścia jeden". 
Maj dał mi tak popalić, że chyba pierwszy raz tak naprawdę czuję, że potrzebuję wolnego. Potrzebuję resetu. Czuję się podwójnie przeżuta i wypluta na rozgrzany słońcem asfalt. Jakbym przeżyła 60 dni w miesiąc. Tak intensywny był dla mnie ten okres.
Rodzi mi się w głowie plan na te wakacje. Po pierwsze, bezlitosna ocena garderoby. Generalne porządki. Nie wiem, kiedy to się wydarzyło, ale moja szafa jest wypchana po brzegi lumpami, których nie noszę. Z ręką na sercu mogę przyznać, że niektórych nie miałam na sobie ANI RAZU. Niektóre pamiętają czasy gimnazjum... serio. Więc precz z nimi. Po drugie, szkolna papierologia. Pewnie kilka głów poleci, ale... muszę się do czegoś przyznać. Jestem potworną zbieraczką, jeśli chodzi o szkołę. Nie da się opisać słowami, ile mam milionów świstków uzbieranych przez kilka ostatnich lat mojej edukacji. W tym więc przypadku pewnie będzie to raczej kwestia pokatalogowania mojej kolekcji na mniej i bardziej przydatne świstki. Po trzecie, chcę się uczyć języka. Mam dylemat, bo nie wiem, który wybrać: hiszpański czy francuski. Który waszym zdaniem powinnam wybrać? Chcę sobie urządzić taki wakacyjny kurs. Będę wam dawać znać!
Wiecie, nie chcę przebimbać tych wakacji. Chcę je dobrze zapamiętać i wycisnąć z nich soki jak ze słodkiej pomarańczy. Chcę czytać, dobrze się bawić, wykorzystać ten czas. Naładować akumulatory na maksa. Wyskoczyć w jakieś nowe miejsce. Albo odkryć stare na nowo. Spędzić noc pod gwiazdami. Pójść na koncert. Tańczyć. Tańczyć. Tańczyć.



wyczuwam hit lata 2017



ściskam Was mocno, 
dina

C Z Y T E L N I C Y